Pan Tadeusz (wyd. 1921)/Księga piąta: Kłótnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Pan Tadeusz (wyd. 1921)(Przekierowano z Pan Tadeusz/Księga piąta: Kłótnia)
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Mickiewicz
Tytuł Pan Tadeusz
Podtytuł czyli ostatni zajazd na Litwie
Redaktor Józef Kallenbach
Jan Łoś
Data wydania 1921
Wydawnictwo Zakład Narodowy imienia Ossolińskich
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
KSIĘGA PIĄTA.
KŁÓTNIA.

TREŚĆ.
Plany myśliwskie Telimeny. — Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki. — Strzelcy wracają. — Wielkie zadziwienie Tadeusza. — Spotkanie się powtórne w Świątyni Dumania i zgoda ułatwiona za pośrednictwem mrówek. — U stołu wytacza się rzecz o łowach. — Powieść Wojskiego o Rejtanie i księciu Denassów, przerwana. — Zagajenie układów między stronami, także przerwane. — Zjawisko z kluczem. — Kłótnia. — Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną.


Wojski, chlubnie skończywszy łowy, wraca z boru,
A Telimena w głębi samotnego dworu
Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma
Siedzi z założonemi na piersiach rękoma,
       5 Lecz myślą goni zwierzów dwóch, szuka sposobu,
Jakby razem obsaczyć i ułowić obu:
Hrabię i Tadeusza. Hrabia, panicz młody,
Wielkiego domu dziedzic, powabnej urody,
Już trochę zakochany! cóż? może się zmienić!
       10 Potem, czy szczerze kocha? czy się zechce żenić?
Z kobietą kilka laty starszą! niebogatą!
Czy mu krewni pozwolą? co świat powie na to?

Telimena, tak myśląc, z sofy się podniosła
I stanęła na palcach, rzekłbyś, że podrosła;
       15 Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem,
I sama siebie pilnem obejrzała okiem,
I znowu zapytała o radę zwierciadła;
Po chwili, wzrok spuściła, westchnęła i siadła.


Hrabia pan! zmienni w gustach są ludzie majętni!
       20 Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni!
A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna!
Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna!
Pilnowany, niełacno zerwie pierwsze związki;
Przytem dla Telimeny ma już obowiązki...
       25 Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni,
W uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni.
Długo serce młodzieńca proste i dziewicze
Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!
Ono rozkosz i wita i żegna z weselem,
       30 Jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem.
Tylko stary pjanica, gdy już spali trzewa,
Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa.
Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała,
Bo i rozum, i wielkie doświadczenie miała.

       35 Lecz co powiedzą ludzie? Można im zejść z oczu,
W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu,
Lub, co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy,
Naprzykład zrobić małą podróż do stolicy,
Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić,
       40 Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić,
Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata,
Nareszcie — użyć świata, póki służą lata!

Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło
Przeszła się kilka razy. Znów spuściła czoło.

       45 Wartoby też pomyślić o Hrabiego losie —
Czyby się nie udało podsunąć mu Zosię?
Niebogata, lecz za to urodzeniem równa,
Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna.
Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie,
       50 Telimena w ich domu miałaby schronienie

Na przyszłość; krewna Zosi i Hrabiego swatka,
Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka.

Po tej z sobą odbytej stanowczej naradzie
Woła przez okno Zosię, bawiącą się w sadzie.

       55 Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą
Stała, trzymając w ręku podniesione sito;
Do nóg jej biegło ptastwo. Stąd kury szurpate[1]
Toczą się kłębkiem, stamtąd kogutki czubate,
Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki
       60 I wiosłując skrzydłami przez brózdy i krzaki,
Szeroko wyciągają ostrożaste[2] pięty;
Za niemi zwolna indyk sunie się odęty,
Sarkając na trzpiotalstwo swej krzykliwej żony;
Ówdzie pawie, jak tratwy, długiemi ogony
       65 Sterują się po łące, a gdzie niegdzie zgóry
Upada, jak kiść śniegu, gołąb’ srebrnopióry.
W pośrodku zielonego okręgu murawy,
Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy,
Opasany gołębi sznurem nakształt wstęgi
       70 Białej, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi.
Tu dzioby bursztynowe, tam czubki z korali
Wznoszą się z gęstwi pierza, jak ryby z pod fali,
Wysuwają się szyje, i w ruchach łagodnych
Chwieją się ciągle nakształt tulipanów wodnych;
       75 Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi.

Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi,
Sama biała i w długą bieliznę ubrana

Kręci się, jak bijąca śród kwiatów fontanna;[3]
Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy,
       80 Ręką, jak perły białą, gęsty grad perłowy
Krup jęczmiennych. To ziarno, godne pańskich stołów,
Robi się dla zaprawy litewskich rosołów;
Zosia, je wykradając z szafy ochmistrzyni
Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni.

       85 Usłyszała wołanie: „Zosiu!“ To głos cioci!
Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci,
A sama kręcąc sito, jako tanecznica
Bębenek, i w takt bijąc, swawolna dziewica
Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury:
       90 Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło dogóry.
Zosia, stopami ledwie dotykając ziemi,
Zdawała się najwyżej bujać między niemi.
Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy,
Leciały, jak przed wozem bogini rozkoszy.[4]

       95 Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła,
I na kolanach ciotki zadyszana siadła;
Telimena, całując i głaszcząc pod brodę,
Z radością zważa dziecka żywość i urodę
(Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę).
       100 Ale znowu poważnie nastroiła lice,
Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy,
Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy:

„Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz
I na stan i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz

       105 Rok czternasty. Czas rzucić indyki i kurki,
Fi! to godna zabawka dygnitarskiej córki!
I z umurzaną[5] dziatwą chłopską już dowoli
Napieściłaś się! Zosiu, patrząc, serce boli,
Opaliłaś okropnie płeć, czysta[6] cyganka,
       110 A chodzisz i ruszasz się, jak parafijanka.[7]
Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę,
Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę,
Do salonu, do gości, — gości mamy siła,
Patrzajżeż, ażebyś mnie wstydu nie zrobiła“.

       115 Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie,
I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie,
Płakała i śmiała się na przemian z radości.
„Ach ciociu, już tak dawno nie widziałam gości!
Od czasu, jak tu żyję z kury i indyki,
       120 Jeden gość, co widziałam, to był gołąb’ dziki.
Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie;
Pan Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie“.

„Sędzia — przerwała ciotka — ciągle mi dokuczał,
Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał,
       125 Że już jesteś dorosłą; sam nie wie, co plecie
Dziaduś, nigdy na wielkim niebywały świecie.
Ja wiem lepiej, jak długo trzeba się sposobić
Panience, by wyszedłszy na świat efekt[8] zrobić.
Wiedz Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi,
       130 Choć piękny, choć rozumny, efektów nie wzbudzi,
Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka.
Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka

Nagle ni stąd ni zowąd przed światem zabłyśnie,
Wtenczas każdy się do niej przez ciekawość ciśnie,
       135 Wszystkie jej ruchy, rzuty oczu jej uważa,
Słowa jej podsłuchiwa i drugim powtarza;
A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba,
Każdy ją chwalić musi, choć i nie podoba.
Znaleźć się, spodziewam się, że umiesz; w stolicy
       140 Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy,
Nie zapomniałaś jeszcze całkiem Petersburka.
No, Zosiu, toaletę rób[9], dostań tam z biurka,
Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania.
Spiesz się, bo lada chwila wrócą z polowania“.

       145 Wezwano pokojową i służącą dziewkę,
W naczynie srebrne wody wylano konewkę.
Zosia jak wróbel w piasku, trzepioce się, myje
Z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję.
Telimena otwiera petersburskie składy,
       150 Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady,
Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą,
(Woń napełniła izbę), włos namaszcza gumą.
Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe,[10]
I trzewiki warszawskie białe, atłasowe.
       155 Tymczasem pokojowa sznurowała stanik,
Potem rzuciła na gors pannie pudermanik;[11]
Zaczęto przypieczone zbierać papiloty,[12]
Pukle, że nazbyt krótkie, uwito w dwa sploty,
Zostawując na czole i skroniach włos gładki.
       160 Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki,
Uwiązawszy w plecionkę, daje Telimenie,

Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie
Z prawej strony na lewo; kwiat od bladych włosów
Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosów!
       165 Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe.
Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę,
Chusteczkę batystową, białą, w ręku zwija,
I tak cała wygląda biała, jak lilija.

Poprawiwszy raz jeszcze i włosów i stroju,
       170 Kazano jej wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju.
Telimena uważa znawczyni oczyma,
Musztruje siostrzenicę, gniewa się i zżyma;
Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rozpaczy:
„Ja nieszczęśliwa! Zosiu, widzisz, co to znaczy
       175 Żyć z gęśmi, z pastuchami! tak nogi rozszerzasz,
Jak chłopiec! okiem w prawo i w lewo uderzasz,
Czysto[13] rozwódka! — Dygnij, patrz jaka niezwinna!“
„Ach ciociu! — rzekła smutnie Zosia — cóż ja winna!
Ciotka mnie zamykała; nie było z kim tańczyć:
       180 Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć;
Ale poczekaj, ciociu, niechno się pobawię
Trochę z ludźmi, obaczysz, jak się ja poprawię“.

„Już — rzekła ciotka — z dwojga złego lepiej z ptastwem,
Niż z tem, co u nas dotąd gościło, plugastwem.
       185 Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał:
Pleban, co pacierz mruczał lub w warcaby grywał,
I palestra z fajkami! To mi kawalery!
Nabrałabyś się od nich pięknej manijery.
Teraz to pokazać się jest przynajmniej komu;
       190 Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu.

Uważaj dobrze, Zosiu, jest tu Hrabia młody,
Pan dobrze wychowany, krewny wojewody,
Pamiętaj być mu grzeczną“.[14]

Słychać rżenie koni
I gwar myśliwców, już są pod bramą: „To oni!“
       195 Wziąwszy Zosię pod rękę, pobiegła do sali.
Myśliwi na pokoje jeszcze nie wchadzali,
Musieli po komnatach odmieniać swą odzież,
Nie chcąc wniść do dam w kurtkach. Pierwsza wpadła młodzież,
Pan Tadeusz i Hrabia, co żywo przybrani.

       200 Telimena sprawuje obowiązki pani,
Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia,
I siostrzenicę wszystkim zkolei przedstawia.
Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską;
Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko,
       205 Chciał coś do niej przemówić, już usta otworzył,
Ale, spojrzawszy w oczy Zosi, tak się strwożył,
Że, stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął;
Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął.
Uczuł się nieszczęśliwym bardzo, — poznał Zosię
       210 Po wzroście i po włosach światłych i po głosie!
Tę kibić i tę główkę widział na parkanie,
Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.
Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamieszania;
Widząc, że bladnie i że na nogach się słania,
       215 Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku.
Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku,
Nic nie mówiąc — szerokie, obłędne źrenice
Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę.
Dostrzegła Telimena, iż pierwsze spojrzenie

       220 Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie;
Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana
Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana.
Wreszcie czas upatrzywszy, ku niemu podbiega:
„Czy zdrów? dla czego smutny?“ — pyta się, nalega,
       225 Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty.
Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty,
Nic nie gadając, marszczył brwi i usta krzywił:
Tem bardziej Telimenę pomieszał i zdziwił.
Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy,
       230 Powstała zagniewana i ostremi słowy
Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty.
Porwał się i Tadeusz, jak żądłem ukłuty;
Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa, splunął,
Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął,
       235 Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem, że tej sceny
Nikt z gości nie uważał, oprócz Telimeny.

Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole.
Jak szczupak, gdy mu oścień[15] skróś piersi przekole,
Pluska się i nurtuje, myśląc, że uciecze,
       240 Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze:
Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty,
Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty,
Bez celu i bez drogi. Aż niemało czasu
Nabłąkawszy się, wkońcu wszedł w głębinę lasu
       245 I trafił, czy umyślnie czyli też przypadkiem,
Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem,
Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania,
Miejsce, jak wiemy, zwane Świątynią Dumania.


Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona!
       250 Telimena, samotna, w myślach pogrążona,
Od wczorajszej postacią i strojem odmienna,
W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna;
Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie,
Choć nie słyszysz szlochania, znać, że we łzach tonie.

       255 Daremnie broniło się serce Tadeusza;
Ulitował się, uczuł, że go żal porusza.
Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem,
Nakoniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem:
„Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił?“
       260 Więc zwolna głowę ku niej z za drzewa wychylił,
Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia,
Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia,
Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonym, blada,
Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada,
       265 I nie mogąc już powstać, kręci się po darni.
Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni:
Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana.
Skoczył Tadeusz myśląc, że jest pomieszana,
Lub ma wielką chorobę.[16] Lecz z innej przyczyny
       270 Pochodziły te ruchy.

U bliskiej brzeziny
Było wielkie mrowisko. Owad gospodarny
Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny,
Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania
Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię Dumania:
       275 Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi
Wydeptał drogę, którą wiódł swoje szeregi.
Nieszczęściem Telimena siedziała śród dróżki;
Mrówki, znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,

Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,
       280 Telimena musiała uciekać, otrząsać,
Nakoniec na murawie siąść i owad łowić.

Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmowić.
Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,
Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył —
       285 W tak przyjaznej postawie, choć nic nie mówili
O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili,
I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa,
Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa.

Hasło wieczerzy! Pora powracać do domu,
       290 Zwłaszcza, że słychać było opodal trzask łomu.
Może szukają? razem wracać nie wypada,
Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada,
A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi.
Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi.
       295 Telimenie zdało się, że raz z poza krzaka
Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka;
Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi
Pokazał się na lewo cień biały i długi,
Co to było, nie wiedział, ale miał przeczucie,
       300 Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie.

Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy,
Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy,
W niebytność państwa znowu do zamku szturmował,
I kredens doń (jak mówi) zaintromitował.[17]
       305 Goście weszli w porządku i stanęli kołem.
Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;
Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.
Kwestarz nie był u stołu; miejsce bernardyna
       310 Po prawej stronie męża ma Podkomorzyna.
Sędzia, kiedy już gości, jak trzeba, ustawił,
Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił.
Mężczyznom dano wódkę; zaczem wszyscy siedli,
I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli.

       315 Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi,
W towarzystwie kielichów węgrzyna, malagi.[18]
Jedzą, piją, a milczą wszyscy. Nigdy pono,
Od czasu jako mury zamku podźwigniono,
Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów,
       320 Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów,
Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy;
Tylko pukanie korków i brzęki talerzy
Odbijała zamkowa sień wielka i pusta:
Rzekłbyś, iż zły duch gościom zasznurował usta.

       325 Mnogie były powody milczenia. Myśliwi
Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi;
Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą,
Postrzegają, że wyszli z niej nie z wielką sławą.
Trzebaż było, ażeby jeden kaptur popi,
       330 Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip z Konopi,[19]
Przepisał[20] wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie!
Cóż o tem będą gadać w Oszmianie i Lidzie,
Które od wieków walczą z tutejszym powiatem
O pierwszeństwo w strzelectwie! Myślili więc nad tem.


       335 Zaś Asesor i Rejent prócz wspólnych niechęci
Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci.
W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga,
I omykiem z pod gaju kiwając urąga,
I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem.
       340 Siedzieli z pochylonem ku misie obliczem.
Asesor nowe jeszcze miał powody żalów,
Patrząc na Telimenę i na swych rywalów.

Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem,
Pomieszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem;
       345 Chciała zasępionego Hrabiego zabawić,
Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić,
Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki,
A raczej, jako myślił Tadeusz, z zasadzki.
Słuchając Telimeny, czoło podniósł hardo,
       350 Brwi zmarszczył, spojrzał na nią ledwie nie z pogardą;
Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi,
Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi,
Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiecha,
Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha.
       355 Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie,
Że umizgał się tylko na złość Telimenie;
Bo głowę odwracając, niby nieumyślnie,
Co raz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie.

Telimena nie mogła pojąć, co to znaczy;
       360 Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy!
Wreszcie nowym zalotom Hrabiego dość rada,
Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.

Tadeusz też posępny, nic nie jadł, nic nie pił,
Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił;
       365 Telimena mu leje wino, on się gniewa
Na natrętność; pytany o zdrowie — poziewa.

Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora),
Że Telimena zbytnie do zalotów skora;
Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko,
       370 Nieskromnie — a dopiero, kiedy podniósł oko!
Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice,
Ledwie spojrzał w rumiane Telimeny lice,
Odkrył odrazu wielką, straszną tajemnicę!
Przebóg, naróżowana!

Czy róż w złym gatunku,
       375 Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku:[21]
Gdzie niegdzie zrzedniał, nawskróś grubszą płeć odsłania.
Może to sam Tadeusz, w Świątyni Dumania
Rozmawiając za blisko, omusknął[22] z bielidła
Karmin[23], lżejszy od pyłków motylego skrzydła.
       380 Telimena wracała nazbyt spieszno z lasu,
I poprawić kolory swe nie miała czasu.
Około ust szczególniej widne były piegi.
Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi,
Odkrywszy jedną zdradę, poczną wkolej zwiedzać
       385 Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać:
Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni
Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!

Niestety! Czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie
Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie
       390 Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie,
Odmieniać smak i serce — lecz któż sercem władnie?
Darmo chce brak miłości zastąpić sumieniem,

Chłód duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem.
Już ten wzrok, jako księżyc światły a bez ciepła,
       395 Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła...
Takie robiąc sam w sobie wyrzuty i skargi,
Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi.

Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi:
Podsłuchiwać, co Zosia mówiła do Hrabi.
       400 Dziewczyna, uprzejmością Hrabiego ujęta,
Zrazu rumieniła się, spuściwszy oczęta,
Potem śmiać się zaczęli, wkońcu rozmawiali
O jakiemś niespodzianem w ogrodzie spotkaniu,
O jakiemś po łopuchach i grzędach stąpaniu.
       405 Tadeusz, wyciągnąwszy co najdłużej uszy,
Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy.
Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie żmija
Dwoistem żądłem zioło zatrute wypija,
Potem skręci się w kłębek i na drodze legnie,
       410 Grożąc stopie, co na nią nieostrożnie biegnie;
Tak Tadeusz, opiły trucizną zazdrości,
Zdawał się obojętny, a pękał ze złości.

W najweselszem zebraniu niech się kilku gniewa,
Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa.
       415 Strzelcy dawniej milczeli; druga stołu strona
Umilkła, Tadeusza żółcią zarażona.

Nawet pan Podkomorzy, nadzwyczaj ponury,
Nie miał ochoty gadać, widząc swoje córy,
Posażne i nadobne panny, w wieku kwiecie,
       420 Zdaniem wszystkich najpierwsze partyje w powiecie,
Milczące, zaniedbane od milczącej młodzi.
Gościnnego Sędziego również to obchodzi;
Wojski zaś, uważając, że tak wszyscy milczą,
Nazywał tę wieczerzę nie polską, lecz wilczą.


       425 Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły,
Sam gawęda[24], i lubił niezmiernie gaduły.
Nie dziw! Ze szlachtą strawił życie na biesiadach,
Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach.
Przywykł, żeby mu zawsze coś bębniło w ucho,
       430 Nawet wtenczas, gdy milczał, lub z placką za muchą
Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć.
W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu gwarzyć
Pacierze różańcowe, albo gadać bajki.
Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki,
       435 Wymyślonej od Niemców, by nas scudzoziemczyć;
Mawiał: Polskę oniemić jest to Polskę zniemczyć.
Starzec, wiek przegwarzywszy, chciał spoczywać w gwarze,
Milczenie go budziło ze snu. Tak młynarze,
Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie,
       440 Budzą się, krzycząc z trwogą: „A słowo stało się!“

Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu,
A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu,
Prosząc o głos. Panowie na ten ukłon niemy
Odkłonili się oba, co znaczy: „prosiemy“.
       445 Wojski zagaił:

„Śmiałbym upraszać młodzieży,
Ażeby po staremu bawić u wieczerzy,
Nie milczeć i żuć. Czy my ojce kapucyni?
Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni,
Jako myśliwiec, który nabój rdzawi w strzelbie;
       450 Dlatego ja rozmowność naszych przodków wielbię.
Po łowach szli do stołu, nietylko by jadać,
Ale aby nawzajem mogli się wygadać.

Co każdy miał na sercu: nagany, pochwały
Strzelców i obławników, ogary, wystrzały,
       455 Wywoływano na plac; powstawała wrzawa,
Miła uchu myśliwców, jak druga obława.
Wiem, wiem, o co wam idzie. Ta czarnych trosk chmura
Pono z Robakowego wzniosła się kaptura!
Wstydzicie się swych pudeł! Niech was wstyd nie pali,
       460 Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali;
Trafiać, chybiać, poprawiać, to kolej strzelecka.
Ja sam, chociaż ze strzelbą włóczę się od dziecka,
Chybiałem! chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk,
Nawet niezawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk.
       465 O Rejtanie opowiem później. Co się tycze
Wypuszczenia z obławy, że oba panicze
Zwierzowi, jak należy, kroku nie dostali,
Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali,
Ani gani, bo zmykać, mając nabój w rurze,
       470 Znaczyło po staremu być tchórzem nad tchórze;
Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu),
Nie przypuściwszy zwierza, nie wziąwszy do celu,
Jest rzecz haniebna. Ale kto dobrze wymierzy,
Kto przypuści do siebie zwierza jak należy,
       475 Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty,
Albo walczyć oszczepem, lecz z własnej ochoty,
A nie z musu; gdyż oszczep strzelcom poruczony
Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony.
Tak było po staremu. A więc mnie zawierzcie,
       480 I waszej rejterady[25] do serca nie bierzcie,
Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie![26]
Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie,
Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę:

Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę,
       485 Nigdy we dwóch nie strzelać do jednej zwierzyny.“

Właśnie Wojski wymawiał to słowo: zwierzyny,
Gdy Asesor półgębkiem podszepnął: dziewczyny.
Brawo! krzyknęła młodzież. Powstał szmer i śmiechy;
Powtarzano zkolei przestrogę Hreczechy,
       490 Mianowicie ostatnie słowo: ci zwierzyny,
A drudzy w głos śmiejąc się krzyczeli: dziewczyny;
Rejent szepnął: kobiety, Asesor: kokiety,[27]
Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety.

Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu
       495 Ani uważał, co tam szepcą pokryjomu,
Rad bardzo, że mógł damy i młodzież rozśmieszyć,
Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć,
I zaczął, nalewając sobie kielich wina:

„Nadaremnie oczyma szukam bernardyna;
       500 Chciałbym mu opowiedzieć wypadek ciekawy,
Podobny do zdarzenia dzisiejszej obławy.
Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka,
Co tak celnie jak Robak mógł strzelać zdaleka;
Ja zaś znałem drugiego. Równie trafnym strzałem
       505 Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem,
Kiedy do Nalibockich[28] zaciągnęli lasów
Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassów.[29]

Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie,
Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie,
       510 Nadawali mu wielkich prezentów bezliku,
I skórę zabitego dzika. O tym dziku
I o strzale powiem wam, jak naoczny świadek;
Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek,
A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów,
       515 Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów.“

A wtem ozwał się Sędzia nalewając czaszę:
„Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze!
Jeśli datkiem nie możem kwestarza zbogacić,
Postaramy się przecież za proch mu zapłacić;
       520 Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru
Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru.
Lecz skóry księdzu nie dam; lub gwałtem zabiorę,
Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę,
Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli.
       525 Skórą tą rozrządzimy wedle naszej woli:
Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży,
Skórę Jaśnie Wielmożny Pan, nasz Podkomorzy,
Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył“.

Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył.
       530 Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał:
Tamten jak zwierza znalazł, ten jak ranę zadał,
Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił
Znowu w ostęp. Asesor z Rejentem się kłócił,
Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki,
       535 Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki.


„Sędzio sąsiedzie — wreszcie wyrzekł Podkomorzy —
Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży;
Lecz niełacno rozsądzić, kto jest po nim drugi,
Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi,
       540 Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem.
Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem,
Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura:
Tadeusz i pan Hrabia, — im należy skóra.
Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny),
       545 Jako młodszy i jako gospodarza krewny;
Więc spolia opima[30] weźmiesz Mości Hrabia,
Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia,
Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy,
Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy“.
       550 Umilknął wesół, myśląc, że Hrabię ucieszył;
Nie wiedział, jak boleśnie serce jego przeszył.
Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie,
Mimowolnie wzrok podniósł, a te łby jelenie,
Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów,
       555 Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów,
Te rzędami portretów zdobione filary,
Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary,
Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości.
Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości.
       560 Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów,
Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów!
A przytem zawiść, którą czuł dla Tadeusza,
Tem mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.


Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: „Mój domek zbyt mały,
       565 Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały:
Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy,
Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy“.

Podkomorzy zgadując, na co się zanosi,
Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi.

       570 „Godzieneś pochwał — rzecze — Hrabio mój sąsiedzie,
Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie,
Nie tak jak modni wieku twojego panicze,
Żyjący bez rachunku. Ja tuszę[31] i życzę
Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie;
       575 Dotąd jedyna trudność jest o fundum[32] dworskie.
Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić
Ziemią, w sposób następny“. — Tu zaczął wywodzić
Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany,
Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany
       580 Wszczął się na końcu stoła. Jedni coś postrzegli,
Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli,
Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone
Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę,
W kąt.

Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka,
       585 Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika,
Z małych drzwiczek, ukrytych pomiędzy filary,
Wysunęła się cicho postać nakształt mary.
Gerwazy!... poznano go po wzroście, po licach,
Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach.

       590 Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy,
Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy;
W ręku trzymał błyszczący klucz, jakby puginał,[33]
Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał.

Stały w dwóch kątach sieni wsparte o filary
       595 Dwa kurantowe w szafach zamknięte zegary,
Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie,
Południe wskazywały często o zachodzie.
Gerwazy nie przybrał[34] się machiny naprawić,
Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić,
       600 Dręczył kluczem zegary każdego wieczora.
Właśnie teraz przypadła nakręcania pora.
Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę
Stron interesowanych, on pociągnął wagę:
Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe,
       605 Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę.
„Bracie — rzekł — odłóż nieco twą pilną robotę!“
I kończył plan zamiany. Lecz Klucznik na psotę[35]
Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru,
I wnet gil, który siedział na wierzchu zegaru,
       610 Trzepiocąc skrzydłem zaczął ciąć kurantów nuty.
Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda, że popsuty,
Zająkał się i piszczał, im dalej, tem gorzéj.
Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Podkomorzy.
„Mości Kluczniku — krzyknął — lub raczej puszczyku,
       615 Jeśli dziób twój szanujesz, dość mi tego krzyku“!

Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył,
Prawą rękę poważnie na zegar położył

A lewą wziął się pod bok. Tak oburącz wsparty,
„Podkomorzeńku! krzyknął, wolne pańskie żarty,
       620 Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach[36]
Śmielszy jest, aniżeli puszczyk w cudzych dworach.
Co Klucznik, to nie puszczyk; kto w cudze poddasze
Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę“.

„Za drzwi z nim!“ — Podkomorzy krzyknął. „Panie Hrabia!
       625 — Zawołał Klucznik — widzisz Pan, co się wyrabia.
Czy niedosyć się jeszcze pański honor plami,
Że Pan jadasz i pijasz z tymi Soplicami!
Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,
Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,
       630 Lżyć w domu panów moich!... i Panże to zniesie?“
Wtem Protazy zawołał trzykroć: „Uciszcie się!
Na ustęp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski,
Dwojga imion, generał niegdyś trybunalski,
Vulgo woźny, woźnieńską obdukcyją robię[37]
       635 I wizyją formalną, zamawiając sobie
Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo,
I pana Asesora wzywając na śledztwo
Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy:
O inkursyją, to jest o najazd granicy,
       640 Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada,
Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada“.
„Brzechaczu! — wrzasnął Klucznik — ja cię wnet nauczę!“
I dobywszy z za pasa swe żelazne klucze,
Okręcił wkoło głowy, puścił z całej mocy.
       645 Pęk żelaza wyleciał, jako kamień z procy,

Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci;
Szczęściem schylił się Woźny i wydarł się śmierci.

Porwali się z miejsc wszyscy; chwilę była głucha
Cichość, aż Sędzia krzyknął: „W dyby[38] tego zucha!
       650 Hola chłopcy!“ — i czeladź rzuciła się żwawo
Ciasnem przejściem pomiędzy ścianami i ławą.
Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę,
I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę:
„Wara — zawołał — Sędzio! nie wolno nikomu
       655 Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu.
Kto ma na starca skargę, niech mi ją przełoży“.

Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy:
„Bez Waścinej pomocy ukarać potrafię
Zuchwałego szlachetkę, a Waść, Mości Grafie,
       660 Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz!
Nie Wać tu jesteś panem, nie Wać nas ugaszczasz,
Siedź cicho, jakeś siedział; jeśli siwej głowy
Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy“.

„Co mi? — odmruknął Hrabia — dość już tej gawędy,
       665 Nudźcie drugich waszemi względy i urzędy!
Dość już głupstwa zrobiłem, wdając się z Waćpaństwem
W pijatyki, które się kończą grubijaństwem.
Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy.
Do widzenia po trzeźwu! Pójdź za mną Gerwazy!“

       670 Nigdy się odpowiedzi takiej nie spodziewał
Podkomorzy. Właśnie swój kieliszek nalewał,

Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem,
Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym,
Głowę wyciągnął nabok i ucha przyłożył,
       675 Oczy rozwarł szeroko, usta wpół otworzył;
Milczał, lecz kielich w ręku tak potężnie cisnął,
Że szkło dźwięknąwszy pękło, płyn w oczy mu prysnął,
Rzekłbyś, że z winem ognia w duszę się nalało,
Tak oblicze spłonęło, tak oko pałało.
       680 Zerwał się mówić; pierwsze słowo niewyraźnie
Mleł[39] w ustach, aż przez zęby wyleciało: „Błaźnie!
Grafiątko! Ja cię! Tomasz, karabelę! Ja tu
Nauczę ciebie mores[40], błaźnie! daj go katu!
Względy, urzędy nudzą, uszko delikatne!
       685 Ja cię tu zaraz po tych zauszniczkach[41] płatnę!
Fora za drzwi! Do korda! Tomasz, karabelę!“

Wtem do Podkomorzego skoczą przyjaciele,
Sędzia porwał mu rękę: „Stój Pan, to rzecz nasza,
Mnie tu naprzód wyzwano. Protazy, pałasza!
       690 Puszczę go w taniec, jako niedźwiadka na kiju“.
Lecz Tadeusz Sędziego wstrzymał: „Panie stryju,
Wielmożny Podkomorzy, czyż się Państwu godzi
Wdawać się z tym fircykiem? czy tu niema młodzi?
Na mnie to zdajcie, ja go należycie skarcę,
       695 A Waszeć, panie śmiałku, co wyzywasz starce,
Obaczym, czyli jesteś tak strasznym rycerzem;
Rozprawimy się jutro, plac i broń wybierzem.
Dziś uchodź, pókiś cały —“

Dobra była rada;
Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nielada.
       700 Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki,

Ale z ostrego końca latały butelki
Koło Hrabiego głowy. Strwożone kobiety
W prośby, w płacz; Telimena, krzyknąwszy: „niestety“!
Wzniosła oczy, powstała, i padła zemdlona,
       705 I przechyliwszy szyję przez Hrabi ramiona,
Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzie.
Hrabia, choć zagniewany, wstrzymał się w zapędzie,
Zaczął cucić, ocierać.

Tymczasem Gerwazy,
Wystawiony na stołków i butelek razy,
       710 Już zachwiał się, już czeladź zakasawszy pięście
Rzucała się nań zewsząd hurmem, gdy na szczęście
Zosia, widząc szturm, skoczy, i litością zdjęta,
Zasłania starca, na krzyż rozpiąwszy rączęta.
Wstrzymali się. Gerwazy zwolna ustępował,
       715 Zniknął z oczu, szukano, gdzie się pod stół schował...
Gdy nagle z drugiej strony wyszedł, jak z pod ziemi.
Podniósłszy wgórę ławę ramiony silnemi,
Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni,
Wziął Hrabię, i tak oba, ławą zasłonieni,
       720 Cofali się ku drzwiczkom. Już dochodzą progów,
Gerwazy stanął, jeszcze raz spojrzał na wrogów,
Dumał chwilę, niepewny, czy cofać się zbrojnie,
Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie.
Obrał drugie. Już ławę, jak taran murowy,[42]
       725 Wtył dźwignął dla zamachu, już ugiąwszy głowy,
Z wypiętą naprzód piersią, z podniesioną nogą,
Miał wpaść... ujrzał Wojskiego, uczuł w sercu trwogę.

Wojski, cicho siedzący z przymrużonem okiem,
Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem;

       730 Dopiero, gdy się Hrabia z Podkomorzym skłócił
I Sędziemu pogroził, Wojski głowę zwrócił,
Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki.
Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki,
Ale w gościnnym jego domu zamieszkały,
       735 O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały.
Przypatrywał się zatem z ciekawością walce;
Wyciągnął zlekka na stół rękę, dłoń i palce,
Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia
Indeksu[43], a żelazem zwrócony do łokcia,
       740 Potem ręką wtył nieco wychyloną kiwał,
Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.

Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie,
Już była zaniedbana podówczas na Litwie,
Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował
       745 Nieraz w zwadach karczemnych, Wojski w niej celował.
Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy,
A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy
(Ostatniego z Horeszków chociaż po kądzieli).
Mniej baczni młodzi ruchów starca nie pojęli:
       750 Gerwazy zbladnął, ławą Hrabiego zakłada,[44]
Cofa się ku drzwiom — „Łapaj!“ krzyknęła gromada.

Jako wilk, obskoczony znienacka przy ścierwie,
Rzuca się oślep w zgraję, co mu ucztę przerwie,
Już goni, ma ją szarpać, wtem śród psiego wrzasku
       755 Trzasło ciche półkurcze...[45] wilk zna je po trzasku,
Siedzi okiem, postrzega, że ztyłu, za charty
Myśliwiec wpół schylony, na kolanie wsparty,
Rurą ku niemu wije i już cyngla tyka;

Wilk uszy spuszcza, ogon podtuliwszy zmyka...
       760 Psiarnia z tryumfującym rzuca się hałasem,
I skubie go po kudłach, zwierz zwraca się czasem,
Spojrzy, klapnie paszczęką i białych kłów zgrzytem
Ledwie pogrozi, psiarnia pierzcha ze skowytem:
Tak i Gerwazy z groźną cofał się postawą,
       765 Wstrzymując napastników oczyma i ławą,
Aż razem z Hrabią wpadli w głąb’ ciemnej framugi.

„Łapaj!“ krzykniono znowu. Tryumf był niedługi,
Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie
Ukazał się na chórze, przy starym organie,
       770 I z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury.
Wielkąby klęskę zadał uderzając zgóry,
Ale już goście tłumnie wychodzili z sieni,
Nie śmieli kroku dostać słudzy potrwożeni,
I chwytając naczynia w ślad panów uciekli,
       775 Nawet nakrycia z częścią sprzętów się wyrzekli.

Któż ostatni, nie dbając na groźby i razy,
Ustąpił z placu bitwy? — Brzechalski Protazy.
On, za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie,
Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie,
       780 Aż skończył i z pustego szedł pobojowiska,
Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska.

W ludziach straty nie było, ale wszystkie ławy
Miały zwichnione nogi; stół także kulawy,
Obnażony z obrusa poległ na talerzach
       785 Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach,
Między licznemi kurcząt i indyków ciały,
W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały.

Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku
Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku.

       790 Mrok zgęstniał; reszty pańskiej wspaniałej biesiady
Leżą, podobne uczcie nocnej, gdzie na Dziady[46]
Zgromadzać się zaklęte mają nieboszczyki.
Już na poddaszu trzykroć krzyknęły puszczyki;
Jak guślarze[47], zdają się witać wschód miesiąca,
       795 Którego postać oknem spadła na stół, drżąca,
Niby dusza czyscowa; z podziemu[48], przez dziury
Wyskakiwały nakształt potępieńców szczury...
Gryzą, piją; czasami w kącie zapomniana
Puknie na toast duchom butelka szampana.

       800 Ale na drugiem piętrze, w izbie, którą zwano,
Choć była bez zwierciadeł, izbą zwierciadlaną,
Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie;
Chłodził się wiatrem, surdut wdział na jedno ramię,
Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował,
       805 I pierś surdutem jakby płaszczem udrapował.[49]
Gerwazy chodził kroki wielkiemi po sali;
Obadwa zamyśleni do siebie gadali:
„Pistolety — rzekł Hrabia — lub, gdy chcą, pałasze“.
„Zamek — rzekł Klucznik — i wieś, oboje to nasze“.
       810 „Stryja, synowca — wołał Hrabia — całe plemię
Wyzywaj!“. „Zamek — wołał Klucznik — wieś i ziemie
Zabieraj Pan“. To mówiąc, zwrócił się do Hrabi:
„Jeśli Pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi.
Po co proces, Mopanku! sprawa jak dzień czysta:
       815 Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta,
Część gruntów oderwano w czasie Targowicy,

I, jak Pan wie, oddano władaniu Soplicy.
Nietylko tę część — wszystko zabrać im należy
Za koszta procesowe, za karę grabieży.
       820 Mówiłem Panu zawsze: procesów zaniechać;
Mówiłem Panu zawsze: najechać, zajechać!
Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie,
Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie.
Co się tycze dawniejszych z Soplicami sprzéczek,
       825 Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek;[50]
A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę,
To my we dwóch Sopliców tych porzniem na sieczkę“.

„Brawo! — rzekł Hrabia, — plan twój gotycko-sarmacki
Podoba się mi lepiej, niż spór adwokacki.
       830 Wiesz co? na całej Litwie narobim hałasu
Wyprawą, niesłychaną od dawnego czasu.
I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę,
Jakąż bitwę widziałem? z chłopami o miedzę!
Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży.
       835 Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży.
Gdym w Sycylii bawił u pewnego księcia,
Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia,
I okupu od krewnych żądali zuchwale;
My, zebrawszy naprędce sługi i wasale,
       840 Wpadliśmy; ja dwóch zbójców ręką mą zabiłem,
Pierwszy wleciałem w tabor[51], więźnia uwolniłem.
Ach mój Gerwazy! jaki to był triumfalny,
Jaki piękny nasz powrót rycersko-feudalny![52]

Lud z kwiatami spotykał nas, córka książęcia,
       845 Wdzięczna zbawcy, ze łzami wpadła w me objęcia.
Gdym przybył do Palermo, wiedziano z gazety,
Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety.
Nawet wydrukowano o całem zdarzeniu
Romans, gdzie wymieniony jestem po imieniu.
       850 Romans ma tytuł: „Hrabia, czyli tajemnice
Zamku Birbante-rokka“. Czy są tu ciemnice
W tym zamku?“ „Są — rzekł Klucznik — ogromne piwnice
Ale puste! bo wino wypili Soplice“.
„Dżokejów — dodał Hrabia — uzbroić we dworze,
       855 Z włości wezwać wasalów!“ „Lokajów? broń Boże!
— Przerwał Gerwazy. — Czy to zajazd jest hultajstwem?
Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem?
Mój Panie, na zajazdach nie znacie się wcale!
Wąsalów co innego, zdadzą się wąsale.[53]
       860 Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach:[54]
W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach.
Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie,
Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie,
Wszyscy nieprzyjaciele zabici[55] Sopliców!
       865 Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców,
To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca
I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca;

Pan spać lubi, już późno, drugi kur już pieje,
Ja tu będę pilnować zamku, aż rozdnieje,
       870 A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku“.

Na te słowa pan Hrabia ustąpił z krużganku;
Ale nim odszedł, spojrzał przez otwór strzelnicy,
I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy:
„Iluminujcie![56] — krzyknął — jutro o tej porze,
       875 Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze!“

Gerwazy siadł na ziemi, oparł się o ścianę,
I, pochylił ku piersiom czoło zadumane.
Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy,
Gerwazy po nim kreślił palcem różne rysy;
       880 Widać, że przyszłych wypraw snuł plany wojenne.
Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne,
Bezwładną kiwnął szyją, czuł, że go sen bierze,
Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze.
Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją,
       885 Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją.
Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne pany:
Ci niosą karabele, drudzy buzdygany,[57]
Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa,
Składa się karabelą, buzdyganem wstrząsa;
       890 Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął,
Z krwawą na piersi plamą. Gerwazy się wzdrygnął,
Poznał Stolnika! zaczął wkoło siebie żegnać,
I ażeby tem pewniej straszne sny rozegnać,
Odmawiał litaniją o czyscowych duszach.
       895 Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach —
Widzi tłum szlachty konnej, błyszczą karabele:

Zajazd! zajazd Korelicz i Rymsza na czele!
I ogląda sam siebie, jak na koniu siwym,
Z podniesionym nad głową rapierem straszliwym
       900 Leci; rozpięta na wiatr szumi taratatka,
Z lewego ucha spadła wtył konfederatka;
Leci; jezdnych i pieszych po drodze obala,
I nakoniec Soplicę w stodole podpala —
Wtem ciężka marzeniami na pierś spadła głowa,
       905 I tak usnął ostatni Klucznik Horeszkowa.






Przypisy

  1. szurpaty, (gwar.) = nastrzępiony.
  2. ostrożasty = opatrzony ostrogą.
  3. fontanna = wodotrysk.
  4. Boginią rozkoszy u Greków i Rzymian była Venus, (Afrodite), przed którą leciały gołębie.
  5. umurzany = zbrukany, powalany.
  6. czysta = istna.
  7. parafjanka = nie znająca świata poza parafją, nieokrzesana.
  8. efekt = wrażenie.
  9. toaletę rób = ustrój się.
  10. ażurowe (z francuskiego à jour), przezroczyste.
  11. pudermanik = okrycie płócienne przy pudrowaniu lub czesaniu włosów.
  12. przypieczone żelazkiem.
  13. czysto = zupełnie jak.
  14. być mu, (gwar.) zamiast: być dla niego.
  15. oścień = hak, bodziec, kolec. Porównanie przypomina ustęp o Dydonie w „Eneidzie“ (IV, 66—7), jak to zauważył Piotr Chmielowski.
  16. wielka choroba = padaczka, taniec św. Wita.
  17. zaintromitował, wyrażenie palestranckie, tyle co: prawnie wprowadził.
  18. malaga, wino hiszpańskie z miejscowości Malaga.
  19. ✽Raz na sejmie poseł Filip, ze wsi dziedzicznej Konopie, zabrawszy głos, tak dalece odstąpił od materji, że wzbudził śmiech powszechny w izbie. Stąd urosło przysłowie: wyrwał się, jak Filip z Konopi.✽ Są też i inne objaśnienia tego przysłowia.
  20. przepisał, (gwar.) zamiast: przewyższył, zakasował.
  21. trefunek = traf, przypadek.
  22. omusknął = otarł.
  23. karmin = róż.
  24. gawęda, tu w znaczeniu gawędziarza.
  25. rejterada (z francuskiego), odwrót.
  26. graf = hrabia.
  27. kokieta (z francuskiego), zalotnica.
  28. Naliboki, miasteczko w Oszmiańskiem.
  29. Nassau-Siegen ks. Karol de, *1745—†1808 na Podolu, sławny w wieku XVIII awanturnik i wojownik; służył pod znakami francuskiemi i hiszpańskiemi; był admirałem rosyjskim; w latach 1780—81 przebywał u ks. Radziwiłła Panie Kochanku; ożeniony z Sanguszkówną, w r. 1784 otrzymał indygenat (szlachectwo) polski; od jego nazwiska całą dzielnicę Warszawy nazywają dziś jeszcze Dynasami. Porównaj objaśnienia Poety do ks. VIII w. 233, oraz do ks. XII w. 480.
  30. spolia opima, po łacinie oznacza: łupy zdobyte, trofea zwycięskie.
  31. tuszę = mam nadzieję.
  32. fundum = grunt.
  33. puginał = sztylet.
  34. nie przybrał się, (gwar.) zamiast: nie wziął się do... nie zabrał się do...
  35. na psotę = na złość.
  36. wióry, obrzynki drzewne, tu w ogóle tyle co: śmiecie.
  37. obdukcja = oględziny sądowe, tyleż co wizja sądowa.
  38. dyby = kłoda drewniana z otworem na nogi winowajcy.
  39. mleł, (gwar.) zamiast: mełł.
  40. mores = obyczaje, tu tyle co: szacunek, poważanie.
  41. zauszniczki = kolczyki.
  42. taran, słup drewniany, okuty, do rozbijania muru.
  43. indeks = palec wskazujący.
  44. zakłada = zastawia, zasłania.
  45. półkurcze, część kurka u strzelby skałkowej.
  46. Dziady, uroczystość ludowa na dzień zaduszny, obacz objaśnienie Mickiewicza do II. części „Dziadów“, wydanych w Wilnie 1823.
  47. guślarz, kierownik uroczystości ludowej Dziadów.
  48. podziem, (gwar.) zamiast: podziemie.
  49. udrapować = ułożyć, okryć artystycznie.
  50. Scyzoryczek: Gerwazy ma na myśli swój rapier.
  51. tabor = obóz.
  52. rycersko-feudalny, tyle co średniowieczny; wówczas panowały stosunki feudalne (od łacińskiego feudum, lenno, nadanie ziemi rycerzom na pewnych prawach.)
  53. wąsalów. Gerwazy, nie zrozumiawszy znaczenia wyrazu obcego, myślał, że chodzi o wąsalów.
  54. zaścianek, lub okolica, nazwa osad szlacheckich; w Nowogródzkiem są po dziś dzień zaścianki szlachty z ziemi płockiej od wieku XVI.
  55. zabici t. j. zawzięci.
  56. iluminujcie = świećcie.
  57. buzdygan, rodzaj buławy, jako oznaka władzy wojskowej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Mickiewicz.