Pięć minut do północy/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.

W kilka dni po zebraniu w willi „Róża,“ Joe Leyston, skończywszy pracę w komisji, wstąpił do czytelni Ligi.
Znalazł tu Hansa, zajętego rozmową z Małachowskim, i otoczonego obłokiem dymu Roya Wilsona, z oburzeniem przeglądającego dzienniki.
Anglik powitał przyjaciół i zaprosił ich do poczekalni.
— Mam pewien pomysł! — rzekł. — Duża grupa delegatów Ligi i innych cudzoziemców projektuje wycieczkę w góry. Przypomniałem sobie, że mały Henryk marzy o takiej wyprawie. Chciałbym zabrać go ze sobą, jeżeli Manon pozwoli?
— Cudownie! — zawołał Hans. — Wyobrażam sobie, jak będzie ucieszony mały chłopak! Ja też pojadę! Chcę widzieć, jakie wrażenie wywrą na Henryka góry.
Naradziwszy się, przyjaciele postanowili wziąć udział w wyprawie i zaprosić pannę de Chevalier.
— Już ja zorganizuję wszystko all right! — zapewnił Leyston.
— Nie wątpimy! — rzekł Małachowski.
— Dziękuję za zaufanie! — zaśmiał się Joe.
Niewiadomo, z jakiego powodu, wszystkim jednocześnie błysnęła myśl, że w stosunkach pomiędzy nimi zaszła wielka zmiana. W tem gronie nikt się nie czuł zwyciężonym i zwycięzcą, przedstawicielem słabszej lub silniejszej rasy, wyrazicielem jakiegoś systemu lub poglądu politycznego, wrogiego dla innych.
Roy Wilson mógł teraz spokojnie rozwijać przed przyjaciółmi swoje myśli o zbawiennych wpływach zorganizowanej pracy w warunkach pokojowego współzawodnictwa, Hans — marzyć o prędkiem wzmożeniu się wpływów Ligi Narodów, Alfred Małachowski opowiadać o Polsce, a Joe Leyston — słuchać wszystkiego ze spokojem, uwagą i chęcią zrozumienia i uzgodnienia z własnemi poglądami.
Przyjaciele spostrzegli nawet, że Joe coraz rzadziej krzywił usta i już prawie nigdy nie rzucał swego pogardliwego „o”!
Wszyscy odczuwali, że pomiędzy nimi już nastąpiło porozumienie i zjawiło się zaufanie wzajemne.
— Teraz Joe nie mógłby podejść mnie, jak to uczynił w Amsterdamie... — myślał Hans von Essen, patrząc na poważną twarz Anglika.
Roy Wilson przerwał chwilowe milczenie i, uderzając pięścią w stół, zawołał:
Devil! Ludzie powarjowali do reszty!
— Co się stało, my dear? — zapytał zdziwiony Joe.
— Przeglądałem dzienniki i wściekłość mnie ogarnęła! Szaleńcy! Wojny im się wciąż zachciewa! I to na całym świecie! — oburzał się Amerykanin. — Moi rodacy budują „Lexington“ i „Saratogę“ — ogromne awiomatki, wiozące na pokładzie po sto dwadzieścia nafaszerowanych bombami samolotów, Japończycy spuszczają na wodę bajecznie szybkie krążowniki i łodzie podwodne, Chińczycy szturmują koncesje białych ludzi w Szanghaju i innych miastach; Włosi zadarli z Jugosławią; Francuzi nie spuszczają oka z Nadrenji; Niemcy wyciągają po nią ręce, a jednocześnie po wschodnie dzielnice, należące do Polski; Berlin buntuje Gdańsk, Kowno i Moskwę, dostarcza im broni i jątrzy wszystkich; Anglja ma nowe pretensje do Egiptu. I to wszystko w chwili, gdy przebrzmiały pokojowe mowy Brianda, Stresemanna, Chamberlaina i tego włoskiego adwokata, przebiegłego i śliskiego, jak najsprytniejszy jezuita! Devil! Wściec się można!
Oburzenie Wilsona było szczere. Inni też podzielali zdanie, że Europa pląsa na wulkanie.
— Ponapisywali dyplomaci traktatów bez miary! — zawołał Hans. — Wersalski, St. Germaiński, oburzające Niemców i Austrjaków; trianoński, czyniący z Węgrów wrogów wszystkich narodów, które dopuściły do takiej oczywistej krzywdy dzielnego ludu; lozański, podsycający nienawiść Turcji i całego Islamu; traktaty w Rapallo i Berlinie zagrażają Europie... Te dokumenty trwożą i mącą umysły, a takie Locarno i postanowienie Ligi Narodów brzmią bez echa!
Do rozmowy wmieszał się Małachowski.
— Borys Suzdalskij miał słuszność, panowie, twierdząc, że świat wkrótce zostanie ogarnięty mrokiem północy, którą wybije wielki zegar przeznaczenia — rzekł.
Devil! — rzucił ze wściekłością Wilson.
— Ludzie usiłują usprawiedliwić formułę Arystotelesa — powiedział Joe Leyston z uśmiechem.
— Uczyniliby lepiej, obalając ją! — zauważył Hans.
No! Never! — uderzając pięścią w stół, wybuchnął Roy. — Są jeszcze sposoby i środki opamiętania! Dlaczego, naprzykład, Europa nie mogłaby uformować europejskich stanów zjednoczonych o wspólnej polityce ekonomicznej i ogólno-państwowej? Przecież my — Amerykanie potrafiliśmy to uczynić?! Nasz wschód nie jest podobny do zachodu, a południe różni się od obydwóch. Istnieją jednak i pomyślnie się rozwijają! Dlaczego nareszcie, nie można byłoby obalić kapitalizmu, jeżeli w nim ludzie widzą całe zło? Współczesna nauka i technika od lat dwudziestu pięciu jest zupełnie przygotowana do zabezpieczenia ludzkości dobrobytu. Gdyby uczeni i technicy na całym świecie odmówili swej pomocy egoistycznym, drapieżnym przedsiębiorcom i oświadczyli, że nie będą współdziałać wojnom na polu nowych wynalazków i wytwarzania materjałów wojennych, — kwestja w znacznym stopniu zostałaby rozwiązana! Wojny wygasłyby wkrótce, a na miejscu przedsiębiorstw egoistycznych, zachłannych kapitalistów wyrosłyby fabryki i gospodarstwa rolne, należące do państwa, lub do kapitalistów humanitarnych, rozumiejących wielką potęgę kapitału i jego wpływu na rozwój ludzkości. Byliby to kapitaliści, dla których pieniądz jest narzędziem twórczości, nie zaś środkiem wyzysku organizatorów, wynalazców i zwykłych robotników. Zniknęliby wtedy kapitaliści, ze swoich wspaniałych apartamentów kierujący losami całego świata, zabijający w dowolnym punkcie naszej planety przemysł i skazujący na nędzę i śmierć tysiące pracowników!
O! — przerwał mu Joe z pobłażliwym uśmiechem na twarzy. — To jest niemożliwe!
— Dlaczego? — spytał Roy.
— Dlatego, że tak myśli może tysiąc ludzi, a pozostały miljard lub więcej marzy o całkiem innych rzeczach!
Joe, powiedziawszy to, zaśmiał się sucho.
Małachowski podniósł głowę i ze zdziwieniem spojrzał na młodego dyplomatę.
Przemówił bowiem w tej chwili szlachetny, myślący Anglik, który zapomniał nagle o City i „Rule, Britannia.“
— Pan Leyston ma zupełną słuszność! — powiedział Alfred. — Większość myśli inaczej... Może nie miljard, może mniej! Przecież myśl o tem, co tak napozór praktycznie ujął Roy Wilson, kiełkuje. Jednym dodaje otuchy i opromienia nadzieją, drugich niepokoi i przeraża. Pierwsi nie mają odwagi zabrać się do czynu, drudzy — bronią zażarcie swoich placówek. Istnieje jeszcze jedna kategorja ludzi. Są to ci, którzy obawiają się wielkich zmian i mówią sobie „laissez jaire, laissez passer“...
— Więc pan ma jeszcze jakąś nadzieję? — spytał Joe, podnosząc blade oczy.
— Mam... — odparł Alfred. — Zmiany nastąpią nie tak prędko, lecz nastąpią i Henryk de Chevalier, naprzykład, doczeka się tego dnia.
— Jakże się to odbędzie? Jak pan myśli? — zapytał Roy.
— Nie jest tajemnicą, przecież, że nikt w Europie i Ameryce nie pragnie wojny. — rzekł Małachowski. — Powiem więcej! Inwalidzi, którzy widzieli oblicze wojny, będą wstrzymywali od niej młodzież. Matki, żony, siostry, wszystkie kobiety wystąpią przeciwko nowemu mordowi niewinnych ludzi! Stan finansowy przez długi jeszcze czas nie pozwoli na nowe szaleństwo niszczenia dobytku narodowego...
— Przejdą lata i nastroje się zmienią! — przewał mu Leyston.
— Tak, lecz tych lat wystarczy, aby zarażone wojowniczemi zapałami generacje wymarły. Podrastające pokolenie, chociaż pamięta okres wielkiej wojny, będzie już mniej zaborcze. Egoistyczne poglądy będą się ścierały z krytyką ich ze strony ludzi starszych, rozczarowanych co do imperjalizmu i będą oddziaływały słabiej na wyobraźnię młodzieży. Nadzieję swoją pokładam jednak dopiero w następnem pokoleniu, gdy na skutek rozwijającej się szybkiej komunikacji, zostanie dokonane wzajemne poznanie się ludów i ras i wynikające stąd porozumienie.
— Aha! — zawołał Roy Wilson. — Należy więc przeciągnąć okres chociażby sztucznego pokoju?
— Niezawodnie! — odparł Alfred. — Po wojnach następują zwykle okresy wybuchu duchowych zagadnień. Będzie to woda na młyn pokoju. Tymczasem jest źle! Północ się zbliża, lecz Borys nie mógł słyszeć bicia zegara. Nie! Pozostaje jeszcze pięć minut. Przez ten czas musimy dać możność dorosnąć młodemu pokoleniu, a ono już poradzi sobie z mrokiem! Potrafi zmusić, aby wskazówki cofnęły się, a zegar bić zaczął godzinę świtu!
— O, gdyby tak było! — westchnął Hans.
Yes! — wtórował mu Joe Leyston.
— Będzie tak! — rzekł Małachowski. — Ciężkie będą pierwsze lata, lecz wierzę, że ani absolutny, zabijający gaz, ani promienie śmierci, któremi militaryści usiłują zastraszyć ludzkość, nie doczekają się zastosowania! Nawet bezwzględny, politykujący kapitalizm wyrzeknie się dochodów wojny. Zrozumie on wkońcu, że nowa walka zbrojna stanie się początkiem światowej rewolucji. W jej płomieniach stopią się stalowe kasy banków, a z niemi razem życie ich posiadaczy...
— O, gdyby tak było! — powtórzył Hans von Essen.
Well! — szepnął Joe.
All right! Pocieszył pan mnie, chociaż tego nie zobaczą moje oczy! — zawołał Roy Wilson.
Kilku znajomych delegatów weszło do poczekalni i, ujrzawszy Hansa, rozpoczęło z nim rozmowę.
Wkrótce przyjaciele opuścili gmach Ligi i przez park szli do domu.
Na bowisku tennisowem spostrzegli grającego Henryka.
— Hallo, Henry! — krzyknął Joe. — Mam dla ciebie nowinę!
Chłopak przeprosił partnerów i podbiegł, serdecznie witając znajomych.
— Jaka nowina? — spytał. — Dobra?
— Bardzo dobra! Będziesz się cieszył, — mówił Joe, obejmując chłopaka. — Wybieramy się w góry, Henry, na same szczyty.
— Aż tam, gdzie skrzą się, lodowce? Tam, gdzie nawet orły nie dolatują? — szepnął Henryk.
— Aż tam! — zawołał Joe.
— Jacy wy szczęśliwi! — westchnął chłopak.
— Chcemy prosić mamy, abyście pojechali razem z nami — i ona, i ty! — powiedział Hans.
— I ja!... — zawołał Henryk, a łzy szczęścia błysnęły mu w oczach. — Jacy wy dobrzy... wszyscy... wszyscy!
Umilkł, a po chwili zapytał cicho:
— A czy mój nauczyciel — pan Neuville też może pojechać?
— Poco ci on jest potrzebny? — zapytał Leyston.
Chłopak zmarszczył brwi i rzekł:
— Pan Netwille jest bardzo dobry i chce tak, jak ja, zobaczyć białe duchy gór! O, bardzo proszę, żeby pan Neuville pojechał z nami!
— Doskonale! — zgodził się Joe. — Pojedzie z nami!
Henryk zawisnął mu na szyi, okrywając pocałunkami twarz jego.
— Teraz wiem, wiem z pewnością, że spotkam dobre duchy! — mówił urywanym głosem. — Pan Neuville pozna je nawet w najgęstszym tłumie, chociażby były okryte pyłem.
Wszyscy ze zdziwieniem patrzyli na chłopca.
— O czem mówisz, Henryku? — zapytał Hans.
— Ja wiem wszystko... — odparł, kładąc palec na ustach i radośnie się uśmiechając.
Szczęście biło mu z twarzy, w oczach zjawiły się płomienie natchnienia.
Pożegnał przyjaciół i pobiegł na boisko.
— Takie będzie nowe pokolenie, o którem mówiliśmy — zauważył Małachowski, patrząc na oddalającego się Henryka. — Będzie miało wesołą twarz, bo zapomni o nienawiści walczących społeczeństw, nie zazna przeczucia zbliżającej się klęski, w oczach i głosie poniesie radość, zrodzoną z jasności dążeń, gdy zjawi się poszanowanie dla ludzi i przyświecać będzie uczucie szczęśliwości, że świat jest piękny, a życie — proste i promienne w błyskach natchnienia, cichego bohaterstwa i potęgi myśli!
— Jak gorąco powiedziałeś to, drogi Alfredzie! — zawołał Hans, bezwiednie przechodząc na stopę największej i najszczerszej poufałości.
Yes, yes, my dear Alfred! — powiedział Joe, ściskając rękę Małachowskiego, a w źrenicach jego zapaliły się nieznane dotąd rzewne ogniki.
Roy Wilson, patrząc otwartemi, śmiałemi oczami, klepał Alfreda po ramieniu i mówił wzruszonym głosem:
That’s boy! Gdy słucham ciebie, życie wydaje mi się lepszem i latwiejszem! Nadzieja wstępuje do serca, że zwalczymy wszystkie przeszkody! Gdzieś się taki urodził?
— W kraju, który przetrwał wszystko w nadziei dla której żył nie marzeniami, lecz myślą, uczuciem i mięśniami, drogi Roy! — odparł Małachowski.
— Musimy uczynić wszystko, aby nowe pokolenie ujęło w swe dłonie ster życia! — rzekł Hans.
Yes! Yes! — kiwał głową Joe Leyston.
— Mamy cel przed sobą! — krzyknął nagle Wilson. — Już niema chaosu i bezdroża!
Z boiska doszedł radosny okrzyk Henryka:
— Pójdę w góry, na same szczyty, blisko do słońca. Poprowadzę tam dobre, jasne duchy!...
— Słyszeliście? — zapytał Hans, spoglądając na przyjaciół.
— Słyszeliśmy! — odpowiedzieli cicho, niby w strachu, że spłoszą piękną, wymarzoną zjawę.
Z cichą radością w sercu poszli dalej.
— Wstąpmy do Manon! — zaproponował Hans. — Musimy ją uprzedzić o wycieczce i zaprosić...
Well! — zgodził się Joe.
Manon już powróciła z kliniki.
Posłyszawszy o projekcie przyjaciół, ucieszyła się za Henryka.
— Marzy o tem od kilku lat! — zawołała. — Jaka szkoda, że nie mogę wam towarzyszyć. Mamy właśnie poważną operację, przy której pomagam profesorowi.
— Może kto inny zastąpiłby panią? — zapyta Wilson.
— Nie mogę! — odparła. — Jest to mój pacjent. Operacja bardzo poważna, decydująca o życiu chorego. Bardzo mnie prosił, abym nie odstępowała go... Nie mogę!
Przyjaciele znali lekarza Manon de Chevalier, więc nie nalegali.
Poprosili ją więc tylko, aby uprzedziła pana Neuville, i obiecali wstąpić po niego i Henryka.
— A strzeżcie mi syna! — upomniała ich na pożegnanie.
O! — odpowiedział Joe i spojrzał na nią z wyrazem głębokiej przyjaźni.
— Dla niego skoczyłbym z Montblanc! — zawołał Roy.
Manon śmiała się. Wiedziała, że mówią prawdę i była spokojna o syna.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.