Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wołał wszystkich — od krańca i do krańca świata, od gór, głowice kryjących w chmurach, burzami brzemiennych, do nizin zielonych i nędznych padołów, wzywał na wielkie święto radości życia, na gody białych duchów słonecznych, na turniej czynów wspaniałych, ku mecie, w obłokach utajonej, gdzie promienna Prawda wieniec nad ziemią dzierżyła...
Na roziskrzonym szczycie wciąż stał chłopak jasnooki i orlim klekotem wołał:
— Słońce! Słońce!


KONIEC.