Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O! — odpowiedział Joe i spojrzał na nią z wyrazem głębokiej przyjaźni.
— Dla niego skoczyłbym z Montblanc! — zawołał Roy.
Manon śmiała się. Wiedziała, że mówią prawdę i była spokojna o syna.


ROZDZIAŁ XXIII.

Pewnego dnia wczesnym rankiem liczna grupa turystów odjechała pociągiem w stronę gór.
Była to grupa międzynarodowa. Anglicy, Niemcy, Austrjacy, Węgrzy, Francuzi, Amerykanie, Kubańczycy i Duńczycy stanowili ją.
Delegaci Ligi, plantatorzy z Brazylji i Indyj holenderskich, oficerowie, fabrykanci, kupcy i nawet dwóch opasłych bankierów wyruszyło z dworca genewskiego.
Ekskursję prowadził z powagą Joe Leyston, mający za pomocnika Szwajcara-alpinistę. Przy nim trzymała się grupka przyjaciół, otaczająca małego Henryka i sędziwego pana Neuville, opowiadającego o zwiedzanej części Alp.
Zatrzymawszy się na małej stacyjce, turyści wsiedli do kolejki elektrycznej, pnącej się po pionowych zboczach czarnych skał.
Zatrzymano się przy stojącem wysoko w górach schronisku, gdzie było przygotowane zamówione przez Joego śniadanie.
Nawet tu wyczuć się dawały wrogie nastroje panujące pomiędzy uczestnikami wycieczki.
Bankierzy, bogaci przemysłowcy i kupcy tworzyli własną grupę na uboczu. Francuzi unikali zbliżenia się z Niemcami, Węgrzy niechętnym wzrokiem patrzyli na Francuzów, Kubańczycy — na Amerykanów, Anglicy krzywili się z niesmakiem, słysząc zbyt głośne wykrzykniki i dowcipy Amerykanów. Przedstawiciele wielkich mocarstw z lekceważeniem lub protekcjonalną miną traktowali obywateli mniejszych państw, tamci znów złośliwie spoglądali na potentatów, wszędzie, nawet w Lidze Narodów, prowadzących swoją bezwzględną