Pięć minut do północy/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIII.

Pewnego dnia wczesnym rankiem liczna grupa turystów odjechała pociągiem w stronę gór.
Była to grupa międzynarodowa. Anglicy, Niemcy, Austrjacy, Węgrzy, Francuzi, Amerykanie, Kubańczycy i Duńczycy stanowili ją.
Delegaci Ligi, plantatorzy z Brazylji i Indyj holenderskich, oficerowie, fabrykanci, kupcy i nawet dwóch opasłych bankierów wyruszyło z dworca genewskiego.
Ekskursję prowadził z powagą Joe Leyston, mający za pomocnika Szwajcara-alpinistę. Przy nim trzymała się grupka przyjaciół, otaczająca małego Henryka i sędziwego pana Neuville, opowiadającego o zwiedzanej części Alp.
Zatrzymawszy się na małej stacyjce, turyści wsiedli do kolejki elektrycznej, pnącej się po pionowych zboczach czarnych skał.
Zatrzymano się przy stojącem wysoko w górach schronisku, gdzie było przygotowane zamówione przez Joego śniadanie.
Nawet tu wyczuć się dawały wrogie nastroje panujące pomiędzy uczestnikami wycieczki.
Bankierzy, bogaci przemysłowcy i kupcy tworzyli własną grupę na uboczu. Francuzi unikali zbliżenia się z Niemcami, Węgrzy niechętnym wzrokiem patrzyli na Francuzów, Kubańczycy — na Amerykanów, Anglicy krzywili się z niesmakiem, słysząc zbyt głośne wykrzykniki i dowcipy Amerykanów. Przedstawiciele wielkich mocarstw z lekceważeniem lub protekcjonalną miną traktowali obywateli mniejszych państw, tamci znów złośliwie spoglądali na potentatów, wszędzie, nawet w Lidze Narodów, prowadzących swoją bezwzględną politykę, nie licząc się z istotnemi potrzebami słabszych.
Spostrzegł to Alfred Małachowski i ze śmiechem zwrócił uwagę Leystona na panujący nastrój.
— Widzisz, Joe, nawet tu nikt nie zapomina o wojnie!
O! — odparł Anglik, pogardliwie podnosząc ramiona. — Przepędzę tych gentlemenów kilka kilometrów po górach, to nietylko staną się pacyfistami, lecz wprost się poddadzą, prosząc o wypoczynek i dobry obiad!
— Niezły sposób na zmianę polityki światowej! — zaśmiał się Roy.
Henryk był podniecony i niespokojny.
Nic nie jadł i co chwila podbiegał do okna, skąd roztaczał się obszerny widok na pola lodowe i okrągłe, kopulaste szczyty, pokryte błyszczącym w słońcu śniegiem.
— Prędzej! Prędzej! — prosił, dotykając ręki Joego. — Chodźmy już! Dlaczego ci panowie tak długo jedzą?
Wszyscy się śmieli z niecierpliwości chłopaka.
— Każdą rzecz należy robić systematycznie, my dear Henry! — upominał go Leyston. — Plan został ułożony i będzie wykonany. Uspokój się! Widzisz ten daleki szczyt? Będziesz stał na jego najwyższym cyplu! Rozumiesz?
Henryk, którego nie wzruszyła teorja Joego o systematyczności, na wieść o najwyższym cyplu, pochylił się i nieznacznie musnął ustami policzek przyjaciela.
Nareszcie całe towarzystwo wyległo przed hotel i alpinista, dawszy kilka niezbędnych wskazówek, ruszył naprzód.
Wejście było ciężkie.
Kamienista ścieżka, co chwila przegradzana odłamami skał i głębokiemi szczelinami, pięła się zboczem strojnego urwiska w nagłych zakrętach i zygzakach.
Turyści wyciągnęli się długim sznurem na znacznej przestrzeni. Na samym końcu szli opaśli bankierzy i starsi uczestnicy wycieczki.
Na czele szybko sunął naprzód wprawny, wytrenowany przewodnik alpejski, a tuż przy nim Henryk z roziskrzonemi oczami i twarzyczką, opromienioną radością.
Chłopak bez przerwy wypytywał przewodnika, zachęcał przyjaciół do pośpiechu, i oglądał się ze strachem i rozpaczą.
— Jak tamci idą powolnie! — zawołał nareszcie z niecierpliwością. — Nie zdążymy zajść aż na sam szczyt!
— Zdążymy! — uspokoił go przewodnik, uśmiechając się przyjaźnie. — Przecież dopiero jedenasta dochodzi! Mamy dużo czasu przed sobą!
Szli już dobrą godzinę, gdy nagle prowadzący wycieczkę Szwajcar stanął i podniósł do oczu lornetkę.
— Co pan dostrzegł? — zapytał Joe, podchodząc.
— Zaraz... — odparł i patrzył na dalekie szczyty.
Odjął lornetkę od oczu i rzekł:
— Trzech alpinistów przecina lodowiec od zachodu. Niebezpieczne to miejsce! Pewno są to turyści z włoskiej strony...
Trzy ciemne sylwetki sunęły po skrzącej powierzchni białej płaszczyzny ku cyplowi góry.
Ruszono naprzód.
Coraz rzadziej spotykano kępy twardej trawy, drobne krzaczki różanecznika i gwiazdki aksamitnych szarotek.
Tu i ówdzie wykwitały szkarłatne bukiety „róż alpejskich“ o puszystych liściach i łodygach.
— Kwiatki w futerku! — wołał uradowany Henryk. — Jakie zabawne, kochane kwiateezki!
Coraz częściej widniały na piargach białe plamy skrzepłego śniegu.
W zacienionych wąwozach i szczelinach kryły się przed słońcem tafle lodu — resztki deszczu, ściętego zimnym powiewem.
Błąkały się pod nagle urwanemi spychami kosmy i smugi mgły.
Nad przepaściami wisiały duże czarne ptaki, zataczały szerokie koła, wpatrywały się w zasnute niebieskiemi lub złocistemi tumanami doliny, kwiliły jękliwie i drapieżnie.
Przewodnik stanął i czekał, aż wszyscy dojdą do obszernej kotliny, nad którą zwisały zwały i grzebienie zlodowaciałego śniegu, niby stwardniałe fale pienne.
Góry, jak gdyby szafirowe i zielone grzbiety nieruchomych wałów zamarłego w bezruchu morza, rozbiegały się na wszystkie strony. U ich stóp, na nizinach, biły w oczy szmaragdowe połacie łanów, czerwone i żółte strzechy siedzib ludzkich. Dalej wyzierały modre oczy jezior, a na ich zwierciadlanych taflach, marszcząc je, biegły parowce i ślizgały się czółna rybackie. Gdzieś z piersi góry, z niewidzialnego tunelu, wyrwał się czarny wąż, dyszący białym dymem, pędził dalej i huczał.
— Pociąg... — szepnął Henryk. — Biegnie tak, jak duża stonoga...
Wśród ciemnych, prawie czarnych koron drzew, błyskał zdala zloty krzyż na wieżyczce kościelnej; płonęły, odbijając promienie słońca, okna wysokich gmachów, z pewnością, hoteli, a dalej znowu szły wężowym szlakiem zastygłe, zielone fale grzbietów górskich, niebieska wstęga rzeki, białe nici potoków, ciemne grupy drzew i tak coraz dalej, aż wszystko znikało, tonąc w złocistej mgle.
Henryk stał zapatrzony, nieruchomy.
Zachwyt owładnął nim i pochłonął.
Bał się poruszyć i oddychać głębiej. Był przekonany, że najlżejszy ruch, najsłabszy dźwięk zmąci ciszę, a wtedy całe piękno i urok pierzchną, jak barwny motyl pod obłoki, jak srebrna rybka w głębię jeziora.
Znużeni turyści na szczęście milczeli, ucieszeni krótkim wypoczynkiem.
Chłopczyk dotknął ręki Joego i szepnął:
— Dziękuję! Dziękuję! Jakie szczęście widzieć to wszystko!
Leyston chciał coś odpowiedzieć, gdy od szczytu doszedł głuchy szmer, raczej zgrzyt, przechodzący w łoskot i huk.
Wszyscy się obejrzeli.
Od lodowca pełzła ku przepaści duża połać śniegu, zrywając kamienie, warstwy piargów i wlokąc z sobą odłamy skalne. Ruch lawiny stawał się coraz szybszy.
Dotarła nareszcie do krawędzi urwiska.
Z hukiem i zgrzytem potoczyły się nadół kamienie, zwały lodu i śniegu, zmarznięty piarg.
— Lawina porwała turystów! — krzyknął przewodnik. — Nie widzę ich więcej... Muszę powrócić do schroniska, aby zatelefonować o wysłanie pomocy!
Pobiegł i zniknął wkrótce za skałami.
Henryk patrzał na resztki sunącej lawiny i nagle dostrzegł wśród białej masy śniegu migające w nim czarne sylwetki. Były to kamienie, toczące się wraz z lodem.
Cłdopak podniósł głowę i obejrzał się wokoło.
Wzrok jego padł na Małachowskiego i nie mógł się już oderwać od niego.
Surowa twarz Polaka pałała.
Z oczu bił blask niezwykły, usta rozwarły się, jakgdyby zamierzały wydać krzyk głośny i potężny.
Głuche milczenie, ogarniające tłum, zgrozą przejęty, przerwały i zmąciły dwa jednocześnie rozlegające się okrzyki.
Małachowski i mały Henryk głosami, pełnemi siły i nieugiętej woli, umiejącej żądać i rozkazywać, krzyknęli każdy swoje.
— Na pomoc! Natychmiast! — zawołał Alfred.
— Czarne duchy zrzuciły ludzi do przepaści! Na pomoc! — wtórował mu namiętny głos Henryka.
Pobiegli całym pędem naprzód. Nie dbali o nic.
Nie myśleli o żadnem niebezpieczeństwie.
Widzieli przed sobą jasny cel — zieloną łąkę, na której piętrzyły się teraz kupy śniegu, odłamy skał, zwaliska piargów i kamieni, lodem powleczonych.
Biegli, sadząc przez wyrwy, ostre kamienie i zbiegające z warkotem i pluskiem zimne strumyki.
O nic nie pytali i nie oglądali się, bo wiedzieli, że tam wśród rumowisk leżą ludzie, strąceni przez złe potęgi.
Ledwie nadążając za nimi, pędził Joe Leyston, Hans, potężny Roy Wilson, smagły Kubańczyk-plantator, duński marynarz i oficer-Francuz.
Stała się w tej chwili prawdziwego porywu rzecz dziwna, niewiarogodna a piękna.
Za gromadką, biegnącą na przedzie, prześcigając się i pomagając sobie wzajemnie, pędzili wszyscy: poważni niemieccy dyplomaci, sztywni Anglicy, hałaśliwi, dumni ze swych dolarów Amerykanie, sędziwy Neuville i nawet opaśli, ciężko dyszący bankierzy.
Nikt się nie zatrzymywał i nie rozważał.
Widzieli przed sobą jasnookiego chłopca i wiotkiego o surowej twarzy mężczyznę, mknących, jak dzikie kozice skalne, i biegli za nimi, pragnąc dogonić i prześcignąć ich.
Nareszcie Henryk okrążył skałę, z której stoczyła się lawina i zbiegł na polanę.
Wtedy dopiero stanął i obejrzał się.
Ujrzał Alfreda, który wyprzedził go w półdrogi i już działał.
Chłopak uśmiechnął się radośnie.
Dobiegali przyjaciele, a za nimi, ślizgając się na pokrytej trawą pochyłości hali i śpiesząc, zbliżał się cały tłum.
Wszyscy ze zdumieniem patrzyli na Małachowskiego. Surowy i wątły nagle zmienił się w olbrzyma. Twarz miał natchnioną i jaśniejącą wielkim porywem. Z namiętną wściekłością borykał się z głazami i, zdawało się, bez wysiłku odrzucał je na stronę. Gołemi rękami wyrywał zwały twardego śniegu, rozgrzebywał pokruszony lód i piargowy osyp.
Była to walka z niewidzialnym wrogiem, zacięta i opromieniona poczuciem obowiązku i nadzieją zwycięstwa.
Z pokaleczonych dłoni obficie spływała krew i szkarłatnemi kroplami zastygała na zimnej bieli śniegu.
Mimowoli, uznając nad sobą komendę Małachowskiego, wszyscy porwali się do pracy.
Trwała długo, a odbywała się w złowrogiem milczeniu.
Usunąwszy kamienie i większe bryły lodu, rozgrzebano rękami i laskami śnieg.
Po mozolnych wysiłkach, pozostawiając na śniegu ślady krwi, sączącej się z poranionych rąk, dotarto do zasypanych turystów.
Na szczęście zaryli się w śniegu, wypełniającym głębokie koryto, wyżłobione przez spadające strumyki u podnóża kamienistego spychu. Ugrzęźli w nim, a nowe zaspy ochroniły ich przed spadającemi kamieniami.
Leżeli nieprzytomni i potłuczeni. Jeden z nich miał złamaną rękę i ranę na czole.
Ocucono ich niebawem.
Byli to włoscy alpiniści.
Po przybyciu przewodnika z oddziałem pomocniczym, złożono na noszach ofiary gór.
Wtedy dopiero zaczęły się opowiadania i dowcipy.
Jakiś Amerykanin o atletycznej postawie, klepał po ramieniu otyłego bankiera francuskiego i dobrodusznie pytał tubalnym głosem:
— Idę o zakład, że gentleman nie był nigdy sportsmanem?
— Istotnie — nigdy! — zgodził się zapytany.
— A tymczasem, wyobraźcie sobie, ten gentleman dogonił mnie i wyprzedził, chociaż ja niegdyś byłem footbalistą, co się zowie! — zataczając się od śmiechu, krzyczał yankes.
Niemcy dzielili się wrażeniami z Francuzami i Anglikami, Kubańczyk poprawiał krawat Amerykaninowi i opatrywał mu broczący krwią palec, a sztywny i poważny angielski pułkownik, schyliwszy się, majstrował nad trzewikiem jakiegoś ciemnoskórego jegomościa o zgniecionej kamieniem dłoni, któremu podczas biegu urwał się obcas.
Wszystkie oczy jednak biegły ku Małachowskiemu i Henrykowi.
Alfred usiadł na kamieniu i ciężko oddychał. W oczach jego powoli przygasały błyski podniecenia, a twarz stawała się spokojniejsza i jak zwykle surowa.
Henryk stał przed nim i patrzył z zachwytem. Nareszcie ukląkł przed Małachowskim i, zaglądając mu w oczy, szepnął:
— Widziałem...
— Co widziałeś, mały przyjacielu? — spytał Polak.
— Widziałem czarne duchy, uciekające przed tobą, gdyś walczył ze śniegiem i skałami, odrzucając ciężkie kamienie! O, ty możesz zwalczyć złe demony, bo one boją się ciebie i kryją przed tobą w ciemnych szczelinach i głębokich przepaściach! Tyś silny i odważny!
— To czarne odłamki skalne majaczyły w zadymce, gdyśmy odrzucali śnieg... — rzekł Małachowski.
— Nie! Nie! — zawołał Henryk, ściskając dłoń Alfreda. — To złe duchy wpijały ci się w ręce, aż krew trysnęła! Widziałem dobrze!
Schwycił w uniesieniu skrwawioną dłoń przyjaciela i do ust ją przycisnął.
— Henryku, co robisz?! — krzyknął zdumiony Małachowski i porwał chłopaka w objęcia.
— Ty jesteś silny i odważny! — powtórzył gorącym szeptem chłopak.
W milczeniu przyglądał się tłum turystów tej niezwykłej scenie, chociaż Henryk już odszedł od Alfreda. Byli wdzięczni chłopakowi za to, że wyraził swój zachwyt dla ofiarności i gorącego serca Alfreda Małachowskiego.
Czuł Henryk na sobie te przyjazne, ciepłe spojrzenia, a błogość i wielka radość napełniała jego serce. Chciałby wszystkich tych obcych mu ludzi przycisnąć do piersi z taką samą miłością, z jaką dziękował swoim przyjaciołom za wycieczkę w góry i Małachowskiemu za siłę jego i odwagę.
— Chciałbym mieć takiego syna! — szepnął jeden z bankierów.
Yes! — rzekł, wznosząc oczy, niemłody już Anglik.
Jednak, z pewnością, prawie nikt z całego grona nie mógłby odpowiedzieć na pytanie, za co pokochano małego, jasnookiego chłopca i poważnego Polaka, o twarzy surowej?
Nie zrozumieliby wielkiej prawdy, utajonej w sercu świętych i zbrodniarzy.
Jest nią radość bohaterskiego czynu i wdzięczność dla tych, którzy powołać do tego umieją.
Oddział pomocniczy oddalił się, unosząc Włochów.
Turyści odpoczywali.
Lecz niedługo to trwało.
Przeżywali bowiem ci ludzie dzień cudów...
Henryk obszedł kilka razy halę i bezwiednie podniósł oczy do góry.
Nad nim, wyglądając z poza krawędzi czarnego spychu, odcinał się od lazurowego nieba połyskliwy cypel górski.
Stał jak promienna meta, dumny i porywający.
Wołał do siebie, pociągał siłą niepojętą, urokiem niezwalczonym.
Był to urok dążenia...
Nagle jakiś cień mglisty, ledwie widzialny przemknął nad szczytem i w tej chwili oślepiający błysk bić zaczął, rozsypując dokoła promienie różnobarwne, gorące, namiętne.
Henryk drgnął. Na dalekim cyplu stanął przed nim wymarzony biały duch.
Znowu zabrzmiał natchniony, śmiały, rozkazujący krzyk:
— Na szczyt góry! Ujrzymy tam białe duchy! Za mną! Na szczyt! Na szczyt!
Znowu, jak przedtem, pomknął chłopak przez halę, drapał się na zbocza urwiska i, dopadłszy kamienistej płaszczyzny, pędził naprzód.
Głos chłopaka zapalił serca dorosłych i starych ludzi nieznanym porywem, rzucił urok młodości i dodał sił młodzieńczych.
Za Henrykiem, jak przedtem, nadążali Alfred, Joe, Hans, Roy i smagły Kubańczyk, a za nimi — reszta, prześcigając się wzajemnie, podtrzymując i wciągając upadających lub staczających się nadół.
Nie zdając sobie sprawy, biegł przewodnik, wymachując laską i zachęcając innych do biegu.
— Na szczyt! Na szczyt! — rozlegał się krzyk Henryka, a był, jak zuchwały klekot młodego orła, czującego moc w skrzydłach i odwagę bezmierną w sercu.
Chłopak dobiegł pierwszy i stanął na szczycie.
Dokoła, jak okiem sięgnąć, roztoczyły góry swoje najeżone skałami grzbiety. Jeszcze bardziej gęste i siwe snuły swoją sieć nad dolinami kosmy i kłęby chmur białych, a nad niemi stał on — Henryk de Chevalier, wyżej od orłów, nigdy tu nie zalatujących.
Zmalały na dole, w nizinach zielonych, szachownice pól, wstęga rzeki i nici potoków, ledwie się znaczyły jaśniejszemi plamami strzechy chat wieśniaczych i dachy wspaniałych gmachów; do drobnych odłamków szkła podobne skrzyły się zwierciadła jezior; ciemne plamy lasów i parków stały się czarne, z czarnej wyrastając ziemi.
Wszystko wydało się drobne, miłe, spokojne i bezbronne z tych cichych lazurowych wyżyn.
Znowu podniósł Henryk oczy w niebo, jakby wzlecieć ku niemu pragnął.
Olbrzymie, złociste, dyszące łagodnym ciepłem oblicze słońca było tuż, tak blisko, że swemi promiennemi włosami muskało głowę chłopaka i witało go nieuchwytnym, a potężnym wołaniem:
— Wyżej! Wyżej!
Wyciągnął ręce ku niebu i krzyknął, niby rzucając wezwanie do walki:
— Słońce! Słońce! Zajdę na szczyty najwyższe i wszystkich ludzi powiodę za sobą!
Tłum turystów w niemym zachwycie otaczał cypel ze stojącym na nim chłopcem i oczu oderwać nie mógł od twarzy gorejącej natchnieniem i niezłomną wolą bohaterstwa.
Z niepojętą radością, zrodzoną w promiennej nadziei, spojrzeli po sobie obcy ludzie, usłyszawszy okrzyk Henryka.
Nie rozumieli, jakie uczucia miotają nimi, jakie myśli budzą się w głębinach duszy, jakie szepty słyszą w tajnikach serca, okrytego lodową skorupą życia.
Pojmowali tylko, że zbliża się coś, co jest jak słońce ze szczytów niebotycznych, dokąd nie dociera myśl znękana, jak orzeł, unikający milczących wierchów śnieżnych.
Nagle rozległ się drżący głos sędziwego człowieka o twarzy bladej i oczach pełnych zachwytu:
— Czytamy w proroctwie Izajaszowem: „Ja — Pan wezwałem cię w sprawiedliwości, ująłem rękę twoją, zachowałem cię i dałem cię za przymierze ludu, za światłość narodom, abyś otworzył oczy ślepych, a wywiódł więźnia z zamknienia, z ciemnicy przebywających w ciemności!“
Od połyskującego szczytu brzmiał uniesieniem i wołaniem namiętnym dźwięczny głos chłopięcy:
— Słońce! Słońce!
Stłoczeni ludzie słyszeli, że od lśniącego, białego, jak rozpalona stal, szczytu brzmiał potężny natchnieniem i żądzą dążenia dzwon.
Wołał wszystkich — od krańca i do krańca świata, od gór, głowice kryjących w chmurach, burzami brzemiennych, do nizin zielonych i nędznych padołów, wzywał na wielkie święto radości życia, na gody białych duchów słonecznych, na turniej czynów wspaniałych, ku mecie, w obłokach utajonej, gdzie promienna Prawda wieniec nad ziemią dzierżyła...
Na roziskrzonym szczycie wciąż stał chłopak jasnooki i orlim klekotem wołał:
— Słońce! Słońce!


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.