Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział trzeci.
Rozczarowanie.

Pan prokurator generalny czuł się w obowiązku oznajmić Sądowi, że stojący przed nim więzień, aczkolwiek młody wiekiem, stary jest doświadczeniem, gdyż oddawna uprawia zdradę, za co żąda on jego głowy. Że jego korespondencja z wrogiem kraju datuje się nie od dzisiaj i nie od wczoraj, nie od roku i nie od dwu lat. Że — zostało to stwierdzone — oskarżony oddawna już odbywał często podróże do Francji w tajemniczych interesach, których nie chce wyjaśnić. Że, gdyby zdrajcy zdolni byli udawać, (czego chwała Bogu, nigdy nie robią), to podła ta i nikczemna zdrada nigdyby się nie wydała. Że Opatrzność, na szczęście, zesłała człowieka bez trwogi i zmazy, który przejrzał niecne plany nikczemnika i, przejęty grozą, odkrył je Sekretarzowi Stanu Jego Królewskiej Mości oraz Tajnej Radzie. Że ten szlachetny patriota w tej chwili stanie przed sądem. Że jego postępowanie, zarówno jak zachowanie, było pod każdym względem szlachetne, że był on niegdyś przyjacielem zdrajcy, ale że w pewnej zarówno szczęśliwej jak smutnej chwili, przejrzał jego nikczemną duszę i postanowił poświęcić na ołtarzu ojczyzny zdrajcę, którego wygnał ze swego serca. Że gdyby w Anglii stawiano posągi bohaterem ojczyzny tak, jak w starożytnej Grecji i w Rzymie, ten zacny obywatel napewno miałby pomnik. Ponieważ jednak w Anglji niema tego zwyczaju, prawdopodobnie pomnika mu nie postawią. Że Cnota, jak to już zauważyli poeci (w wielu miejscach, które każdy przysięgły zna z pewnością dokładnie — na co w twarzach sędziów wyczytać można było wstydliwe wyznanie, że zupełnie miejsc tych nie znają) jest rzeczą zaraźliwą. Zwłaszcza Cnota Miłości Ojczyzny i Patriotyzmu. Że wzniosły przykład tego ofiarnego, nieskazitelnego bojownika za Koronę, podziałał na innego patriotę, mianowicie na lokaja oskarżonego, który zgodził się przejrzeć pod nieobecność pana jego szuflady, kieszenie i dokumenty. Że on (pan prokurator generalny) jest przygotowany na to, iż ten i ów potępi ów czyn służącego, ale on (prokurator generalny) woli go od swoich rodzonych braci i sióstr i bardziej go szanuje (on, prokurator generalny) niż swoich rodziców oraz prosi szanownych przysięgłych, by uczynili to samo. Że świadectwa tych dwuch świadków, poparte dokumentami, które mogą być w każdej chwili przedstawione, są dostatecznym dowodem, iż więzień posiadał dokładny wykaz sił jego Królewskiej Mości, ich dyzlokacyj i wyposażenia wojennego, zarówno na lądzie jak na morzu, i że niema najmniejszej wątpliwości, iż dostarczał tych danych nieprzyjacielowi. Że nie można było wprawdzie dowieść oskarżonemu, że wykazy te były robione jego ręką. Ale nie zmienia to postaci rzeczy, że jest to nawet okoliczność obciążająca, gdyż maluje nam oskarżonego jako przestępcę chytrego i ostrożnego. Że dowody winy datują się już od pięciu lat, że oskarżony zajmował się temi nikczemnemi czynami już wtedy, to jest, na parę tygodni przed pierwszą bitwą wojsk angielskich z Amerykanami. Że wobec tego panowie przysięgli, jako przysięgli lojalni (w co pan prokurator nie wątpi) i jako przysięgli odpowiedzialni (o czem sami wiedzą) muszą uznać winnym Karola Darneya i skończyć z nim, czy chcą nie chcą! Że w przeciwnym razie nigdy żaden z przysięgłych nie będzie mógł spokojnie skłonić głowy na poduszkę. Że w przeciwnym razie żaden z przysięgłych nie może nawet marzyć, by i żona jego mogła skłonić spokojnie głowę na poduszkę, i że w żadnym z nich nie może nawet postać myśl, by także dziecię jego mogło spokojnie położyć główkę na poduszkę — jednem słowem, że nikt nigdy nie mógłby spokojnie położyć głowy na poduszkę, gdyby głowa oskarżonego nie spadła z karku! Tej głowy pan prokurator domaga się od Sądu, w imię wszystkiego, co mu przychodzi na myśl, albo na co padnie jego wzrok! Zapewnia też solennie przysięgłych iż uważa więźnia już za nieżyjącego i umarłego!
Kiedy pan prokurator generalny przestał mówić, w sali rozległ się taki szum, jakby chmura wielkich much opadła na więźnia, przewidując, czem się niebawem stanie. Gdy szmer ten umilkł, na ławie świadków ukazał się nieskazitelny patriota.
Pan rzecznik generalny, idąc za wskazówką przewodniczącego, zaczął badać patrjotę. Nazwisko: John Barsad, gentleman. Historia jego czystej duszy zgadzała się dosłownie z tem co powiedział pan prokurator generalny, a jeżeli można jej było cośkolwiek zarzucić, to właśnie ową zbytnią zgodność. Zrzuciwszy brzemię ze swojej szlachetnej duszy, chciał się już wycofać, gdy gentleman w peruce, siedzący obok pana Lorry, poprosił o pozwolenie zadania mu kilku pytań. Gentleman, siedzący naprzeciw niego, również w peruce, nie przestawał patrzeć w sufit.
Czy gentleman był kiedy szpiegiem? Nie! Żachnął się na to obrażające podejrzenie! Z czego żyje? Ze swojego majątku. A gdzie się znajduje ten majątek? Tego nie może podać dokładnie. Co to za majątek? To nikogo nie obchodzi. Czy go odziedziczył? Tak, odziedziczył. Po kim? Po dalekich krewnych. Bardzo dalekich? Bardzo. Siedział kiedy w wiezieniu? Oczywiście, że nie! Nigdy — nawet za długi? Potem jeszcze raz: Nigdy nie siedział w wiezieniu? Tak. Ile razy? Raz czy dwa? A może pięć lub sześć razy? Może. Zawód? Gentleman. Czy był kiedy spoliczkowany? Może i był. Często? Nie. Zrzucono go kiedy ze schodów? Naturalnie że nie! Trącono go wprawdzie kiedyś na szczycie schodów i zleciał wdół, ale z własnej winy. Czy dostał po twarzy za oszukiwanie przy grze w kości? Coś w tym rodzaju twierdził nędzny łgarz, który go czynnie znieważył, ale to nie prawda. Niech przysięgnie, że to nie prawda?! Owszem. Czy żył kiedy z oszukańczej gry? Nigdy. Czy wogóle żył z gry? Tyle, co inni gentlemani. Czy pożyczał kiedy od podsądnego? Owszem. A zwrócił mu kiedy? Nie. Czy stosunki jego z więźniem były zażyłe czy też gwałtem narzucał mu się w dyliżansach, hotelach, na okręcie? Nie. Czy jest pewny, że widział w rękach podsądnego ów wykaz? Naturalnie! Nie wie nic więcej o tych wykazach? Nie. A może sam je sporządził? Nie. Czy spodziewał się jakichś korzyści ze swego oskarżenia? Nie! Nie przypuszczał też, że dostanie stałą pensję od rządu za prowokację? Ach, nie! Albo też za co innego? Nie. Przysięgnie? Naturalnie! Kierowały nim tylko względy czystego patriotyzmu? Żadne inne!
Szlachetny służący, Roger Clay, przysięgał z wielką wprawą na wszystko o co go pytano. Przed czterema laty w najlepszej wierze objął służbę u podsądnego. Jadąc na okręcie do Calais, zaczepił podsądnego, czy przypadkiem nie poszukuje zręcznego, sprytnego człowieka. Podsądny przyjął go na służbę. Nigdy nie prosił podsądnego, żeby owego sprytnego człowieka przyjął z litości — nigdy mu to nie powstało w głowie! Z czasem zaczął podejrzewać swego pana i miał na niego oko. Czyszcząc ubranie swego pana w podróży, nieraz znajdował w kieszeniach jego dokumenty — bardzo podobne do tych. Te wykazy wyjął z szuflady biurka podsądnego. Nie położył ich tam przedtem. Widział, jak podsądny pokazywał te same wykazy jednemu Francuzowi w Calais, a podobne do tego wykazy innym jegomościom w Calais i Boulogne. Kochał swoją ojczyznę, nie mógł ścierpieć zdrady i zrobił doniesienie. Nigdy nie był podejrzany o ukradzenie srebrnego imbryka. Oczerniono go niesłusznie z powodu naczynia na musztardę, które okazało się posrebrzane. Zna poprzednio przesłuchanego świadka od siedmiu czy ośmiu lat. Jest to prosty zbieg okoliczności. Nie nazwie tego nawet ciekawym zbiegiem okoliczności. Bywają ciekawsze! I nie nazwie tego ciekawym zbiegiem okoliczności, że i nim kierował wyłącznie czysty patriotyzm. Jest prawdziwym Anglikiem, i ma nadzieję, że jest takich więcej!
Muchy zabrzęczały znowu, a pan prokurator generalny wezwał pana Lorry.
„Panie Jarvis Lorry, jest pan urzędnikiem banku Tellsona“
„Tak“.
„Czy w listopadzie roku 1775-go, w piątek, interesy zmusiły pana do odbycia podróży dyliżansem, między Doverem i Londynem?“
„Tak“.
„Czy był pan sam w dyliżansie?“
„Nie. Jechało jeszcze dwóch pasażerów“.
„Czy wysiedli po drodze?“
„Tak“.
„Panie Lorry! Popatrz pan na podsądnego! Czy to jeden z tych dwóch pasażerów?“
„Nie mogę twierdzić, że tak!“
„Czy przypomina którego z tych dwu pasażerów?“
„Obaj byli tak opatuleni, a noc tak ciemna, i wszyscy trzymali się tak zdala od siebie, że i na to nie potrafiłbym odpowiedzieć“.
„Panie Lorry! Proszę się raz jeszcze przyjrzeć podsądnemu! Przypuśćmy, że jest otulony jak tamci dwaj pasażerowie. Czy jest coś w jego postawie i budowie, co nasuwałoby przypuszczenie, że nie mógł być żadnym z tamtych dwóch?“
„Nie!“
„Nie może pan przysiąc, panie Lorry, że to nie był on?“
„Nie“.
„Więc powiada pan, że to mógł być jeden z tych pasażerów?“
„Tak. Z tem zastrzeżeniem, że zauważyłem, iż obaj byli tchórzliwi i zaniepokojeni, jak i ja sam, a podsądny nie wygląda na tchórza“.
„Nigdy nie spotkał się pan z udanem tchórzostwem?“
„Owszem! Nieraz!“
„Panie Lorry! Niech się pan raz jeszcze przyjrzy podsądnemu! Czy widział go już pan w swojem życiu?“
„Widziałem“.
„Kiedy?“
„W parę dni później, kiedy wracałem z Francji. Podsądny wsiadł w Caiais na ten sam okręt, którym jechałem, i odbyliśmy podróż razem“.
„O której godzinie wsiadł na okręt?“
„Truchę po północy“.
„Późną nocą. Czy tylko on wsiadł na okręt o tak spóźnionej porze?“
„Przypadkowo — tylko on“.
„Niech pan nigdy nie mówi przypadkowo, panie Lorry! Więc tylko on jeden wsiadł na okręt o tak późnej porze?“
„Tak“.
„Czy podróżował pan sam, panie Lorry, czy w towarzystwie?“
„W towarzystwie dwóch osób. Mężczyzny i kobiety. Są tu, w tej sali“.
„Są tutaj. Czy rozmawiał pan z podsądnym?4
„Niewiele. Była burza. Podróż jest długa i uciążliwa. Prawie zupełnie nie wstawałem z sofy“.
„Panna Manette!“
Młoda dama, na którą przedtem zwrócone były oczy wszystkich i na którą również teraz patrzyły wszystkie oczy, podniosła się z miejsca. Ojciec wstał również, trzymając ją pod ramię.
„Panno Manette! Proszę spojrzeć na podsądnego!“
Spojrzenie pięknej, młodej dziewczyny, w którem było tyle powagi i współczucia, okazało się dla podsądnego o wiele trudniejsze do zniesienia niż spojrzenie całego tłumu. Stojąc tak, zdala od niej, samotny na progu swego grobu, nie widząc w jej oczach śladu zwykłej ciekawości — nie mógł panować dłużej nad nerwami. Prawa jego ręka zaczęła rozsypane źdźbła trawy układać w fantastyczne klomby kwiatowe w nieistniejących ogrodach. Z wysiłku zapanowania nad drżeniem ust zbielały mu wargi. Wszystka krew odpłynęła mu do serca. Muchy znów brzęczały głośno...
„Panno Manette! Czy widziała pani kiedy podsądnego?“
„Tak, panie“.
„Gdzie?.“
„Na pokładzie statku, o którym przedtem była mowa i w tych samych okolicznościach.
„Pani jest tą młodą damą, o której przedtem wspomniano?“
„Tak, niestety!“
Współczujący ton jej głosu nie znalazł oddźwięku w mało muzykalnym głosie sędziego, który powiedział nieco bardziej surowo:
„Proszę odpowiadać na pytania i nie robić żadnych postronnych uwag“.
„Panno Manette! Czy rozmawiała pani z podsądnym podczas przejazdu przez kanał?“
„Tak, panie!“
„Proszę powtórzyć rozmowę!“
W głębokiej ciszy zabrzmiał jej głos:
„Kiedy ten pan wsiadł na okręt...“
„Chce pani powiedzieć podsądny?“ zapytał sędzia, marszcząc brwi.
„Tak, panie sędzio!“
„Więc proszę mówić podsądny!“
„Kiedy podsądny wsiadł na okręt, zauważył odrazu, że mój ojciec“, mówiła, patrząc z miłością na stojącego obok niej ojca, „jest bardzo zmęczony i chory. Ojciec mój był tak wyczerpany, że bałam się wziąć go do kajuty, ustawiłam więc łóżko na pokładzie, przy schodkach do kabiny, i usiadłam, by czuwać nad nim. Oprócz nas czworga nikt inny nie jechał tej nocy. Podsądny był tak uprzejmy, że zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy pozwolę ułożyć ojca tak, by mu wiatr mniej dokuczał? Nie wiedziałam jak to zrobić i jak się wiatr odwróci, kiedy wypłyniemy z portu... więc pomógł mi. Okazywał wiele życzliwości i uprzejmości względem mego ojca... wiem, że był szczery. Tak zaczęła się nasza rozmowa“.
„Pani pozwoli, że jej przerwę. Czy wsiadł sam na okręt?“
„Nie“.
„Kto z nim był?“
„Dwóch Francuzów“.
„Czy rozmawiali ze sobą?“
„Rozmawiali ze sobą do ostatniej chwili, to jest do chwili, kiedy Francuzi musieli już wsiąść do swojej łodzi“.
„Czy wymieniali ze sobą jakieś papiery podobne do tych wykazów?“
„Wymieniali jakieś papiery, ale nie wiem, jakie“.
„Podobne do tych z wyglądu i formatu?“
„Możliwe. Ale tego, naprawdę, nie wiem, chociaż stali blisko mnie i szeptali. Stali przy schodach, bo tam paliła się latarnia. Lampa paliła się ciemno, panowie rozmawiali cicho, więc nie słyszałam, co mówili; widziałam tylko, że przeglądali jakieś papiery“.
„A o czem rozmawiała pani z podsądnym, panno Manette?“
„Wiezień mówił ze mną równie szczerze i życzliwie (co wynikało z mojej ciężkiej sytuacji), jak był uprzejmy, dobry i pomocny dla mego ojca. Mam nadzieję“, tu rozpłakała się, „że nie zrobię mu krzywdy mojem dzisiejszem zeznaniem!“
Znowu zabrzęczały muchy...
„Panno Manette! Jeżeli podsądny nie rozumie jasno, że obowiązkiem pani jest dać świadectwo prawdzie, że pani musi je dać, że pani nie może go nie dać — choćby czyniła to pani bardzo niechętnie — to jest między nami jedynym wyjątkiem! Proszę, niech pani mówi dalej“.
„Powiedział mi, że podróżuje w sprawach delikatnej i trudnej natury, że sprawy te mogłyby narazić innych na przykrości i że dlatego podróżuje pod przybranem nazwiskiem. Powiedział, że z racji tych spraw musiał parę dni zabawić we Francji i że w przeszłości będzie zmuszony odbywać częste podróże między Anglią i Francją. I że to potrwa dłuższy czas“.
„Czy wspominał co o Ameryce, panno Manette? Proszę, niech pani odpowie na to szczegółowo“.
„Starał się wytłumaczyć mi, co spowodowało nieporozumienie, i dodał, że o ile on może sądzić, był to zły i głupi czyn ze strony Anglii. Dodał żartem, że może Jerzy Waszyngton stanie się w historji równie sławny jak Jerzy Trzeci. Ale w tem co mówił nie było nic złośliwego: mówił żartobliwie, dla skrócenia czasu“.
Każdy bardziej wyrazisty grymas twarzy aktora w jakiejś szczególnie interesującej scenie, którą śledzą oczy wszystkich, widzowie naśladują nieświadomie. Gdy panna Manette składała swoje zeznania, na twarzy jej odbijał się bolesny lęk — ten sam wyraz miała, gdy przestawała mówić, czekając, aż sędzia zapisze jej słowa. Wyraz twarzy panny Manette znajdował odźwierciadlenie na wszystkich twarzach w rozmaitych kątach sali sądowej. Nagle sędzia oderwał głowę od papierów i spojrzał na tę, z której ust padła ta straszliwa herezja o Jerzym Waszyngtonie.
Pan prokurator generalny dał znak przewodniczącemu, że uważa za potrzebne zarówno ze względów formalnych jak i dla prostej przezorności, przesłuchać ojca młodej damy, doktora Manette. Wezwano go natychmiast.
„Panie doktorze Manette! Niech pan spojrzy na podsądnego. Widział go pan już przedtem?“
„Raz jeden. U mnie w mieszkaniu. Trzy lata — a może trzy i pół roku temu“.
„Czy może pan stwierdzić jego tożsamość jako towarzysza podróży na okręcie? A może powie nam pan, o czem rozmawiał z pańską córką?“
„Nie mogę uczynić ani jednego ani drugiego“.
„Czy ma pan po temu jakieś specjalne powody?“
Odpowiedział cichym głosem: „Mam“.
„Czy to panu zdarzyło się to nieszczęście, że długo więziono pana w jego ojczyźnie, i to bez aktu oskarżenia i bez badania nawet?“
Szepnął głosem, który poruszył wszystkie serca:
„Tak... byłem więziony długo“.
„Czy było to niedługo po uwolnieniu pana z więzienia?“
„Podobno“.
„Nie przypomina pan sobie tej okoliczności?“
„Zupełnie. Mam w mózgu jakąś lukę, która obejmuje czas — nie potrafię nawet określić, jak długo trwał ten czas — od chwili, kiedy w więzieniu zajmowałem się szyciem butów, do chwili, w której znalazłem się w Londynie, przy boku mojej ukochanej córki. Stała mi się bliska, kiedy Bóg w swej łaskawości pozwolił mi odzyskać wszystkie władze umysłowe. Ale nie potrafiłbym nawet powiedzieć, w jaki sposób nastąpiło między nami to zbliżenie. Nie pamiętam, jak się to stało“.
Pan prokurator generalny usiadł, a ojciec i córka usiedli również.
Teraz nastąpiło dziwne zdarzenie. Szło o to, by wykazać, że podsądny przed pięciu laty jechał z drugim zaprzysiężonym sprzymierzeńcem pewnej nocy listopadowej, w piątek, dyliżansem doverskim, że wsiadł na jakimś postoju, że nie został jednak w tem miejscu, lecz wrócił z jakie dwanaście mil lub więcej, do garnizonu i warsztatów okrętowych, gdzie zebrał potrzebne mu informacje. Wezwano świadka, który miał stwierdzić, że o tej a o tej porze podsądny czekał na kogoś w kawiarni, w owem miasteczku, w którem stał garnizon i mieściły się warsztaty okrętowe. Obrońca więźnia zadawał świadkowi krzyżowe pytania, a gdy to do niczego nie doprowadziło, gdyż świadek upierał się, że nigdy pozatem nie widział podsądnego, jegomość w peruce, przez cały czas uparcie patrzący w sufit sali sądowej, napisał parę słów na kartce papieru i wręczył ją obrońcy. Przeczytawszy kartkę, obrońca uważnie i badawczo przyjrzał się podsądnemu.
„Więc twierdzi pan z całą pewnością że to był podsądny?“
Świadek nie miał żadnej wątpliwości.
„Czy widział pan kiedy kogoś podobnego do podsądnego?“
„Ale nie tak, bym się mógł omylić i wziąć jednego za drugiego“.
„W takim razie niech pan spojrzy na mego uczonego przyjaciela, tamtego oto gentlemana“, powiedział adwokat, wskazując na jegomościa, który podał mu kartkę. „A potem na podsądnego. I cóż pan na to? Podobni, co?“
Pomijając, że mój uczony przyjaciel pozwolił sobie na wyraz twarzy zuchwały i obojętny, podobieństwo było rzeczywiście tak wielkie, iż ździwiło nietylko świadka, ale i wszystkich obecnych, gdy spojrzeli na tych dwu ludzi, stojących obok siebie! Kiedy poproszono przewodniczącego, by kazał memu uczonemu przyjacielowi zdjąć perukę (co przewodniczący zrobił bardzo niechętnie), podobieństwo jeszcze bardziej rzuciło się w oczy. Przewodniczący zapytał pana Stryvera (obrońcę podsądnego) czy wobec tak wielkiego podobieństwa nie należałoby i panu Carton (tak się nazywał mój uczony przyjaciel) wytoczyć sprawy o zdradę stanu? Ale pan Stryver odpowiedział przewodniczącemu, że nie. Że pozwoli sobie jednak zwrócić uwagę świadkowi, że to, co się zdarzyło raz, mogło się zdarzyć i dwa razy. Czy byłby tak samo pewny siebie, gdyby przedtem był widział, i t. d. Skutek był taki, że świadek został poprostu unicestwiony a jego rola w sprawie spadła do zera.
Podczas składania tych zeznań pan Cruncher mógł się dosyta najeść, z takiem przejęciem zlizywał rdzę z palców. Słuchał teraz, jak pan Stryver nicował przed sądem sprawę podsądnego, — niczem stare ubranie. Dowodził że patrjota Barsad był płatnym szpiegiem, zdrajcą, bezwstydnym łgarzem, który nie drgnie na widok krwi, jednym z największych łotrów od czasów Judasza — do którego zresztą bardzo jest podobny. Że szlachetny służący, Cly, był jego przyjacielem i wspólnikiem — czemu nie należy się zbytnio dziwić; że podstępne oczy tych dwu zdrajców i krzywoprzysięzców zatrzymały się na podsądnym, że wybrali go sobie na ofiarę, ponieważ interesy familijne zmuszały go do częstych podróży do Francji, przez kanał, jako że był z pochodzenia Francuzem. Że tych interesów i spraw, nie można ujawnić ze względu na bliskie i drogie sercu podsądnego osoby — nawet za cenę życia. Że zeznania, wymuszone siłą na młodej damie, a składane przez nią z taką przykrością, czego wszyscy byli świadkami, nie zawierają niczego, z wyjątkiem zwykłych grzeczności i uprzejmości, wymienianych przez młodą damę i młodego gentlemana, których los zetknął ze sobą — z wyjątkiem oczywiście owego powiedzenia o Jerzym Waszyngtonie, które brzmi tak dziwacznie i nieprawdopodobnie, że raczej uważać je trzeba za nieco za daleko posunięty i niesmaczny żart. Że ze strony rządu byłaby to karygodna słabość, gdyby zabiegał o popularność zapomocą popierania najniższych uczuć i obaw ludu, i że wobec tego rola pana prokurator generalnego się skończyła. Że przeciw podsądnemu przemawiają jedynie zeznania o podłym i nikczemny charakterze, zbyt często figurujące w tego rodzaju procesach, a składane przez płatnych świadków, których pełno kręci się po sądach. Ale w tem miejscu przerwał mu przewodniczący (z miną tak uroczystą, jakby to, co oświadczył pan Stryver, nie było prawdą), mówiąc, że, jako członek wysokiego trybunału, nie może słuchać podobnych aluzyj.
Następnie pan Stryver wezwał kilku swoich świadków, poczem pan Cruncher wysłuchał, jak pan prokurator generalny przenicował podszewką do góry to wszystko, co powiedział pan Stryyer. Dowodził, że Barsad i Cly są sto razy lepsi, niż początkowo przypuszczał, podsądny zaś sto razy gorszy. Następnie zabrał głos sam pan przewodniczący, nicując cały materiał sprawy na tę i na ową stronę, ale w taki sposób, aby nadał się na całun dla podsądnego.
Teraz sąd zaczął się naradzać a wielkie, błękitne muchy znów zabrzęczały.
Pan Carton, który tak długo siedział z wzrokiem wlepionym w sufit, i teraz, pomimo ogólnego ożywienia, nie zmienił swego miejsca ani położenia. Podczas gdy jego uczony przyjaciel, pan Stryver, przewracał papiery, szeptał z tymi, którzy siedzieli opodal, i od czasu do czasu niespokojnie patrzył na sędziów, gdy wszyscy widzowie poruszyli się ze swych miejsc i poczęli zbierać się w gromadki, i gdy sam pan przewodniczący spokojnie powstał ze swego miejsca i rozpoczął przechadzkę po podium, budząc w widzach podejrzenie, że czyni to gorączkowo — tylko ten jeden człowiek siedział z odrzuconą z ramion togą, z peruką przekręconą na bakier, z rękoma w kieszeni, ze wzrokiem wbitym w sufit, z którego przez cały dzień nie spuszczał oka. W zachowaniu jego było coś nieskończenie niedbałego, co nietylko nadawało mu gminny wyraz, ale zmniejszało bijące w oczy podobieństwo z więźniem (tak wyraźne, gdy przyjął wyraz powagi), a wielu patrzących, spoglądając teraz na niego, szeptało do siebie, że właściwie podobieństwo jest bardzo nieznaczne. Pan Cruncher rzucił tę uwagę swemu najbliższemu sąsiadowi i dodał: „Założę się o gwineję, że nie ma nic wspólnego z prawem. Nie wygląda na takiego, któremuby powierzano jakieś sprawy“.
Pan Carton interesował się o wiele więcej szczegółami sceny, która się teraz odbywała, niż się pozornie mogło wydawać. Bo kiedy panna Manette oparła głowę na piersiach ojca, on spostrzegł to pierwszy i powiedział głośno: „Panie oficerze! Spojrzyjno pan na tę młodą damę! Pomóż pan gentlemanowi wyprowadzić ją! Nie widzi pan, że mdleje!“
Gdy pannę Manette wyniesiono, nie szczędzono jej wyrazów współczucia i nie ukrywano sympatji dla jej ojca. Musiało to być dla niego ciężkie przejście, to przypomnienie jego własnego uwięzienia! Gdy sędzia badał go, pan Manette zdradzał silne podniecenie, a wyraz ponurego skupienia nie opuszczał od tego czasu jego twarzy. Gdy starzec wyszedł, przysięgli, którzy odwrócili się i przeczekali chwilę, zaapelowali do sali przez starszego woźnego.
Nie mogli się pogodzić i postanowili udać się na naradę. Przewodniczący (może wciąż jeszcze nie mógł zapomnieć Jerzego Waszyngtona) okazał lekkie zdumienie, że nie mogą pogodzić się, ale uspokojony, że wychodzą pod eskortą i strażą, wyszedł również. Sprawa ciągnęła się cały dzień. W sali sądowej zapalono lampy. Szeptano sobie, że narada potrwa długo. Widzowie poszli więc posilić się a więzień cofnął się i usiadł na ławie oskarżonych.
Pan Lorry, który wyszedł poprzednio z panną Manette i jej ojcem, wrócił do sali i skinął na Jerry. Wobec zmniejszonego zainteresowania wśród publiczności, Jerry z łatwością docisnął się do niego.
„Jeżeli chcecie coś przekąsić, Jerry, to możecie iść. Ale trzymajcie się w pobliżu. Uważajcie czy nie nadchodzą przysięgli. Wejdźcie zaraz po nich, bo chciałbym, żebyście wiadomość o wyroku natychmiast zanieśli do banku. Jesteście najszybszym gońcem, jakiego znam, i będziecie w banku o wiele prędzej niż ja“.
Jerry miał dość szerokie czoło, by je swobodnie zmarszczyć, zmarszczył je więc na dowód, że zrozumiał polecenie poparte szylingiem. W tej chwili zbliżył się pan Carton i dotknął ramienia pana Lorry.
„Jak się ma młoda dama?“
„Jest bardzo wzruszona. Ale ojciec jest przy niej i powoli się uspakaja. Czuje się o wiele lepiej od chwili, gdy wyszła z sali sądowej“.
„Powtórzę to więźniowi. Bo nie wypada, żeby tak przyzwoicie wyglądający gentleman, jak pan, rozmawiał z nim publicznie“.
Pan Lorry zaczerwienił się, bo był świadom, iż nad tym skrupułem zastanawiał się w duchu, a pan Carton ruszył ku ławie oskarżonych. Drzwi wyjściowe znajdowały się w tym samym kierunku, pan Cruncher poszedł więc za nim, cały zamieniwszy się w słuch.
„Panie Darnay!“
Więzień wystąpił.
„Chciałby się pan, oczywiście, dowiedzieć czegoś o świadku, pannie Manette. Jest jej lepiej. Widział ją pan w chwili największego rozdrażnienia“.
„Bardzo mi przykro, że byłem tego przyczyną. Czy mógłby jej pan to powiedzieć, razem z mojem serdecznem podziękowaniem?
„Owszem, mogę. Powiem jej, jeżeli pan sobie tego życzy“.
Maniery pana Cartona były tak niedbałe, że można je było nazwać nonszalanckiemi. Stał zwrócony bokiem do więźnia, z łokciami opartemi o barjerę.
„Bardzo o to proszę. I serdecznie zgóry dziękuję panu!“
„Czego“, zwrócił się Carton do Darnay’a, „oczekuje pan?“
„Wszystkiego, co najgorsze“.
„To najmądrzejsza rzecz, jaka pan może zrobić, i, niestety najbardziej prawdopodobna. Ale mam wrażenie, że to, iż udali się na naradę, jest już pewnego rodzaju nadzieją“.
Ponieważ zatrzymywanie się w przejściu było surowo wzbronione, Jerry nie słyszał nic ponadto. Odszedł więc, pozostawiając ich obu, tak podobnych z twarzy, a tak różnych zachowaniem, odbitych w lustrze zawieszonem nad nimi.
Półtorej godziny wlekło się długo w tłumie złodziei i bandytów, chociaż starano się skrócić czas zimną baraniną i piwem. Pożywiwszy się, jak inni, Jerry przysiadł niewygodnie na schodach i zdrzemnął się, gdy wtem wrzaskliwy tłum, pędzący na górę, do sali sądowej, porwał go ze sobą.
„Jerry! Jerry!“ zawołał pan Lorry w chwili, kiedy goniec stanął w drzwiach sali.
„Jestem, proszę pana! Tu się trzeba formalnie bić, by dostać się na górę! Jestem, proszę pana!“
Pan Lorry podał mu poprzez morze głów jakiś papier.
„Prędko! Złapałeś?“
„Tak, proszę pana!“
Na papierze napisano w pośpiechu jeden tylko wyraz:
„Uwolniony!“
„Gdybyś napisał zwrócony życiu“, mruczał Jerry, „to tym razem wiedziałbym, co to znaczy!“
Nie miał sposobności, by powiedzieć lub pomyśleć coś więcej, aż wydostał się z Old Bailey. Tłum bowiem wysypał się z sali z taką gwałtownością, że zbito go niemal z nóg. Na ulicy szumiało i brzęczało, jakby roje wielkich much rozpierzchły się w poszukiwaniu nowej padliny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.