Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wołał do siebie, pociągał siłą niepojętą, urokiem niezwalczonym.
Był to urok dążenia...
Nagle jakiś cień mglisty, ledwie widzialny przemknął nad szczytem i w tej chwili oślepiający błysk bić zaczął, rozsypując dokoła promienie różnobarwne, gorące, namiętne.
Henryk drgnął. Na dalekim cyplu stanął przed nim wymarzony biały duch.
Znowu zabrzmiał natchniony, śmiały, rozkazujący krzyk:
— Na szczyt góry! Ujrzymy tam białe duchy! Za mną! Na szczyt! Na szczyt!
Znowu, jak przedtem, pomknął chłopak przez halę, drapał się na zbocza urwiska i, dopadłszy kamienistej płaszczyzny, pędził naprzód.
Głos chłopaka zapalił serca dorosłych i starych ludzi nieznanym porywem, rzucił urok młodości i dodał sił młodzieńczych.
Za Henrykiem, jak przedtem, nadążali Alfred, Joe, Hans, Roy i smagły Kubańczyk, a za nimi — reszta, prześcigając się wzajemnie, podtrzymując i wciągając upadających lub staczających się nadół.
Nie zdając sobie sprawy, biegł przewodnik, wymachując laską i zachęcając innych do biegu.
— Na szczyt! Na szczyt! — rozlegał się krzyk Henryka, a był, jak zuchwały klekot młodego orła, czującego moc w skrzydłach i odwagę bezmierną w sercu.
Chłopak dobiegł pierwszy i stanął na szczycie.
Dokoła, jak okiem sięgnąć, roztoczyły góry swoje najeżone skałami grzbiety. Jeszcze bardziej gęste i siwe snuły swoją sieć nad dolinami kosmy i kłęby chmur białych, a nad niemi stał on — Henryk de Chevalier, wyżej od orłów, nigdy tu nie zalatujących.
Zmalały na dole, w nizinach zielonych, szachownice pól, wstęga rzeki i nici potoków, ledwie się znaczyły jaśniejszemi plamami strzechy chat wieśniaczych i dachy wspaniałych gmachów; do drobnych odłamków szkła podobne skrzyły się zwierciadła jezior; ciemne plamy lasów i parków stały się czarne, z czarnej wyrastając ziemi.