Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/185

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    dziś... Oj, moja kochana pani, dziś dostałam list od męża. Patrz pani: „Wielmożna pani Malwina Pipermenth w Ciechocinku.“ Ja pani przeczytam: „Kochana Malwinko, ty potrzebujesz wrócić zaraz do domu. Ten kochany Joel, żeby on śmierć zobaczył!...“ Nie, moja kochana pani (płacze), ja już nie mogę dalej czytać, całe moje nerwy, cała moja słabość mnie się powraca; ten łajdak Joel zgubi mnie, całkiem mnie zgubi ten cygan, ten rozbójnik! żeby jemu robak w głowę wlazł! On potrzebuje zrobić sklep, on potrzebuje zrobić zajazd (żeby jemu zła słabość w serce zajechała!). Ja jadę — niech się co chce dzieje, ja jego zgubię, ja obniżę ceny w sklepie, ja będę sprzedawała nawpół darmo... ja na dziady wyprowadzę tego szelmę, on będzie szleper!... Pani mówi, że nie ładnie kląć... No, ja już nie klnę, po co ja mam kląć? Niech Joel przeklina (żeby on drewniany język dostał!). Ja będę w Berliński hotel, ja poślę po mojego doktorka, ja go z sobą wezmę, on będzie już mój zięć... Przyjedź pani do nas na trąbki, będzie wesele... Nasz rabin... Uważam, że się pani śmieje, jak ja mówię o rabinie — pani nie wierzy w rabina? pani niemiecka żydówka jest. Tymczasem, patrz pani, jaka jego mądrość! On kazał mi iść do specyalistów — przez to, że ja do nich poszłam, ja się musiałam rozgniewać; przez to ja szukałam