Pestis perniciosissima/Racyonalizm i moralizm

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Zdziechowski
Tytuł Pestis perniciosissima
Podtytuł Rzecz o współczesnych kierunkach myśli katolickiej
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1905
Druk W. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I. Racyonalizm i moralizm.


W mało znanej a odznaczającej się szczerą i głęboką serdecznością uczucia rozprawce X. Królickiego o posłannictwie kapłanów, znalazłem następujące piękne słowa: «Na podwalinie kapłaństwa stoi krzyż Zbawiciela; kiedy więc podwalina osłabnie, musi to drzewo życia uledz pochyleniu». Naturę człowieka porównał tenże autor do zwichniętej wagi, w której jedną szalę przeciążył cały ogrom grzechu. Jedyną, zdaniem jego siłą, zdolną przeciw ważyć zepsucie nasze i przechylić szalę ku stronie dobra, byłaby siła świętości u tych, którym Chrystus nakazał być solą ziemi, t. j. u kapłanów: «tylko ciągłem przeciwstawianiem wyższej świętości życia skażeniu świata, możemy go uleczyć, tylko blaskiem cnoty, olśniewającym na podobieństwo wizyi pod Damaszkiem, możemy powstrzymać jego pęd ku złemu — słowem, tylko siłą i urokiem moralnym, możemy go porwać, nawet bez jego świadomości, w czystą sferę ducha, jak nas bez wiedzy naszej i woli nosi ziemia po niebieskich przestworzach...» «W naszym (t. j. kapłanów) ręku — pisze X. Leon Zbyszewski — złożony jest boski pierwiastek zbawienia, nawet doczesnego zbawienia społeczeństwa» — niechże, pamiętają kapłani, że są pośrednikami między rozstrojonem społeczeństwem a Bogiem, niech pamiętają — «że nam, którzy podczas świętych tajemnic, nosimy w sobie osobę Najwyższego Kapłana, których woli i ust On używa, aby nad chlebem i winem wyrzec sakramentalne słowa swoje, że nam nie wolno spełniać tej tajemnicy, nie ofiarowując wraz z Nim, na krzyżu Jego, według Jego intencyi — osoby własnej i życia i wszystkiego, czem jesteśmy i co mamy...»
Tak się przedstawia ideał kapłaństwa tym, którzy umieją wejść w jego głąb — i nie ulega wątpliwości, że jego urzeczywistnienie byłoby najsilniejszą przeciw niewierzącym bronią apologetyki kościelnej.
Słusznie mówią, że aby wierzyć, trzeba mieć dobrą wolę ku temu. Największym wrogiem wiary jest egoizm w obu postaciach swoich — pychy i zmysłowości. Człowieka, który mu uległ, pozbawi wiary pierwszy lepszy pocisk antyreligijnej filozofii. I wszelka apologetyka będzie tu bezsilną wobec potęgi grzechu i otchłani głupstwa, w które grzech pogrąża i o którem świadczy zarówno niezdolność do sięgania ponad świat zmysłów, piętnująca tego, kto się stał sługą ciała — jak lekkomyślność samoubóstwienia, w które wpada każdy, co się pychą upoił. — Jeśli nie zupełnie bezsilną, to słabą w działaniu swojem okazuje się apologetyka, gdy się zwraca do ludzi, którzy, pomimo, iż im nic się nie da zarzucić pod względem moralnym, zatracili jednak zmysł religijny i metafizyczny, oddychając zatrutą atmosferą duchową wieku, pod wpływem warunków wychowania i otoczenia.
Ale jest jeszcze trzeci rodzaj ludzi: nie można o nich powiedzieć, że nie szukają prawdy, owszem, pragną jej; chcieliby wydostać się z błota samolubstwa; uznają wyższy porządek moralny nad sobą, a przynajmniej czują jego potrzebę; dzięki temu mniej są skorzy do dawania posłuchu podszeptom negacyi filozoficznej — jednak od wiary odciąga ich straszny zaiste, bo nie dający się ani usunąć, ani dostatecznie wytłómaczyć fakt przeciwieństwa między ideałem społeczności kościelnej, a rzeczywistością. Wszak Kościół jest stróżem prawdy; przez Kościół mają wchodzić jego członkowie w mistyczną jedność z Synem Bożym, ukrytym w sakramencie ołtarza; pod wodzą przeto Kościoła i w Kościele muszą oni mieć moc przeistoczenia siebie w «plemię synów Bożych», — słowem wybrańcami są wśród narodów. Więc logika mówi, że choćby wskutek wrodzonej człowiekowi ułomności, nie spełnili posłannictwa swego i nie stworzyli społeczności doskonałej, jednak, obdarzeni nadzwyczajną łaską i pomocą z Nieba do uświęcenia siebie, powinniby byli, choć w słabej mierze, okazać moralną wyższość nad tymi, co są poza Kościołem, poza prawdą, poza łaską. Ale rzeczywistość przeczy logice. Fakty przytoczone w obronie cywilizacyjnej lub moralnej wyższości społeczeństw katolickich, choć bardzo wymowne, nie są jednak dość silne, aby zdołały zatrzeć lub osłabić groźne znaczenie faktu ogromnej przewagi politycznej, którą zdobyły narody i państwa protestanckie, — dziś zaś pogańska Japonia zuchwale idąca pod względem oświaty i obyczajów w zawody z Europą, zachwiewa dogmat o nierozłącznej spójni cywilizacyi z chrześcijaństwem; wreszcie Kościół katolicki, który w znacznej mierze ponosi odpowiedzialność za wszystko, co się narodom katolickim zarzucić da, nie jeden raz w ciągu dziejów swoich zamiast być lux mundi, stawał się w osobach kierowników swoich scandalum mundi, — słowem, wątpienie ogarnia, a jedyną odpowiedzią mogłaby tu być tylko świętość tych, co ideę Kościoła przedstawiają.
Ale ponieważ ta świętość świeci nieraz blaskiem zbyt słabym, więc czyby nie było lepiej chwycić się innego środka, a mianowicie słoneczny żar miłości i świętości, który porywa serca, zastąpić surową powagą prawdy, która podbija rozumy. Miarą jej mocy jest jej jasność. Więc tę jasność tryumfalnie wykazać, a wtedy samą oczywistością głoszonych nauk zapanować nad umysłami i przytłoczyć ciężarem prawdy przewrotność lub upośledzenie tych, którzy prawdzie poddać się nie chcą — oto jest perspektywa, która olśniła i olśniewa apologetów wiary. Ten cel zwykli oni stawiać przed sobą.
W przejęciu się niewzruszonością praw logicznego myślenia cechowała i cechuje filozofów i teologów jakaś naiwność, nie rachująca się tak z różnorodnością umysłów ludzkich, mogących rozmaicie owe prawa stosować — jak też i z tym faktem, że tylko w matematyce, mającej do czynienia z wyzutemi z wszelkiej treści abstrakcyami, jakiemi są ilości, a zatem w zakresie jednorodnych, wskutek tego ilościowych określeń możliwe jest bezwzględnie ścisłe stosowanie praw logiki, gdy natomiast w zakresie jakości i jakościowych ograniczających się wzajemnie lub wykluczających określeń mogą istnieć kierunki rozmaite, odpowiadające rozmaitym ustrojom umysłów. Od zarania też dziejów myśli stale kusiła filozofów chęć nadawania twierdzeniom swoim charakteru absolutnego. Teologów nęciła ona tem bardziej; usiłowali oni od początku powagę Objawienia popierać dowodami, które osnute będąc na mocnych podstawach rozumowych, miałyby pozory ścisłości matematycznej. Kierunek ten osiągnął był w scholastyce swój doskonalszy wyraz i dotrwawszy do dziś dnia odradza się obecnie i rozszerza p. n. scholastycyzmu, neoscholastycyzmu, lub neotomizmu. Wolę go jednak określać jako racyonalizm teologiczny w przeciwstawieniu do moralizmu, czyli dogmatyzmu moralnego, szukającego potwierdzenia wiary przede-wszystkiem w moralnych aspiracyach duszy, których najwyższym wyrazem jest świętość.
Budowa «matematycznej» apologetyki, którą nas obdarzają racyonaliści, ma tę zaletę, że jest nadzwyczaj prosta: opiera się cała na zasadzie przyczynowości, stale wyrażanej w ulubionym przykładzie zegaru i zegarmistrza. Otóż wszechmądry zegarmistrz, jakim jest Bóg, ukończywszy dzieło swoje i ukoronowawszy je stworzeniem istoty rozumnej, nie mógł jej nie objawić woli swojej. Wszelkie inne przypuszczenie byłoby w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, jako przypisujące Stwórcy bezcelowe działanie. Ponieważ równie bezcelowem byłoby objawienie woli, która dla człowieka staje się prawem, bez postawienia kogoś na straży tego prawa, więc Syn Boży posłannictwo to poruczając Kościołowi, tem samem dał mu w ręce ster świata. Stąd zaś wynika nieomylność Kościoła w tłómaczeniu wiary i moralności. Oczywiście w uzasadnieniu boskości Chrystusa i Kościoła do dowodu logicznego, dodaje się świadectwo historyi. A wszystko to ma być ścisłe, jak dwa a dwa cztery i ci, co tego nie przyjmują, wpadają, według scholastyków, w absurd, okazują albo głupotę, albo przewrotność. Słowem Zegarmistrz i Zegar, gdy mowa o stosunku Boga do świata — matematyczna ścisłość jako cecha nauki Kościoła, stosunek ten wykładającej — i absurd czyli bezmyślność, jako wynik myślenia tych, którzy uparli się w odrzuceniu wiary objawionej — te trzy orzeczenia wracają stale w deklamacyach apologetycznych, niby zwrotki w balladzie, powtarzające się przy końcu każdej strofy.
Niestety w «absurdzie» pogrążyła się znaczna część inteligencyi wraz z wielu najprzedniejszjrmi umysłami i o twarde ich czaszki, rozbija się cała «matematyka» apologetów.
Chcąc więc przemawiać do nich, należy zacząć od nauczenia się ich języka. Pięknie wyraził się przed laty Karol Secretan w dziele La civilisation et la croyance, że przyczynowość to coś, co nas wznosi ponad proch rzeczy ziemskich, ale dowodem jeszcze nie jest. I w rzeczy samej zasada przyczyny i skutku w stosunku między pierwiastkiem twórczym wszechświata a jego dziełem przed stawiała się myślicielom, którzy największy wpływ na stulecie ubiegłe wywarli, nie jako stosunek zegarmistrza do zegaru, lecz nasienia do owocu, a panteizm ten z jednej strony torował drogę materyalizmowi, jako swemu nieuniknionemu wynikowi, z drugiej zaś wiążąc się z rozczarowaniami natury politycznej, i społecznej rodził wątpienie, czy jest dziełem rozumnem świat, którego tworzeniem kierował ślepy jakiś instynkt a nie siła świadoma celów swoich. Stąd zaś szedł pessymizm, który stale, choć w rozmaitych stopniach, słabiej czy silniej, zabarwia umysł człowieka współczesnego tak, że pierwsze w nim poruszenie myśli, gdy się zastanawia nad istotą rzeczy, prowadzi go do wniosku, że życie i świat są nonsensem i że przeto uznanie świata za dzieło rozumu, a tem bardziej wiara w Boga żywego, osobowego, kierującego wszystkiem, co stworzył, jest raczej gwałtem rozumowi zadanym, niż aktem rozumu, jak uczą teologowie.
Podobnież pomimo całej logiczności wywodu, że skoro Bóg jest i człowieka stworzył, więc musiał mu swoją wolę objawić, ciężko to, nawet w razie uznania Boga, przyjąć człowiekowi współczesnemu. Np. Lew Tołstoj afirmuje Boga z całą właściwą jemu energią a jednak odrzuca objawienie; zamiast objawienia Stwórca dał nam, według niego, rozum siłą własną, stopniowo do poznania prawdy dochodzący. Jest to twierdzenie nie teologiczne i nie pocieszające, bo skazuje człowieka na opuszczenie i błądzenie po ciemnościach anarchii umysłowej, ale jest zgodne z nastrojem epoki dzisiejszej duchem ewolucyonizmu nawskróś przejętej. Wreszcie co się tyczy Kościoła i kapłanów, jako stróżów objawienia, to powstaje przeciw temu, nietylko bezdenna głupota egoizmu, zatopionego w pysze lub zmysłowości i nie znoszącego żadnych pęt, ale nieraz także idealizm, szukający w Kościele harmonii między ideałem a rzeczywistością, a uderzony dysproporcyą pierwiastków Boskich i ludzkich w nim i wskutek tego skłonny do umniejszania, wreszcie nawet do niewidzenia wszystkiego, co świadczyć może o boskości w Kościele. Wszak Jan Hus nie był ani zacietrzewionym pyszałkiem, ani podłym rozpustnikiem, lecz idealistą, którego raziła wszelka skaza na instytucyi, której był członkiem — i patrząc na ówczesny głęboki upadek Kościoła, utwierdzał się w myśli, że Kościołem jest nie to, co się nim wydaje, nie stanowią go bowiem ludzie, których łączy jedność dogmatów i obrządków, ale ci nieliczni, którzy wdzierają się na wyżynę doskonałości. Otóż coś z husyckiego nastroju tkwi w niejednym z dzisiejszych przeciwników katolicyzmu.
W pierwszej połowie wieku zeszłego kilku znakomitych przedstawicieli myśli katolickiej, wychodząc z jasnej jak słońce zasady, że aby przekonać przeciwnika, należy wprzódy być przez niego dosłyszanym i w tym celu znaleźć wspólny grunt umożliwiający spotkanie, poczęło gruntu tego szukać. Nazywało się to dążeniem do pogodzenia Kościoła z duchem wieku. Ludziom tym jednak wytrącono wkrótce broń z ręki; kierunek ich potępiony został w Rzymie przez Grzegorza XVI-go. Odtąd niejasny w istocie swojej wyraz «duch wieku» staje się dla wielu synonimem wszystkiego najgorszego i zapominają, że ów duch może być wytworem rozmaitych wpływów, pomiędzy którymi chrześcijaństwo zajmuje niepoślednie miejsce i że przeto w nim — w duchu wieku może znaleźć się coś, co nosi na sobie znamię ducha Chrystusowego. To coś mogłoby oczywiście być w niezgodzie z urzędową w danej chwili polityką Kościoła, zmuszoną rachować się z warunkami czasu i miejsca, ale nie przestaje pomimo tego być chrześcijańskiem, może stać się bodźcem do żywszego ruchu w Kościele, kto wie, może nawet niekiedy zawierać w sobie wskazówkę jego przyszłych kierunków.
Ale utożsamianie teologii z matematyką, dowodzące ciasnoty widnokręgu, osłabia umiejętność rozróżniania odcieni myślowych i tłumiąc tem samem a nieraz i niszcząc zdolność rozumienia innych prądów i innych dusz, przepełnia człowieka pogardą i wstrętem do wszystkiego, co mu obce. Nie dziw przeto, że przedstawiciele tego kierunku zapałali nienawiścią do «ducha wieku». Ponieważ zaś ludzie, których potępił był Grzegorz XVI-ty, a którzy marzyli o możliwości porozumienia się z owym duchem, występowali pod nazwą katolików liberalnych i ponieważ później Pius IX ty napiętnował ich kierunek, jako «najzgubniejszą zarazę (pestis perniciosissima)», więc stało się to dla ich przeciwników źródłem wielkiej radości i odtąd poczęli upatrywać liberała, roznoszącego zarazę w każdym, kto się z nimi w czemkolwiekbądź nie zgadzał. Przeciwko temu musimy protestować. Liberalizm jest afirmacyą wolności. Bóg stworzył człowieka wolnym, wolnych chce mieć czcicieli — i na wyraz wolność bije każde serce szlachetne, a że niczem nieograniczona, rozpasana wolność, prowadząc za sobą wybryki przewrotnych prądów natury ludzkiej staje się złem, z tego nie wynika, iżby w tem tylko znaczeniu należało wyraz wolność pojmować. Wszak i w imię wiary katolickiej popełniano gorszące nadużycia. Istotę wolności głoszącego liberalizmu stanowi poszanowanie osoby ludzkiej, posiadającej nieśmiertelną na obraz Boży stworzoną duszę i obdarzonej dostateczną łaską do zbawienia, — i nietylko nie widzimy w tem nic anty chrześcijańskiego, ale przeciwnie wypływać to musi z nauki Chrystusa i Kościoła. Liberałem w tem znaczeniu może być każdy katolik, a w kimby to jakąś wątpliwość budziło, niech stara się określać granice, między liberalizmem złym a dobrym. Gdy widzę katolika dzielącego bliźnich swoich na liberałów, t. j. szanujących wolność i katolików i odsądzającego pierwszych od czci i wiary, wydaje mi się to równie bolesnym nonsensem, jak gdyby ktoś dzielący ludzi na uczciwych i nieuczciwych. w czambuł potępił wszystkich uczciwych na zasadzie, że niektórzy z nich błądzą. Wynikałoby stąd, że on sam siebie i swoich najbliższych zalicza i zaliczyć chce do nieuczciwych! A czy co innego czyni ten, kto liberalizm oznacza jako wytwór piekła? Wygłasza tem samem, że nie szanuje wolności ludzkiej i że wolną i nieśmiertelną duszę ludzką chce przeistoczyć w ślepe narzędzie w ręku swojem.
Zamiast ostrze swej broni zwracać przeciw przewrotnemu tłumaczeniu i stosowaniu zasad liberalnych, przeciwnicy liberalizmu określają go, jako «dążność do wyzwolenia się z pod wszelkiego autorytetu tak ludzkiego jak Boskiego» — i z tym wiatrakiem walczą. Jezuita M. Hormann w pamflecie swoim: Liberalizm i katolicyzm liberalny, ogłoszonym w jednem z pism południowo-słowiańskich tryumfalnie przytacza zdanie jakiegoś Hiszpana z pod ciemnej gwiazdy Sarda y Salvany, że liberalizm jest najcięższym ze wszystkich grzechów i o ten grzech, którego najdobitniejszym i także najszczerszym wyrazem ma być formuła: Ni Dieu ni maître oskarża każdego katolika, który inaczej ośmiela się sądzić. Myśl ludzka ma prawo być wolną — dowodzi tenże kapłan — tylko tam, gdzie nie ma pewności; każda przeto prawda wiadoma stanowi granicę, poza którą wolność nie śmie sięgać, ponieważ np. wiemy, że w trójkącie suma kątów wynosi 180, więc oczywiście nie wolno rozumowi być tu innego zdania. Jak z matematyką, tak samo rzecz się ma z teologią, wiadomo bowiem, że prawdy teologiczne równie ścisłe dają się udowodnić, jak teoremy z geometryi: »Najznakomitsze umysły wszystkich czasów, które sumiennie badały dowody prawdziwości objawienia chrześcijańskiego, widziały jasno, że stoją przed niewzruszoną prawdą i że wobec ich krytyki okazuje się cała nicość wszystkich zarzutów». Więc kto się z oczywistością prawdy katolickiej nie zgadza, ten musi być chyba głupcem, albo szaleńcem, albo wreszcie szubrawcem. Do tej przeto kategoryi zostają zaliczeni mędrcy, których przywykliśmy czcić, którzy uczciwą i nieraz pełną zaparcia się pracę życia poświęcili sumiennemu dążeniu do prawdy, a zawinili chyba tem tylko, że łaski wiary nie mieli. — Od młodu byłem skłonny do pessymizmu. Filozofia pessymistyczna najlepiej usposobieniu memu odpowiadała, gdy począłem samodzielnie zastanawiać się nad życiem, nigdy jednak tak daleko w pessymizmie swoim zajść me zdołałem, abym ogromną większość ludzkości myślącej, szukającej rozwiązania zagadnień, które ją od początku wieków dręczą, miał za bezmyślną, przez dyabła jakiegoś opętaną tłuszczę. Tak jednak sądzą współpracownicy pisma, w którem X. Hermann rzecz swą umieścił. Jeden z nich wykazawszy z wielkim aplombem, że wolność myśli jest nonsensem, gdyż wiążą ją prawa logiki, które każą uznać tak to, że dwa a dwa cztery, jak i całą naukę Kościoła — porównał myśl wolną z żydem wiecznym tułaczem, na którym ciąży przekleństwo Boże. Następnie wymieniwszy jako wyklętych od Boga tułaczów myśli wszystkich niemal filozofów od wieku XVI-go do dziś dnia do H. Spencera i zaliczywszy w ten poczet nawet Kartezyusza i Leibnitza, którzy mniemali, że są w zgodzie z Kościołem, nawet Malebranche’a, który był pobożnym kapłanem, kończy następującym wykrzyknikiem: «Quousque tandem! Kiedyż będzie koniec szaleństwu? O myśli wolna czy istnieje nonsens, którego nie wygłosiłaś? Nie, ona — ta myśl wolna wiecznie błądzić będzie, bo niezmierzoną jest negacya w objawach swoich i niezmierzoną może być liczba szaleńców».
Ciągłe mieszanie teologii z matematyką wyrabiając nieubłagany absolutyzm w sądach, wysusza serce i pozbawia zdolności oryentowania się w dziedzinie moralnej. «Prawda może być tylko jedna — pisze X. Hormann, — więc wszystko co nią nie jest, jest fałszem». Nikt temu nie przeczy. Tylko twierdzenia tego nie wolno stosować w teologii z tą samą bezwzględnością co w matematyce, mając bowiem do czynienia z sumieniem ludzkiem, trzeba przedewszystkiem starać się być sprawiedliwym, aby dogodzić Temu, który nauczał: «A jako chcecie, aby wam ludzie czynili, także im i wy czyńcie» (Ev. Luc VI. 131). To jest pierwsza powinność. Więc trzeba rozróżniać między fałszem świadomym, a nieświadomem błądzeniem, które bywa wynikiem szukania prawdy — w szukaniu zaś tem, trzeba poznać rodzaje jego i odcienie i umieć dojrzeć te zwłaszcza, które najbardziej zbliżają się do prawdy. Człowiek bowiem duszą całą szukający prawdy, choćby jej nie znał, przechodzi, jak nas uczą, przez chrzest z pragnienia i dzięki temu bliższym staje się Boga, czyli Prawdy absolutnej, niż ten, co posiada wszystkie formuły prawdy, a nie stosuje do nich życia swego. Są to rzeczy tak proste i jasne, że aż prawie wstyd o tem mówić i pisać. Tylko niestety nie pamięta o nich ani X. Hormann, ani ci bardzo liczni, w imieniu których przemawia. Zdaje się, jak gdyby o szukaniu prawdy i o błędach w dobrej wierze popełnianych ci ludzie nigdy nie słyszeli. Fałsz jest fałszem i jako taki rodem z piekła, więc wszelkie kopanie się w nim z zamiarem wyśledzenia, czy niema tam ziarenek prawdy, jest w ich mniemaniu uczestniczeniem w fałszu. Wspólnikami szatana stają się w ten sposób t. z. katolicy liberalni, gdy w niektórych błędach dzisiejszych umieją dosłyszeć jęk duszy tęskniącej za sprawiedliwością. I jako ukryci wrogowie Boga, są oni gorsi i niebezpieczniejsi od jawnych bezbożników. Katolicyzm liberalny jest zdaniem X. Hormanna największą klęską, wysysa on mózgi narodów. Wynika więc stąd, że mózg Francyi wyssali najmędrsi i najszlachetniejsi przed stawiciele myśli katolickiej w narodzie tym, nie ustraszeni obrońcy Kościoła, uczeni i publicyści jak Montalembert i Ozanam, zakonnicy jak Lacordaire lub Gratry, bliskupi jak Dupanloup; ducha Włoch zatruwali Rosmini i Manzoni; Anglię — szanowani i wyniesieni przez Leona XIII-go kardynałowie Manning i Newmann!
Ludzi tych wprawdzie nie wymienia autor z wyjątkiem świętobliwego X. Rosminiego, którego samo imię dziś jeszcze wprawia we wściekłość teologicznych przyjaciół X. Hormanna. Dalej za to idzie i wyraźniej jeszcze myśl swą wygłasza redakcya tego pisma w artykule programowym. «Albo tak, albo nie[1] — czytamy tam — więc albo Bog albo liberalizm, który jest dzieckiem szatana! Nie powinno być nic pośredniego, niestety jednak istnieje «tak i nie», czyli to spajanie nie dających się pogodzić przeciwieństw: światła i mroku, prawdy i kłamstwa, Chrystusa i Beliala, które sobie postawił za cel katolicyzm liberalny... Nie liberalizm, lecz katolicyzm liberalny jest za dni naszych najstraszniejszym wrogiem prawdziwego chrześcijaństwa».


Przypisy

  1. streszczam


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marian Zdziechowski.