Pieśń o Jaśku zbójniku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Z orawskiego zamku chłopcy pozierają
Czy się popod Tatry buczki rozwijają?

Idzie bystra woda hań ku Kościelisku,
Chłopcy marnie giną w orawskiem zamczysku.

Czyjże to hań chłopiec stoi u futryny?
Dy to Jasiek z Polan, Józkowej Maryny.

Wartko siwa woda w Kościelisko płynie,
Ale on nie wróci ku swojej dziedzinie.

Mówiła mu matka: »Nie goń ty po drogach,
By ci nie zberczały łańcuszki na nogach.

Nie chodź poza buki na ludzkie barany,
Byś w ciemni na zamku nie gnił okowany.

Jedynaka ciebie Pan Bóg mi zostawił,
Patrz, byś matczynego serca nie zakrwawił«.

Mówiło mu dziewczę, zalało się łzami:
»Jasiu najmilejszy nie chodź z zbójnikami.

Nie przystawaj ku nim, husary cię schwycą,
Będziesz ziąbł na mrozie popod szubienicą.

Głowiczkę ci zetną, zasują cię w grobie,
Siwe moje oczy wypłaczę po tobie.

Jak się za jastrzębiem cień po ziemi włóczy,
Tak za tobą wszędy lecą moje oczy.

Kiej mie ty odejdziesz, cóż mi haw zostanie?
Będę, jak ta limba samiutka w polanie.

Warkocz mi rozplecie ino wiatr, co duje,
Ino woda z źródła lico pocałuje.

Zostań Jasiu doma, zostań poniewoli,
Bo mię od żałości młode serce boli«.

Stoi Jaś przed niemi, wsparty na siekierce,
Odpowiada matce i swojej freierce:

»Na coś mi matusiu dobrze jeść dawała?
Równo mi się widzi dolina, czy skała.

Kie siekierą zatnę w sękate jawory,
Jak ta piana z wody, tak się kurzą wióry.

Widziałaś mię matko, jakem wóz przeskoczył,
Co go Bartków Kuba na boisko toczył.

Kiedym se wywinął ciupagą na Kirze,
To się ludziom z okien porobiły dźwirze.

Psa, choćby jak leciał, za ogon dopadnę,
Ani mię przełazy nie ogłupią żadne.

Czyś mię to chowała na dziada w kościele?
Jak się postarzeję, legnę se w popiele.

Jako ten Janosik pójdę po dziedzinie,
A choćbym zaginął — imię nie zaginie.

Nie płacz Hanuś darmo, bo się serce żali;
Przyniosę ci z za gór perłów a korali«.

Poszedł Jasiek na zbój w górę dolinami:
Horni za nim chłopcy idą z ciupagami.

Stąpa Jasiek szumnie, wysoko się niesie,
Że się mało znajdzie wyższe drzewo w lesie.

Idzie przez Orawę, aże ziemia jęczy:
Piórko mu się miga, zbroja na nim brzęczy.

Świeci mu się blacha z mosiężnym łańcuszkiem,
Kółeczkami zberczy ciupaga z obuszkiem.

Flintę ma przez plecy, pistolet za pasem,
Nóż w mosiądz oprawny, i tak idzie lasem.

Zaśpiewałeś bratom Janiczku sokole,
Jakby buk zaszumiał pomiędzy topole:

»Śmiało chłopcy, śmiało, jest hań żyd bogaty,
Będziemy mierzali kotlikiem dukaty.

Choćby ta Orawców było sto tysięcy,
Ja się ich tak boję, jako wilk zajęcy.

Choćbyście zjechali husary z szablami,
To ja se wywinę ciupażką nad wami!«

Huknęli mu na to towarzysze chórem —
Szeroko, daleko leci echo borem:

»Nabierzemy złota i talarów worem,
Zakopiemy w lesie pod starym jaworem.

Od buczka do buczka, aże do jawora,
Hań nasze pieniążki, hań nasza komora.

Zbójecki hetmanie ku dolinom z góry,
Jako się gradowe uniżają chmury«.

Spadł Jaś z zbójnikami w orawską zagrodę,
Jak ten orzeł z wiatru na koźlątko młode.

We drzwi od komory zadźwięczał obuszek —
Nasypie Jaś Hance dukatów w fartuszek.

Podpalił se miasto na wsze cztery rogi:
Nie chciał po ćmie macać między pola drogi.

Zobaczyli ogień husary czerwony,
Wiatr im konie niesie przez łąki, zagony.

Przyjechali duchem, w brzęczącym rynsztunku,
Dopadli zbójników jeszcze na rabunku.

Broni się Jaś ostro, ciupagą się broni:
Dwunastu husarów zwalił na ziem z koni.

Trzynasty go husar szablą dźgnął pod ziobro:
Nie pójdziesz ty więcej już na ludzkie dobro«.

Bronią się zbójnicy, skaczą ponad dachy,
Migają im w ogniu, jako gwiazdy, blachy.

Leje się krew po nich, jak po smrekach smoła —
Darmo się ty bronisz, kiej śmierć na cię woła...

Husary ich skuli w żelazne okowy,
Wiedli ich przy koniach w dziedziniec zamkowy.

Tam ich rychtar zamknął w zamczysku wysokiem,
Stamtąd pozierają zapłakanem okiem.

Ku Tatrom się potok przez łąki przelewa,
A Jaś patrzy za nim, zasmucony śpiewa:

»Po coś mię rodziła, matko moja miła?
Kiej mię wieszać pójdą, będziesz się hańbiła.

Już cię nie ucieszę tańcem, ni robotą,
Zmarniły ci syna zuchwałość i złoto.

Pierwej ten Dunajec zwyrtnie się do góry,
Niźli mię wypuszczą za te białe mury.

Pierwej buk do nieba korzeniem wyrośnie,
Niż ja wygnam statek na hale o wiośnie.

Żałuj Panie Boże, com ja we frasunku:
Ślubowałem na mszę dukata z rabunku.

Ej! Kieby to Bóg dał, cobym ja się wrócił,
Rychtarem bym orał, husarami młócił.

Bratowie, bratowie, co ze mną cierpicie,
Dyć się na wolności miodem czyni życie.

Żegnajmyż się teraz, mili towarzysze,
Jutro nami wiater zimny zakołysze«.

»Hej! góry, polany i zielone lasy,
Żegnamy was dzisiaj na wieczyste czasy«...

Tak oni śpiewają na zamku, w okowach,
A Hanusia w lesie zawodzi przy krowach:

»Strzegłaś matko Jasia, jako swej źrenicy:
Dziś ci go powiodą, oj, ku szubienicy.

Chowałaś go matko, jak tego sokoła,
A dziś ci go rzucą do ciemnego doła.

We dnie miesiąc, gwiazdy będą się świeciły,
Kiedy ku mnie przyjdzie mój kochanek miły.

Prędzej gniazdko zlepi jaskółka na hali,
Niż się moje serce Janiczka odżali.

Prędzej, skowroneczku, siądziesz na jeziorze,
Niż mię Jaś przytuli ku sobie w komorze.

Kwitnie biała lilja, kwitnie majeranek,
Ale darmo więdnie mój zielony wianek.

Srebrzy mi się siano na stodole świeże,
Łzamim je srebrzyła, sama na niem leżę.

Nie będę ja w ślubnej chodziła sukience,
Nie pierścionka mi trza, ale krzyżyk w ręce.

Nie ściel mi matusiu łóżeczka na dwoje:
Drewniana trumienka będzie łóżko moje.

Sama se weń legnę i więcej nie wstanę,
Zginę, jak te róże z krzaka oderwane.

Panienko najświętsza, czyś zaniewidziała,
Coś mi mego Jasia biedzie zabrać dała?«...

W stajni matka siwa koniom jeść zakłada
Siano za drabinę, i tak do nich gada:

»Sama wam jeść daję koniki cisawe,
Bo mi Jasia wzięli na zamek w Orawę.

Ani ja się moim synem nie ucieszę,
Ani on wam zgrzebłem grzywy nie rozczesze.

Ani ja weselne posprawiam mu gody,
Ani on wam w putni nie przyniesie wody.

Koniki cisawe, czekać go daremnie,
Czekajcie, aż serce rozpęknie się we mnie.

Męża mi zabili na wojnie daleko,
Dziś-ci mi katowie syna na śmierć wleką.

Pole mi zarośnie, zmarnieje chudoba,
Dyć se Pan Bóg robi, co mu się spodoba«.

Matka i kochanka tak za Jasiem płacze,
On na szubienicy, a kruk nad nim kracze.

Wiater nim porusza, jak tym liściem w borze,
Pójdzie Jaś do ziemi, jako liść na morze,

Osępiały Tatry, ino potok huczy,
I wiatr gra po lesie, po hali się włóczy.

Pojedli juhasi, zaśpiewali sobie:
»Horny Janko leży na Orawie w grobie.

Leżą szumni chłopcy, zbójowali śwarnie,
Dyć ich wychytali, poginęli marnie.

Płakał sam Pan Jezus i Maryja święta,
Kiedy ich wojacy okowali w pęta.

Hej! Jęczały Tatry, jęczały wąwozy,
Kie im zakładali na gardła powrozy.

Skrzypi szubienica cienko wykrzesana,
Cieszy się Orawa biało murowana«...

Starodawny grajek poprzed karczmą siedzi;
Wybił-że on, wybił niemało niedźwiedzi.

Głowa mu zsiwiała, jako wierch od śniegu,
Śmierć go wnet zabierze, jak drwal jodłę z brzegu.

Brzęczy na gęślikach nutę staroświecką,
Wyskładał i śpiewa na nutę zbójecką.

»Janosik, Janosik w czarnej ziemi leży,
Byłże to chłop głośny, jako dzwon na wieży.

Szeroko, daleko dzwon na świat wybija:
Co Janosik kroczył, niosła się gloryja.

Urwałeś się dzwonie, nic-że już po tobie:
Skończył się Janosik, leży w ciemnym grobie.

Dobrzy chłopcy byli, kanyż się podzieli?
Hej! Jeden po drugim marnie wyginęli.

Na zwalonym pniaku nie odrosną liście:
Dobrzy chłopcy śpijcie, czarną ziemię gryźcie.

Pogniły jawory i limbowe lasy,
Ka się nam podziały nasze dobre czasy?«...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.