Pan Karol/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.
NAJPEWNIEJSZE, DOŚWIADCZONE I NIEOMYLNE LEKARSTWO NA MIŁOŚĆ ZA GROSZY PIĘTNAŚCIE.


Cóż to miłość? szał ziemski, odlany w formie ukradzionéj z nieba.
Definicya Materjalistów.

— Cicho Amur! cicho! a łotr! — ts! Kto tam? Tak rano, taż osiém nie biwszy u Ś. Jana. Kto tam? czy to ty Franuś?
— To ja. —
— Co to za ja?
— Karol Heciakowski.
— A bratuleńku, wszelako tak rano wchodzić nie przystało do Panny. Przybądź za godzinę, jeszczem się nie ubrała, a jak się ubiorę, to zaraz iść potrzeba na mszę świętą.
— Łaskawa Pani! siostruniu Dobrodziejko! przebacz mnie i pośpiechowi mojemu, idzie tu o los całego życia mojego, odezwał się głos z za drzwi.
— Co! co? o życie chodzi? a! krzyknęła przelękniona Panna Hermenegilda, i pobiegła w jednéj spodnicy, zapomniawszy o tém, że była nieubrana, odryglować drzwi.
Karol wpadł niémi obcesowie, jak do szturmem dobytego miasta, a ujrzawszy ją w tak niedbałym stroju, (gdyż z żalem a prawdą wyznać musim, że koszula była do gorsu, a chustki żadnéj, bo P. Hermenegilda posłyszawszy, że chodzi o życie, zapomniała się odziać); ujrzawszy ją w tak niedbałym stroju, zczérwienił się cały, a potém, ni z tego ni z owego, plackiem do nóg.
— A tożeż co? Jezu Chrystusie! zawołała przelękniona Panna zakrywając się rękami jak Venus medycyjska, i wpatrując się ciekawie w klęczącego brata. A tożci co? czy ty sfiksował? Amur cicho!
— Pani! już daléj żyć nie mogę! rzekł Karol rozczulony.
— Da cóż to, czy nie goły? może Asana brata okradli; kiedy niemasz z czego żyć, to ja ci parę złotych na karteczkę pożyczę.
— Ach nie, przerwał rozgniewany trochę domysłem Karol klęcząc ciągle, — miłość to, miłość, którą piérwszy raz w życiu czuję, do rospaczy mnie przyprowadza. Rzeknij słowo.
— Da nie jedno, a choć i cztéry rzeknę. A ty musi, czy nie we mnie zakochawszy się jesteś?
— Tak jest! Pani siostro! — ratuj mnie póki czas! Oto u nóg twoich miłosierdzia żebrzę, składam serce i majątek.
— Da fiż, aż mnie włosy pokołowaciały, bratuleńku! Czy ty już tak prędko rozkochawszy się jesteś we mnie? Aj! jakiż ty fixat! da czy ty możesz aby pomyśleć, żeby ja ciebie tak prędko pokochała?
— Nie mów, zabijasz mnie!
— I porzućżeż. By jeszcze znaliśmy się rok, dwa, nie mówiłam bym, gdyby ty konkurował, to, owo, ale toż tydzień, jak ty mnie poznał?
— A czyż potrzeba więcéj, aby cię pokochać?
— Da, to wszystko być może, że ty kochasz, ale co ja to nic. Cicho Amur! Wszelako żeby się nie spóźnić na mszę świętą.
— Pani! bądźże litościwszą, u stóp twoich składam mój majątek cały.
— Dużyż masz majątek?
— Blisko półmiljona.
— I, czy w ziemi?
— Różnie, w ziemi, na niebie i na każdém miejscu.
— A, to to nie małe rzeczy. Ale kuzyneczku, żeby ty mnie i zapisał nawet, to cóż, kiedy nie kochający się, to i pobrawszy się nie będzie jakoś zgody i zawsze jakoś.
— Czyż moje przywiązanie nie potrafi w tobie wzbudzić ani iskierki miłości — Hermusiu!
— (Filut, a jak słodko nazywa!) Da chowaj Boże! ani się śniło o miłości. Ale, poczekaj no! Héj! Franciszka! cicho Amur! Daj siemienia kanarkom; a kot czy jadł?
Karol powstał z ziemi upokorzony i rozgniewany oporem, którego może raz piérwszy w życiu doświadczał. Nie zraziło go jednak piérwsze niepowodzenie, postanowił, przysiągł sobie, pochwycić majątek i oszczędzony kapitalik Panny; a teraz podbudzony jeszcze obojętnością Żmudzinki, szedł goręcéj i zapalczywiéj do celu. Jak skoro kucharka wyszła, on zaczął na nowo.
— Tyś mnie zabiła, rzekł, zabiła! Ja żyć nie mogę bez ciebie, a ty tak obojętnie odpychasz ofiarę serca mojego; ja tego nie przeżyję, ja umrę.
— Da nie! nie! a każ tylko krwi puścić sobie na spodek od filiżanki, to cię ta fixacja minie.
— Nie pojmujesz Hermusiu!
— Da może być, że ja nie pojmuję tego. Ja nie kochawszy tylko wszystkiego razy z kilka, po prawdzie powiedziawszy, a i to po cicheńku, po troszeczku. A za każdą razą bywało jak każę krwi puścić z lewéj ręki od serca, by ręką odjął, zaraz minie.
— Szczęśliwa jesteś, bo ja! — kocham i czuję, że ta miłość pójdzie ze mną do grobu.
— I, ja dalbóg i nie wierzę temu, żeby to ludzie tak się mieli kochać do śmierci, ja, choć młoda, dzięki Bogu, ale nie pojmuję, że to, jak gadają, stałe kochanie to do śmierci bywa. I fi! czyste brydnie. Czy to ja nie kochałam? i jak! Bywało całą noc to ze dwa razy się budzę, a wszystko śni się mój miły, to raz by z workiem dukatów, drugi raz klęczy u nóg i daje zapis całego majątku!
— Tak, pojmuję ja to, te miłe sny! I ja nieszczęśliwy, od tygodnia jak cię poznałem, co noc marzę o tobie!
Jezusie Chryste! by tylko nie jakie wszeteczeństwa, śniły ci się tam o mnie!
— O! nie, najczystsze szczęścia zwodniczego obrazy; — pocałunek! —
— Da zmiłuj sięż! — tylkoż co temu, to nie wierzę. Jak ja żyję, to tylko raz wszystkiego Panu Podkomorzycowi dałam gęby, a i to z niewiadomości, bo byłam jeszcze błaźnica, niewinna jak baranek! to nie wiedziałam, że to grzech. A! zmiłuj się bratuniu, nie śnij o mnie takich szkarad.
— A! gdybyż to w mojéj mocy, odwrócić ten cios i te wspomnienia od serca!
— Da, kiedy mówię, że w twojéj, byle spodek krwi upuścić z lewéj ręki, albo i półtora, jeśli krwisty, to przejdzie. Ale ja na mszę muszę.
— Chwilę jeszcze, najdroższa Hermusiu! daruj mi pół chwili, zrób przynajmniéj choć małą nadzieję, bez niéj umrę. Może choć z czasem, powiedz, dasz się pokonać, i zostaniesz moją żoną.
— A! cóżeż bratuniu! jakby to w mojéj mocy przyciągnąć miłość k sobie, kiedy ona po ciemku, bo ślepa, nie może trafić do mojego serca. I nie całuj darmo w rękę, a lepiéj posłuchaj, krwi upuść. Żyd Cyluryk i za dwadzieścia groszy puści, a z targiem to i za piętnaście.
— Nie, najdroższa! nie użyję tego środka, może też, z czasem dasz się nakłonić. Komuż lepiéj, jak kochającemu cię nad życie, oddać tę rękę, kochającemu cię do grobu.
— O! o! tak to bywało i ja myślałam, kiedy Pan Podkomorzyc dawał cukierki; a teraz, choć to niedawno, będzie z osiém lat, a zapomniało się! I kochałam potém od tego czasu kilka razy. Ale co ciebie, bratuleńku, to dalbóg ani weź!
— Co raz to nowym ciosem ranisz moje serce. Chceszże, żebym umarł z tego! wołał Karol, chwyciwszy ją za rękę i usiłując do ust jéj się przybliżyć, aby na nich zawiązać piérwszy węzeł miłości. Panna Hermenegilda poczęła straszliwie krzyczeć.
— A! da fiż! klapsa dam! bratuleńku! Ciśnie się, by kanarek do cukru, do mojéj gęby. A fiż! wszetecznik. Jezu Panie! Puszczaj mnie! co Wasan robisz, nie dotykaj się, bo krzyknę. Aj! aj! Franciszka, ratuj!
Wbiegła rezerwa z miotłą, Karol odskoczył daleko od kuzynki; już kucharka z prawdziwie heroiczném poświęceniem się wzniosłszy w górę broń, wspólnie z wiernym Amurem, miała wpaść na zuchwalca, gdy Pani jéj uspokojona nieco, odejść kazała, ufając, że dość będzie na kuzynku skutkować, sama demonstracja gotowości do boju.
— Ot widzisz, Panie Karolu, jak to bezbożnie chcieć całować! Fe! pomiarkuj się! Do spowiedzi pójść warto, bo i ja z téj przyczyny będę musiała. Da, kochać to już ci nikt nie broni, ale tak obcesowo się przysuwać, to nie uchodzi. Ja, bratuniu, jestem cnotliwa Panna. I, kiedy kochasz, to nie tak zapalczywie, by jakie źwierzę, trzeba z respektem wszelako, powoli. E! jabym tobie i dwa spodki krwi puścić kazała na pohamowanie impetu.
— Przebacz siostruniu, nieszczęśliwemu! miłość mnie zaślepiła, odurzyła, miłość zawróciła mi głowę.
— Da! bo też to miłość i ślepą malują na filiżankach. To nic — ja się nie gniewam, a tylko na drugi raz będzie nauka, że ze mną tak nie uchodzi. Terazże ruszaj z Bogiem, bo czas na mszą, ja się jeszcze ubiérać muszę. Może przyjdziesz na herbatę?
— O bóstwo moje! aniele! królowo! przyjdę! jabym z tobą wieki siedział, droga i najdroższa istoto! I wysypał jeszcze pół tuzina przymiotników najczulszych, które go niewiele pracy kosztowały, bo ich nie bardzo dobiérał.
— Da wierzę, wierzę, nie klnij się. By tylko złe języki tego nie podchwyciły, a nie wzięły ztąd assumptu do szkalowania, bratuniu. Bądź zdrów, do zobaczyska. Krwi puścić każ półtora spodka; nie zawadzi — Cicho Amur, cicho!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.