Pan Karol/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.
NIESPODZIEWANE OŚWIADCZENIE.


Wszystko mija, miałażby miłość bydź stałą?
Exkuza XVI wieku.

Południe było, ale dzień jesienny i słotny, niebo całe w chmurach jakby za firankami ukryte, lało deszcz rzęsisty. Wicher latał po ziemi, swistał, szumiał, ogromne drzewa uginał pod sobą jak słomki, kruszył gałęzie, obrywał resztki liści; rynny, rynsztoki wody były pełne. Miasto całe miało minę zapłakaną, drążki okryte cératowemi parasolami wlokły się powoli po bruku, żywéj duszy nie było w ulicach, chyba gdzie odarta żydówka, lub mieszczka idąca po wodę, pokazywała się z fartuchem na głowie, zakasana wyżéj kolan, biegąc co tchu skryć się od nielitościwéj uléwy.
W jednym domu na wileńskiéj ulicy, w pięknych pokojach piérwszego piętra, siedziała młoda kobiéta zajęta haftowaniem, spoglądając czasem za okno w ulicę, czasem na drzwi, jakby kogo niespokojnie oczekiwała. Po chwili, przestała robić robotę, sparła rękę na kolanach, głowę na ręku, westchnęła i dumała. Powiodła okiem po pokoju, potém spójrzała za okno, potém za drzwi, westchnęła znowu i zaczęła haftować.
Ile razy zaturkotało co na ulicy, podnosiła się żywo zobaczyć kto jechał; w oczach jéj i twarzy, malowały się kolejno przestrach, obawa i nadzieja i smutek.
Było południe, minęło południe, nareście zadzwoniły drzwi w sieniach, kobiéta porwała się od krosienek, wbiegła do drugiego pokoju i stojąc na progu, wychyliła głowę ciekawie, patrząc kto wejdzie.
Wszedł oczekiwany Karol. Ona wesoło podskakując przybiegła ku niemu; ale on był smutny, milczący. Zrzucił z siebie cératowy płaszcz cały zlany dészczem i upadł na krzesło. Zbliżyła się ku niemu niespokojna i spytała czule.
— Jakież z miasta nowiny? mój ojciec? —
— Dajże mi pokój z tym ojcem przeklętym! odezwał się porywczo wybuchając Karol, odpychając od siebie jéj rękę. Stanęła kobiéta ledwie mogąc łzy utrzymać, zachwiała się, potém powolnym krokiem oddaliła się i siadła do krosien. Wzięła igłę, ale za łzami, które biegły jéj do oczów, nic robić nie mogła, rzuciła igłę i zakryła twarz chustką.
Karol spójrzał złośliwie, plunął i uśmiéchnął się szatańsko.
— Tfu! co za przeklęta natura! krzyknął grubjańsko, płakać dwadzieścia razy na dzień; byle kto tylko palca zakrzywił, są łzy na pogotowiu, warto czy nie warto. Otoż to kobiéty!
— Ale Karolu —
— Ale, cóż mi powiész? Powiesz mi że to z mojéj przyczyny, żem ci za ostro odpowiedział, żeś ty Hrabianka, do takiego obejścia się nie przywykła! Cha! cha! życie kochanka i kochanki nie powiązanych stułą kapłańską, musi się wyrzec ceremonij. Żyje się jak może, jak przypadnie — a nakoniec — Cóż chcesz, żebym ciągle udawał, taką miłość jak wprzódy?
— Udawał! Zawsze żeś udawał tylko? nie obiecywał żeś kochać zawsze i szczérze?
— Obiecywał! Przymuśże moje serce żeby cię kochało, kiedy nie chce! śmieszna kobiéta! Myślisz Izabello, że twoje wychowanie, tytuł, łzy, ceremonjalne obejście, ustalić potrafią serce moje! O! co z tego to nic nie będzie! Ja zawsze byłem taki, jakim mnie widzisz.
— A po ślubie?
— Po jakim ślubie? cha! cha! Pocieszna kobiéta! czy ci się śniło o jakim ślubie? myślisz że doprawdy że ja się z tobą ożenię?
— O Boże! zawołała Izabela i cała we łzach rzuciła się na sofę — Boże, ratuj! cóż to za człowiek!
Karol spójrzał tylko na nią, zmarszczył się, plunął i włożywszy ręce w kieszenie, chodzić zaczął po pokoju obojętnie przebąkiwając.
— Rozpacza! jak gdyby to było czego! O! nie bój że się panno Izabello, jesteś dość ładna, znajdziesz jeszcze krocie kochanków, którzy cię może kilka dni dłużéj kochać będą ode mnie, lub kilka dni dłużéj zwodzić. Co się tycze mnie, jeśli teraz mam prawdę powiedzieć, więcéj pokochałem twoje pieniądze niż ciebie. Jesteś ładna, ale nadto slamazarna, delikatna, łatwowierna, takie dziecko jeszcze: płaczesz pół dnia sama nie wiesz czego. Nie dla mnie takie kobiéty, to mi to kochanka, co to czterech razem tęgo kocha, a umie się pocieszać po jednym, biorąc dwuch na jego miejsce. Omdlała! do miljona djabłów! dziewczyno! dziewczyno! Trzeba dzwonić; szkodaby jéj gdyby umarła; zda się komu innemu jeśli nie mnie, a potém kłopot z trupem w domu! Hej! jest tam kto!
Zadzwonił, wbiegła dziewczyna, dawna także pana Karola kochanka, spójrzała na niego i na panię i poleciała do kanapy cucić omdlałą. Karol tym czasem zamyślony wyszedł zapalić cygaro i z dymiącém się już powrócił do sali, po któréj powolnie zaczął się przechadzać.
Izabella przychodziła powoli do zmysłów, Karol ciągle milczący chodził po pokoju, spoglądał na nię zimno i surowo, a widząc że przytomność powraca, roskazał się oddalić dziewczynie i stanąwszy na przeciw niéj, rzekł.
— Do kochania moja pani, trzeba się na wszystko przygotować, osobliwie zaś na wszystko złe wypaść mogące. Panna może myślałaś, że ja przysięgając miałem zamiar przysiąg dochować! Ha! ha! to pociesznie. Trzeba się było wcześnie zastanowić, że mężczyzna nigdy miłosnych przysiąg nie dochowuje, a gdy to robi, to głupiec. Ja, moja miła, udając miłość ku tobie, miałem wiele do tego powodów! żenić się zaś, nie myślałem, a tém mniéj ożeniwszy się żyć. Bo ożenić się z resztą można byłoby, już by to było nie piérwsze takie ożenienie w mojém życiu. Probowałem i tego! —
— O, poczwara! zawołała Izabella w rospaczy. Z jéj oczu zaiskrzonych żadna łza nie ciekła, twarz była blada, wzrok obłąkany, usta sine, ręce drżały. Karol chodził ciągle, palił cygaro spokojnie i obojętnie odzywał się po kilka słów, puszczając dymek kłębami.
— Ja byłem dawno przygotowany na te sceny, zawsze się to tak dzieje! Z resztą jeśli ci chodzi o ślub, no to ja się z tobą mogę ożenić, wiedź tylko że to nie piérwsze moje tego rodzaju ożenienie, i że potém mam zawsze zwyczaj pożegnać żonę, ukłonić się pięknie i więcéj nie wrócić. Takie ożenienie nie wiele mnie kosztuje. Pieniędzy twoich i brylantów już niéma, wczorajszy wieczór zabrał resztę. Wielkie roskosze drogo kosztują, Panno Izabello — przegrałem wszystko w karty. To cię powinno pocieszać, że i twój ojciec, nieraz się jak ja zgrywa. Jeśli chcesz zdrowéj rady posłuchać, powróć teraz do niego, on cię przyjmie i o wszystkiém zapomni, bądź pewna. Pojedziecie gdzie do Włoch, do Francij, a tam z tytułem, wdziękami, pieniędzmi, ułowisz pewnie jakiego osła, któremu się śnić będzie, że jest twoim piérwszym kochankiem. Zapomnisz o mnie łatwo; prędko obeschną łzy, serce się zamknie, jakby nigdy nic nie było w niém; przeklęte cygaro! nie ciągnie.
To mówiąc rzucił je w kąt, wyjął drugie i poszedł znowu zapalić. Izabella wstała i chwiejącym się krokiem, pomięszana, wyszła do drugiego pokoju. Wróciwszy już jéj nie zastał, siadł na kanapie, rozparł się wygodnie, nogi na krzyż założył i zaczął świstać, poglądając za okno, puszczając dym wielkiemi kłębami. Po chwili usnął snem sprawiedliwego.
Panna Izabella wieczorem upadła do nóg ojca, nazajutrz wyjechali do Rzymu, w rok poszła za margrabiego de Remilly, z którym dotąd żyją bardzo szczęśliwie; co daj Boże wszystkim jéj podobnym nawróconym grzesznicom.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.