Pani Pipermenth na wodach w Ciechocinku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pani Pipermenth na wodach w Ciechocinku
Pochodzenie Monologi
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1894
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Pani Pipermenth
na wodach w Ciechocinku.


Klemens Junosza - Monologi ilustracja 175.png


Pani Pipermenth, otyła żydówka, lat 40, ubrana pretensyonalnie; z pod kapelusza widać perukę, w rękach parasolka i torebka.


Oj, oj, gorąco! niech moje wrogi mają taki smak! ja już stąd odjadę. Te wody, te kąpiele popsuły mi wszystkie nerwy!... Doktor Rajsenhering, od mojej ciotecznej siostry syn... wielki doktor! — on jeden poznał się na mojej słabości, on jeden powiedział: „Pani Pipermenth, pani masz nerwy!“ On się poznał. Ja naprawdę mam nerwy (żeby moje wrogi mieli dwa razy tyle!).
Pani pozwoli, ja sobie usiądę. Ja widzę, że pani jest także kupcowa... Jaki pani ma interes? Aha, handel win i korzeni — ja zaraz zmiarkowałam. Ja też mam handel win i korzeni i zajazd. Pierwszy hotel na cały Lubartów... wszystkie panowie w nim stają, ale panowie są teraz gołe — same kapconim! Mój mąż jest bardzo uczony, on więcej siedzi w szkole, niż w sklepie... wszystko idzie na moją głowę, a ja? no — ja już całkiem zdrowie straciłam...
Od maleńkości byłam bardzo delikatna, ale jeszcze temu dwa lata nie mogłam się we drzwi zmieścić — teraz, patrz pani, co się ze mnie zrobiło! Sama skóra i trochę kości.
Czy pani zna Lubartów? Nie zna pani? To szkoda — bardzo ładne miasto.
Właśnie ja chciałam pani powiedzieć, skąd się wzięła moja słabość. Ona się wzięła od tego nowego domu, co nawprost bóżnicy, nad samą kałużą, co go Joel Szpigelglas postawił, akurat koło mojego zajazdu. Zna pani Joela? To wielki gałgan jest, na moje sumienie. On tylko na moją zgubę patrzy.
Pani wiadomo, co każda kobieta ma feler (pani też ma, ja wiem)... ale jak Joel zaczął dom stawiać, to mnie zaraz piknęło tu, koło serca, i od tej pory we mnie zrobiły się nerwy... słyszała pani, nerwy! To ładna słabość jest!
Ja się ratowałam. Byłam u doktorów w Lubartowie, w Czemernikach, w Łysobykach, w Kocku... Patrz pani, co ja tu mam recept! 32 ruble kosztowały lekarstwa. Jeden doktor kazał mi pić słodkie mleko, drugi kwaśne, trzeci serwatkę. Ja to wszystko jadłam i dostałam jeszcze większą słabość w sercu.
Tymczasem Joel (niech on czarną ślepotę dostanie!) zaczął stawiać dach. Ja to już nie mogłam wytrzymać, pojechałam do Lublina. Tam znowuż mnie doktorzy oglądali... patrz pani, ile tu jest recept! to wszystkie z Lublina. Tam doktorzy jest! Jeden dał mi receptę i prócz tego puścił mi maszynkowych elektryczności do pleców, tak, że narobiłam gwałtu na całe Krakowskie-Przedmieście; drugi także dał receptę i chciał mi robić masaż. No, powiedz pani sama, jak to można porządnej żydówce i kupcowej robić masaż? Bogu dzięki, mam męża, mam dzieci, niedługo spodziewam się wnuczka. Czy ja jestem podobna do masaż? Powaryowali, na moje sumienie! Ale najgorszy był trzeci doktor. On mnie pukał, stukał, szczypał, dziobał mnie jak kura, potem zapisał medycynę, wziął rubla i powiada: „Pani Pipermenth, ja potrzebuję panią na 5 minut powiesić.“ To gałgan, rozbójnik! Ja krzyczałam: „Niech się pan sam powiesi, na całe trzy dni!“ trzasnęłam drzwiami i uciekłam. Niech jego dyabli wezmą. Niech on sam wisi, ten rozbójnik! On chce komu powiesić. Tfy! Przyjechałam do domu, do Lubartowa, nawet nie piłam herbaty, tylko położyłam się w łóżko. Byłam całkiem chora. Moja córeczka Brońcia, (po naszemu ona się Brucha nazywa) pyta się: „Mame, co mamusię boli?“ Ja powiadam: „Brońciu, kochaneczko, mnie bardzo serce boli; zrób ty mnie szklaneczkę rumianek.“ Trochę mi się lepiej zrobiło po rumianku. Tymczasem przyszedł mój mąż od rabina. Pani nie zna mego męża, on wielki nabożnik jest! On najmniej dwa razy na tydzień pija u rabina herbatę! Bierze ode mnie dwa kawałki cukru i idzie na herbatę. Pani potrzebuje wiedzieć, że my jesteśmy z wielkiej familii, nas cały Lubartów zna. Małe dziecko powie, gdzie jest Pipermentha dom. Jak mój mąż przyszedł i zobaczył, że ja jestem taka chora, jak usłyszał, co doktorzy lubelskie chcą ze mną wyrabiać, tak powiedział: „Ty się, moja kochaneczko, nie martw, ja będę się radził samego rabina.“ On się radził. Rebe (niech on ma długie życie!) kazał mi jechać do Warszawy i pytać się specyalistów. Ładny los! ja do Warszawy, a tu Joel. Pyta się pani: co Joel? No, jakto co? kto może wiedzieć, co taki paskudnik myśli? Rebe powiedział, że warszawscy doktorzy każą mi pić moralne wody, każą jechać daleko, może nawet za granicę, — a co będzie w domu, co będzie ze sklepem? zajazdem? z tymi panami, co potrzebują pieniędzy pożyczać? Bo trzeba pani wiedzieć, że choć ja się tem nie trudnię i cała nasza familia ma obrzydliwość do lichwiarstwa, ale jak mnie kto bardzo prosi, to lubię czasem wygodzić, nawet nie na hypotekę, na prosty weksel. Całkiem głupi zysk; jedno z drugiem nic, ledwie pięć od sta na miesiąc. Pani kiwa z głową? Ja wiem, dlaczego pani kiwa... Pani sobie wzdycha i myśli, że marny nasz żydowski los! To prawda jest, na moje sumienie. Ja nie chciałam jechać do Warszawy, ani na ciepłe wody, ani na lekkie powietrze. Teraz ciężki czas, szkoda pieniędzy, a po drugie, kto wie, co myśli Joel (żeby jego złe powietrze spotkało!). Ja mówię do męża: „Nie pojadę, choćbyś ty mi dawał brylantowe kolczyki, nie pojadę.“ Ale mój mąż uczony, mądre książki zna, a taki zawsze ma co powiedzieć. On myślał trochę i powiedział tak: „Żebyś ty nie chciała jechać, że tobie pieniędzy szkoda, tobyś miała mniejszy już recht, bo zdrowie więcej warte niż pieniądze; żebyś ty nie chciała jechać dlatego, że się boisz sklep zostawić, tobyś miała także pół recht, bo sklep znaczy mniej niż zdrowie; ale że ty nie chcesz jechać, choć sam rebe kazał, to ty nie masz wcale recht, bo rebe więcej znaczy niż pieniądze i niż sklep. Ty jesteś nabożna żydówka, ty masz słuchać rebe.“ Ja przystałam; prosiłam tylko męża, żeby na wypadek, jakby ten cygan Joel (niech on nogę złamie!) co zrobił, żebym ja miała zaraz depeszę. Mąż obiecał. W wagonie ja pytałam między żydówkami, jakie są w Warszawie specyalisty? Powiadają: „pan ten,“ „pan ów,“ „pan trzeci,“ „pan czwarty,“ „pan piąty,“ aj, cały kahał tych specyalistów! Ja ich sobie zapisałam. W Warszawie stanęłam w Berlińskim hotelu na Nalewkach. Pierwszy hotel na cały świat. Ubrałam się w jedwabną suknię, w kolczyki brylantowe, w perły — i poszłam do specyalistów. Jak żyję, nie widziałam takich dzikich doktorów. Pan „ten“ wziął szkło, patrzył mi w oczy, kiwał mi palcem, kazał mi czytać litery... Nareszcie mi powiedział, że mam całkiem ładne oczy. Taki kobietnik! Wielka nowość! Temu 10 lat, wszystkie najpierwsze panowie w Lubartowie to samo mnie mówili, choć nie są specyalisty; dziś też nie potrzebuję się pochwalić, pani sama widzi, że ja mam całkiem ładne dwa kawałki oko... Oj, oj, oj... żebym ja tylko chciała, no, no... ale jestem nabożna; ja nie pozwolę sobie zrobić żadne rzecz, co choć trochę nie pasuje... to pfe jest! Ja poszłam do pana „owego,“ dałam jemu kilka rubli, a on krzyczy... Czego pan doktor krzyczy? On się pyta, czy ja słyszę, i zaczyna rachować: raz, dwa, trzy, cztery... „No, co mnie pan doktor uczy rachunku? ja lepiej potrafię liczyć niż pan...“ Wziął maszynkę, wsadził mi jedną rurkę w ucho, drugą, za przeproszeniem pani, w nos, a sam trzyma w ręku taki gutaperkowy interes, jak gruszka — całkiem osobliwa osobliwość. Potem kazał mi brać do gęby wodę i powiada: „Jak pani usłyszysz słowo „trzy,“ to łyknij.“ Krzyknął: „trzy!“ ja łyknęłam wodę, a on z tego gutaperkowego interesu puścił luft. Mnie zaszumiało w głowie; wiatr mi wleciał w nos, aj waj, i wyleciał, za przeproszeniem, przez ucho. Cała komedya! Pan „ów“ powiedział, że ja dobrze słyszę... Wielki interes! dowiedziałam się, że rubel ma 100 kop., a dzień 24 godziny. I to ma być specyalista! Ale myślę sobie: spróbuję jeszcze trzeciego. Poszłam do pana „trzeciego.“ Przyszłam i czekam; doczekałam się swojej kolei; wchodzę... a ten doktor, zamiast mnie zapytać, skąd przyjechałam i co mnie boli? pyta: ile mam dzieci? „Co panu do tego, ile ja mam dzieci! mam tyle, co Pan Bóg dał. Na złość panu będę miała jeszcze tyle, ile Pan Bóg da. Co panu do moich dzieci?!“ On się rozgniewał, on powiedział, co jemu potrzeba to wiedzieć. Wielka rzecz, że potrzeba — mnie też potrzeba na loteryi wygrać, a tymczasem nie wygrałam. On mnie pytał o taki interes, co nieładnie się pytać. „Na co panu wiedzieć? Czy pan doktor rabin jest?“ „No, to czego pani chcesz?“ „Chcę specyalisty...“ Krótko pani powiem, że on kazał mnie wypychać za drzwi; ale ja także mam swój honor, więc narobiłam gwałtu na całą ulicę. To takie są specyalisty; niech ich bok zaboli! Wróciłam do hotelu i tam mnie poradzili, żeby zawołać jednego młodego doktora, od naszych. On przyszedł — bardzo mądry doktor, on mi przyświadczył, że ja mam nerwy i że przez tego gałgana Joela we mnie przewróciła się żółć. On powiedział, żebym ja jechała do Ciechocinka i żebym piła taką moralną wodę, co trochę kwaśna jest; on powiedział, że jak ja od kąpieli będę z wierzchu słona, a w środku od wody będę kwaśna, to moje nerwy całkiem zginą, a żółć przemieni się w karmelek.
Aj! moja pani, złote jego słowo! złoty kawałek żydka. Ja go bardzo prosiłam, żeby on przyjechał do Lubartowa, ja go z moją Brońcią ożenię. Od razu zrobiliśmy całą zgodę — ja mu obiecałam pięć tysięcy posag, mieszkanie nad sklepem i słowo od rabina, że mu zrobi większą praktykę, niż ma najpierwszy specyalista w Warszawie. Ja teraz przyjechałam do Ciechocinka. Aj, moja pani, na taką drożyznę, co ja tu utopiłam pieniędzy, co pieniędzy! Tu bardzo drogo jest! Całe szczęście, powiem to pani pod sekretem, kupiłam dwie skrzynki pruskie cygary i trochę szwarcowanych koronek, to mi się koszt kuracyi powróci. Na zdrowie było mi trochę lepiej; miałam jeszcze brać trzy kąpiele i pić trzy butelki wody, ale wyjeżdżam dziś... Oj, moja kochana pani, dziś dostałam list od męża. Patrz pani: „Wielmożna pani Malwina Pipermenth w Ciechocinku.“ Ja pani przeczytam: „Kochana Malwinko, ty potrzebujesz wrócić zaraz do domu. Ten kochany Joel, żeby on śmierć zobaczył!...“ Nie, moja kochana pani (płacze), ja już nie mogę dalej czytać, całe moje nerwy, cała moja słabość mnie się powraca; ten łajdak Joel zgubi mnie, całkiem mnie zgubi ten cygan, ten rozbójnik! żeby jemu robak w głowę wlazł! On potrzebuje zrobić sklep, on potrzebuje zrobić zajazd (żeby jemu zła słabość w serce zajechała!). Ja jadę — niech się co chce dzieje, ja jego zgubię, ja obniżę ceny w sklepie, ja będę sprzedawała nawpół darmo... ja na dziady wyprowadzę tego szelmę, on będzie szleper!... Pani mówi, że nie ładnie kląć... No, ja już nie klnę, po co ja mam kląć? Niech Joel przeklina (żeby on drewniany język dostał!). Ja będę w Berliński hotel, ja poślę po mojego doktorka, ja go z sobą wezmę, on będzie już mój zięć... Przyjedź pani do nas na Trąbki, będzie wesele... Nasz rabin... Uważam, że się pani śmieje, jak ja mówię o rabinie — pani nie wierzy w rabina? pani niemiecka żydówka jest. Tymczasem, patrz pani, jaka jego mądrość! On kazał mi iść do specyalistów — przez to, że ja do nich poszłam, ja się musiałam rozgniewać; przez to ja szukałam młodego doktorka od naszych; przez to, że szukałam doktorka od naszych, to znalazłam męża dla Brońci.
Widzi pani, że rabin wiedział, co robić... Gitla, żona Joela, jak się dowie, to jej z zazdrości żółć pęknie... Niech pęknie! niech ona też pojedzie do specyalistów, żeby jej obejrzeli oko i wpuścili luftu do ucha (żeby ją zimny wiater przedmuchał!)...

(Odchodzi).






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.