Pan Karol/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.
PANNA HERMENEGILDA HECIAKOWSKA.


Człek jest farbą, wychowanie malarzem.
Axioma pedagogów.

W maleńkim pokoiku na Skopówce, siedziała sobie panienka. Była ona ładna, ale spójrzawszy na nią zbliska zaraz jakoś poznać było można, że musiała mieć więcéj niż dwadzieścia lat. Robiła ona sobie spokojnie pończoszkę, i czytała sobie romans o Meluzynie, wzdychając nad nim szczérze i serdecznie. Koło niéj ulubiony szpic Amur leżał na słomą wypchanéj poduszce; daléj w oknie wisiała klatka, a w niéj kanarków czuła para nosiła wodę wiaderkiem. Przy piecu spoczywał kot czarny Sybirski; w kącie stał na girydoniku odwiecznym serwis fajansowéj porcellany, opylony i brudny, w którego filiżankach leżały nasiona, suche cytryny i połamane rączki; u pułapu dla większéj ozdoby wisiał pająk z opłatków różnofarbnych sklejony, który się kręcił za każdém poruszeniem powietrza, z niewymównym wdziękiem. Jeszcze daléj w samym kącie stał zégar spowity w drewniane pieluszki z kukawką, a na nim krédą naznaczone były dni tygodnia, surrogat kalendarza bardzo zaspokajający.
Panienka, jakem już mówił, mogła miéć więcéj trochę nad lat dwadzieścia, była brunetka, (rzadkie są stare panny blondynki) nosek miała malupacieńki (wyraz litewski), usta wysznurowane, jak gdyby lękała się niémi zbyt wiele wciągnąć powietrza, oczy duże, czarne, okropne, zapalczywe, fatalne oczy, o których tyle poezij napisano; nad niémi brwi jak dwa łuki, jeszcze wyżéj stał ogromny warkocz włosów, ułożony z wdziękiem i ozdobny różą, która wyglądała z niego, jak gdyby rosła immediate z wazonu. Panienka miała na sobie szlafroczek biały, arcy pięknie haftowany w ząbki z kilkudziesięcią falbanami, przepasany paskiem skórzanym czarnym, spiętym na stalową błyszczącą sprzążkę. Piersi, ta świątynia serca z białego paroskiego marmuru, pokryte były skromnie spłowiałą chusteczką bur de soie, w paski zielone z pąsowém, na nóżkach, a nóżki miała maleńkie, cisnęły się do nagniotków dziewiczych trzewiczki pąsowe, niestety, a z zielonemi wstążeczkami. Nie dowodził strój gustu, ale też nie wszystkim wszystko dano.
Na ręku, dla zachowania białości skórze, miała rękawiczki duńskie stare: o stare! okrutnie już stare, z poucinanemi dla ułatwienia roboty pończochy, palców końcami.
Czytała uważnie, powolnie, łzy jéj nawet czasem szły z oczu, które ona oglądając się starannie w koło, ocierała co najprędzéj. Za każdem jéj najobojętniejszém poruszeniem, szpic wierny, Amur, warczał, domyślając się, azali czasem nie myśli kto jakiéj krzywdy zrobić jego pani. — Taka to była wierność, zmyślność tego dobrze nazwanego Amura. Napróżno warczał i srożył się — nic — cicho było, spokojnie, nikt nie przychodził, panienka czytała, czytała gorąco i serdecznie, tak że w interessowniejszych miejscach ustami ruszała. Bodaj to kobiéty, one jedne umieją czytać romanse, jak należy.
Otoż czytała, mówiłem to już razy ze cztéry, a pośliniwszy czasem delikatnie końce same paluszków, odwracała z pośpiechem kartki xiążki. Była właśnie w najzabawniejszém miejscu Meluzyny; jeśli się nie mylę tam, gdzie to jest cóś o kąpieli, na któréj cały węzeł romansu; — pożerała wiersze, pożerała, jadła chciwie aż tu — stuk, stuk, traf, traf, któś wchodzi.
Panienka podniosła gniewliwie oczy, był to mężczyzna, umitygowała się natychmiast przed bazyliszkiem, zapłoniła się tylko po uszy, po oczy, po za uszy i po za oczy, położyła xiążkę i zbliżyła się ku niemu, czekając pytania, gotując odpowiedź. Przybyły, młody, blady, blondyn, słowem pan Karol, skłonił się nizko, nie całował w rękę (bo był widać nie znajomy) i odezwał się w te słowa:
— Czy w osobie pani Dobrodziéjki mam honor witać Pannę Hermenegildę Heciakowskę?
— Da tak jest! abo co?
— Mocno mnie to cieszy; mam honor prezentować się, jestem Lucjan Karol Heciakowski, stryjeczno-cioteczno-wujeczno-rodzony brat Pani Dobrodziejki, a syn ś. p. Florjana Heciakowskiego Stolnika.
— Aha! ha! to to! przypominam sobie! to to jest Stolnika syn! mój Boże! Niechże Pan Dobrodziéj siada, da proszęż, bez cyremonij. Cicho Amur; da bardzo proszę, jeśli łaska.
— Dowiedziawszy się, że Pani tu mieszka, nie zaniechałem będąc w mieście, złożyć jéj mego uszanowania, a razem przypomnieć się pokrewieństwu.
— Bardzo wdzięczna Panu Karolowi; ale dalbógżeż pono, czy nie piérwszy to raz widziemy się, Panie braciszku!
— Tak jest; to szczęście, które —
— Da porzućże te cyremonje, to między krewniaczkami nieprzystawszy jest. Powiedz z łaski swéj, co ty tu porabiasz i czém się trudnisz?
— Ja, łaskawa Pani, Siostro Dobrodziejko, kiedy się tak pozwalasz nazywać, przyjechałem umyślnie prawie do Wilna dla poznania jéj i złożenia —
— Da fiż; cicho Amur! Jak to zaraz znać wielki świat na Jegomości! cały w komplementach, cha! cha! Ale gdzież zawsze mieszkasz?
— Ja, jestem Adwokatem w Kijewie.
— U Kijowie! da fiż? to będzie od Wilna, bodaj żeby nie piętnaście mil, albo i więcéj!
— Trochę więcéj!
— Może być, może, miarkuję, choć to ja wszelako tam nie byłam nigdy, bo od dzieciństwa wszystko albo na Żmudzi, albo jak oto teraz w Wilnie przebywam, po śmierci matki mojéj, świętéj pamięci, wieczne odpocznienie. Wasan Dobrodziéj nie znałeś mojéj matki świętéj pamięci.
— Ja? znałem, owszem, znałem! Była to bardzo słuszna i zacna kobiéta, nieco podobna do Pani Dobrodziejki.
— Da fiż! ani troszeniateczki by podobieństwa między nami; ja, wszyscy mówią, do ojca ś. p., wieczne odpocznienie, podobniuteńka!
— Tak! ale, z wzrostu chcę mówić.
— Da już, dalbógżeż, albo żartujesz, albo zapomniawszy jesteś; tać moja mama była mała, a ja gdzie, półtoréj głowy wyższa.
— Tak, tak, być może, pomięszało mi się, zapomniałem — tak to już dawno.
— Da wierzę, że się pomięszało, choć to i nie tak dawno jak ś. p. matka, wieczne odpocznienie, umarła, bo to dopiéro drugi rok skończył się na Ś. Filip.
— A, tak, Pani nie siedzi na wsi? Któż się zajmuje pięknym folwarkiem Heciakowem, Fyrtyszkami i Zieleniszkami, które spadły na Panią Dobrodziejkę?
— Da, to już ja arendą puściwszy, bo to pewniejszy grosz wszelako jakoś, a w mieście msza święta codzień, o każdéj godzinie, to ja już sobie przyjechałam do miasta.
— Tak, zapewne, słusznie. W wieku Pani, zabawy, młodzież, teatr.
— Da fi, a to co? czy sfiksował? da ja od młodzieży, by od bazyliszka uciekam. Ja sobie sama jedna żyję, nikt u mnie prawie nie bywa; a na zabawach, na tyatrach — krew Chrystusa Pana! nigdy nie bywam, bo to zguba duszy.
— Ale przy tak pięknym majątku, może Pani w mieście wygodniejsze życie prowadzić?
— I, już to ja i o to nie stoję. Ja sobie oszczędnie. Wszelako, by już jakoś dla zabawy i kompanii, trzymam kucharkę, szpica, kota i dwuch kanarków.
— Tak, to czas uprzyjemnia niewinnie, przytém literatura zapewne?
— Da, tak sobie czasem przysiędę ono się, ale to rzadko, bo i niéma co czytać. Same, z pozwoleniem teraz, błazenterje drukują. Może Jegomość Pan braciszek herbatyby napił się.
— Jeżeli łaska Pani.
— Da, to dobrze, ja każę wody zagrzać, u momencie powracam — Amur leżeć! Burek, pójdź ino Burek! Takie to rozlazłe kocisko, że cały dzieńby spało pod piecem, a trzebaż na dwór wypuścić dla przewietrzenia.
— O! zapewne warto, dodał Pan Karol tłumiąc uśmiech w sobie.
— W momencie powracam.
Wyszła, a Pan Karol ruszając ramionami przeszedł się po pokoju i zbliżył się do zapylonego fortepianiku, stojącego w kącie. Właśnie w téj chwili gdy stał przy nim, wróciła Panna Hermenegilda.
— Pani Dobrodziejka, amatorka muzyki, jak widzę.
— At, by godzinę przepędzić, czasami sobie do śpiewu zagram; rzadko w texta światowe się wdaję, a najczęściéj śpiéwam sobie różaniec lub godzinki.
— Z tak pięknych ustek, jakże miły głosek wychodzić musi, rzekł Karol sadząc się na pochlebstwa kuzynce: — Czy nie raczysz Pani zaśpiéwać, choćby słów parę, proszę bardzo, wielkim jestem amatorem muzyki.
— Da bratuleńku, najchiętniéj, tylko żeby sobie przypomniała jaki text światowy, bo ty pewnie świętych pieśni nie lubisz.
— Cokolwiek, bylebyś Pani zaśpiéwała.
— Da, co umiem, to i będzie. Ekch, kacha! tfu! tfu! hm! zaschło w gardle — hm! zupełnie zaschło.
Dobrze odchrząknąwszy, zaśpiéwała wreszcie piosnkę czułą i bardzo ładną, któréj piérwsza strofa kończyła się tym sensem moralnym:

Posiałem nie zżąłem,
Kochałem nie wziąłem.
Posiać nie zżąć,
Kochać nie wziąć!

Panna Hermenegilda śpiéwała tę piosnkę z takiém uczuciem, że wierny Amur ku końcowi trzeciéj strofy szczekać zaczął, jakby na przestrogę, aby się zbyt uczuciom wygórowanym powodować nie dała.
— Prawdziwie, rzekł Karol, gdy skończyła, i piosnka i muzyka prześliczne. A głos Pani najdoskonalszy, najpiękniejszy, hm, hm, contra, contra — (cóż u licha, nie mam wyrazu) contra.
— O! co się tycze piosnki, téj jeszcze nieboszczka babka mojéj matki uczyła się od swojego stryja, a ja to z kolei od mamy, świętéj pamięci, wieczne odpocznienie. Istotnie piękna i moralna.
— Tak, bo też moralność jest piérwszą pieśni zasadą.
— Da — Otoż i herbata.
Wniosła ją stara kucharka szczególnéj chudości, żyjący skielet, długonogi, długoręki, długoszyi, długonosy, a jak się domyślać należało i długojęzyczny; bo doświadczenie uczy, że wielomówność jest w odwrótnym stosunku objętości ciała. Ubiór téj jedynéj przyjaciółki i sługi Panny Hermenegildy, był brudny dość, (wyznajem to mimowolnie; lecz amicus Plato, magis amica veritas), szyja i ręce po łokcie obnażone, nogi boso w trzewikach, fartuszek tylko nieco czyściejszy spadał do kolan, ale i on nosił już ślady pracy, to jest brudu.
— A, a czemuż nie przyniosłaś świeżéj bułeczki od Federa? spytała Pani.
— Pani nie jada.
— Da tak, ależ gość?
— Ja pijam czystą herbatę.
— No, to dobrze bratuleńku, bo to wszelako pięć groszy dzień w dzień oszczędzonego, przeszło złoty na tydzień, a blisko sześćdziesiąt na rok! Proszęż pić, a czy słodka arbata?
— Z rąk Pani, jakżeby nie miała być słodką?
— A! fiż! komplemencista! Musiałeś bracie chodzić po Akademii, coś się tych cyremonij nauczyłeś jesteś — ale ze mną bardzo proszę! Może jeszcze cukru, albo żórawinowego soczku?
— Nie, bardzo dziękuję, bardzo i tak dobra.
— Już to że dobra, to pewna; mam ja ją piąty rok tę herbatę, po ś. p. matce, wieczne odpocznienie, tylko od gości używam, sama nie piję, cukier drogi, a miodu czystego trudno dostać, wszystek z mąką mięszany. Da, może na drugą pozwolisz szklaneczkę, z cytryną. Jest to cytryna ta, co na Boże Narodzenie do ryby na kucją — Franuś!
— Nie, nie, bardzo dziękuję, zawołał Karol, na uczciwość nie pijam nigdy drugiéj, (kiedy taka paskudna, dodał w duchu). Padam do nóg, dziękuję.
— I sprawiedliwie, bo to wszelako i doktorowie mówią, że ona, z pozwoleniem, piersi osłabia i osusza.
— Tak, to wielka dowiedziona prawda!
— A przytém, bratuleńku, dodała Hermenegilda, to i kieszeń suszy. Gdzież, już idziesz? czego się śpieszysz? czy masz interess z Izbą Skarbową? a i ja miałam z Izbą Skarbową, ale jakoś za łaską Bożą ukończywszy! Da bądźże łaskaw, bywaj u mnie często, na harbatę proszę!
— Nie omieszkam.
Wychodząc Karol pękał od śmiechu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.