Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział czwarty.
Gratulacje.

Resztki osadu tego kotła ludzkiego, który wrzał od samego ranka, odpłynęły z ponurych korytarzy. Doktór Manette, panna Łucja Manette, jego córka, pan Lorry i obrońca podsądnego, pan Stryver, otoczyli Karola Darnay, świeżo uwolnionego, winszując mu, że uszedł śmierci.
Nawet przy silniejszem oświetleniu trudnoby było w panu doktorze Manette, człowieku o tak inteligentnej twarzy i wytwornem obejściu, poznać szewca z paryskiego poddasza. Ale, kto raz spojrzał na pana Manette, mimowoli spojrzał i drugi: choćby nawet nie miał sposobności usłyszeć jego zmęczonego głosu ani dojrzeć chmury melancholii, bez żadnego powodu występującej od czasu do czasu na jego obliczu. Jedna okoliczność stale wywoływała tę chmurę z głębin jego duszy — a mianowicie przypomnienie dawnych cierpień, jak naprzykład na tym procesie. Ale chmura ta posiadała również zdolność zjawiania się bez powodu i na tych, którzy znali historję doktora, robiła wrażenie takie, jakby letnie słońce rzucało na jego twarz cień Bastylji, chociaż Bastylja odległa była o trzysta mil.
Jedna tylko córka posiadała cudowną moc odgarniania bolesnej zadumy z jego czoła. Była ona tą złotą nicią, która łączyła przeszłość, poprzedzającą jego nieszczęścia, z teraźniejszością, równie daleką od jego nieszczęść: dźwięk jej głosu, błysk jej twarzy, dotknięcie jej ręki posiadało na niego zbawienny wpływ. Niezawsze jednak: Łucja pamiętała chwile, kiedy ta moc ją zawiodła. Ale chwile te były rzadkie i nie pozostawiały śladu w jej pamięci.
Pan Darney gorąco i serdecznie ucałował rękę Łucji, potem zwrócił się z podziękowaniem do pana Stryvera. Pan Stryver, człowiek liczący niewiele ponad trzydziestkę, ale wyglądający przynajmniej o dwadzieścia lat starzej, wielki, tęgi, czerwony, grubijański i wyzuty z wszelkiej delikatności i nieśmiałości, wpychał się łokciami (w znaczeniu fizycznem i moralnem) do rozmów i towarzystw, mogących mu się przydać w tem przepychaniu się przez życie.
Nie zdążył jeszcze zdjąć peruki i togi, a już przepychał się do swego klijenta tak gwałtownie, że wkońcu wypchnął Bogu ducha winnego pana Lorry z grupy otaczającej Karola Darnay.
„Rad jestem, że wyciągnąłem pana z honorem z tej sprawy. Oskarżenie było nikczemne, dosłownie nikczemne, ale właśnie dlatego mogło być niebezpieczne“.
„Zobowiązał mię pan całem życiem — w podwójnem tego słowa znaczeniu“, powiedział Darnay, ściskając mu dłoń.
„Zrobiłem, co mogłem, panie Darnay. To znaczy, nie mniej od każdego innego“.
Ponieważ wypadało, żeby ktoś powiedział: „Znacznie więcej“, więc powiedział to pan Lorry. Może nie zupełnie bezinteresownie, a w nadziei, że się wepchnie z powrotem na swoje miejsce.
„Tak pan sądzi?“ zapytał pan Stryver. „No, był pan na sali przez cały czas, więc musiał pan słyszeć. Pan zresztą jest też człowiekiem interesu“.
„I jako taki“, powiedział pan Lorry, którego adwokat wepchnął teraz do kółka rozmawiających, jak poprzednio wypchnął go z tej grupy, „jako taki zwracam się do pana Manette, by przerwał tę rozmowę i kazał się nam wszystkim rozejść do domów. Panna Łucja wygląda źle, pan Darnay przeżył straszliwy dzień, wszyscy jesteśmy zupełnie wyczerpani!“
„Niech pan mówi za siebie, panie Lorry“, zawołał pan Stryver. „Ja mam przed sobą całonocną pracę“.
„Mówię za siebie“, odrzekł pan Lorry, „i za pana Darnay, i za pannę Łucję, i — panno Łucjo! Czy nie uważa pani, że mówię za nas wszystkich?“ zapytał z naciskiem, wskazując wzrokiem na doktora Manette.
Twarz pana Manette była dziwnie nieruchoma, gdy badawczo przyglądał się Karolowi Darnay: w jego spojrzeniu czytałeś niechęć, nieufność, prawie lęk. Widać było, że myśli doktora błądziły gdzieś daleko.
„Ojcze...“ powiedziała panna Manette, dotykając ręką jego ramienia.
Spędził chmurę z czoła i odwrócił się do niej.
„Może wrócimy do domu, ojcze?“
Z głębokiem westchnieniem odpowiedział:
„Dobrze...“
Przyjaciele uniewinnionego rozeszli się pod wrażeniem — które on sam w nich wpoił — że dzisiaj jeszcze go nie uwolnią. W korytarzu zgaszono prawie wszystkie światła, żelazne wrota zamknięto z hukiem i chrzęstem, a posępne miejsce opustoszało do następnego rana, kiedy szubienica, pręgierz, rozpalone żelazo i obcęgi znów wzbudzą zainteresowanie i przyciągną tu tłum. Idąc między ojcem i panem Darnay, Łucja Manette wyszła na powietrze. Podjechała karetka i ojciec i córka odjechali.
Pan Stryver pożegnał się z nimi jeszcze w korytarzu i wrócił do sali po jakieś dokumenty. Natenczas z cienia wyłoniła się inna postać — człowieka, który do tej chwili trzymał się zdaleka i nie brał udziału w rozmowie. Przyciśnięty do muru w najciemniejszym kącie korytarza, teraz oderwał się nagle i patrzył za odjeżdżającymi. Po chwili zbliżył się do pana Lorry i pana Darnay.
„A więc, panie Lorry, teraz kolej na ludzi interesu porozmawiać z panem Darnay?“
Nikt nie wspomniał o roli, jaką pan Carton odegrał w tym procesie, nikt nie zdawał sobie z niej sprawy. Pan Carton zrzucił togę, co mu nie wyszło na korzyść.
„Gdyby pan wiedział, jakie konflikty rodzą się w duszy człowieka interesu, kiedy myśli jego wahają się między dobrym interesem a uczuciem, śmiałby się pan z tego, panie Darnay“.
Pan Lorry poczerwieniał i powiedział gorąco:
„Już przedtem wspominał pan o tem. My, ludzie interesu, będący na usługach Domu, nie jesteśmy panami siebie. Musimy myśleć o banku więcej niż o sobie“.
Wiem, wiem“, niedbale powiedział pan Carton. „Niech pan nie bierze sobie moich słów do serca, panie Lorry. Jest pan taki dobry, jak inni, nawet pewnie lepszy“.
„Doprawdy, mój panie“, powiedział pan Lorry, wcale nie obrażony, „nie wiem, co to pana obchodzi. Pozwoli pan sobie powiedzieć — jestem od pana tyle starszy — że nie rozumiem, co ma pan wspólnego z memi interesami!“
„Z interesami!“ zawołał Carton. „Ależ, mój panie, ja nie mam żadnych interesów“.
„Szkoda“.
„I ja tak myślę“.
„Gdyby miał pan interesy“, rzekł pan Lorry, „możeby ich pan pilnował!“
„Niech Bóg ma pana w swojej opiece, ale myślę, że nie“, odrzekł pan Carton.
„A więc, mój panie“, powiedział pan Lorry, zirytowany jego obojętnością, „wiedz pan, że interes to rzecz pożyteczna i godna szacunku. A jeżeli interes wymaga czasami przemilczenia, dyskrecji, powściągliwości, to pan Darnay, młodzieniec szlachetnego serca, rozumie, że są po temu ważne powody. Dobranoc, panie Darnay. Niech Bóg ma pana w swej opiece! Mam nadzieję, że został pan przy życiu dlatego, by być szczęśliwy i bogaty. Lektyka!“
Może trochę zirytowany na siebie i na młodego adwokata, pan Lorry wtłoczył się do lektyki i kazał się nieść do banku. Carton, który pachniał portweinem i nie robił wrażenia człowieka zupełnie trzeźwego, roześmiał się i zwrócił do Darnaya:
„Dziwnie to, że los zetknął nas ze sobą! Dziwnie musi być panu, stać tak na bruku ulicznym w nocy, ze swoim sobowtórem“.
„Wciąż jeszcze nie zdaje mi się, że należę do tego świata“, odparł Karol Darnay.
„Wcale się panu nie dziwię. Do niedawna był pan jedną nogą na tamtym! Głos ma pan omdlewający...“
„Zaczynam obawiać się, że wogóle zemdleję...“
„Więc dlaczego u djabła nie zje pan obiadu? Ja się najadłem podczas gdy te bałwany deliberowały, do jakiego świata powinien pan należeć! Do tego czy do tamtego! Pozwoli pan, że mu pokażę najbliższą oberżę, gdzie można będzie zjeść dobry obiad“.
I ująwszy pod ramię Karola Darnay, zaprowadził go wdół Ludgate Hill i Fleet Street, poprzez tłum, do oberży. Wskazano im mały pokoik. Karol Darnay szybko odzyskał siły po smacznym obiedzie i doskonałem winie. Carton usiadł naprzeciw niego przy tym samym stole, mając przed sobą oddzielną flaszkę porto, na twarzy zaś ów nonszalancki wyraz.
„A teraz czuje się już pan przynależnym do ziemskiej sfery?“ zapytał.
„Strasznie to dziwne, czuć się znowu w przestrzeni i czasie. Ale mam taki zawrót głowy, że z trudem zdaję sobie z tego sprawę“.
„Musi to być olbrzymia przyjemność“.
Powiedział to z goryczą i napełnił znowu szklankę — bardzo wielką.
„Co do mnie, to najgorętszem mojem pragnieniem jest móc zapomnieć, że należę do tego świata. Świat nie ma dla mnie nic dobrego — z wyjątkiem wina — ani ja nie mam dla niego nic dobrego! Więc w gruncie rzeczy nie jesteśmy tak bardzo do siebie podobni. Słowo daję! Zaczynam podejrzewać, że wogóle nie jesteśmy do siebie podobni. Pan i ja!“
Zmęczony wrażeniami dnia, Darnay miał chwilami uczucie, że ta sjesta z sobowtórem, tak nieokrzesanym, jest raczej snem. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, więc nie odpowiedział nic.
„Teraz, kiedy jest pan już po obiedzie“, powiedział nagle Carton, „dlaczego nie pije pan zdrowia? Dlaczego nie wnosi pan toastu, panie Darnay?“
„Jakiego zdrowia? Jakiego toastu?“
„Ma pan to imię na końcu języka. W każdym razie powinien je pan mieć. Musi je pan mieć!“
„Więc zdrowie panny Manette!“
„Więc zdrowie panny Manette!“
Pijąc toast, Carton patrzył swemu towarzyszowi prosto w twarz. Wychyliwszy szklankę do dna, rzucił ją za siebie o ścianę, aż rozprysła się w kawałki. Poczem zadzwonił i zażądał innej szklanki.
„To ładna panna, panie Darnay! Musi być przyjemnie pomagać takiej wsiąść do karety! Zwłaszcza, gdy jest ciemno“, dodał, napełniając szklankę.
Lekkie zmarszczenie czoła i lakoniczne:
„Tak...“
„Ładna panna! To miła rzecz być przez nią opłakiwanym i żałowanym! Coby się wtenczas czuło? Warto narazić życie, żeby stać się przedmiotem jej litości i współczucia, prawda, panie Darnay?“
Darnay znowu nie odpowiedział.
„Ucieszyła się niezmiernie, gdy powtórzyłem jej pańskie zlecenie. Nie okazała, że się cieszy, ale przypuszczam, że się musiała ucieszyć“.
Powiedzenie to przypomniało Karolowi Darnay, że ten nieprzyjemny towarzysz z własnej woli oddał mu ważną przysługę. Skierował rozmowę na ten temat i zaczął serdecznie dziękować.
„Nie potrzebuję podziękowań ani nie zasługuję na nie“, brzmiała niedbała odpowiedź. „Po pierwsze, nic nie zrobiłem. A po drugie — nie wiem, pocom to zrobił? Pozwoli pan, panie Darnay, że zadam panu jedno pytanie?“
„Chętnie! Niech choć w ten sposób odwdzięczę się panu za pańską przysługę“.
„Jak się panu zdaje, czy mam dla pana specjalną sympatię?“
„Doprawdy, panie Carton“, odrzekł Darnay niemile dotknięty. „Nie zadawałem sobie jeszcze tego pytania“.
„Więc niech je pan sobie zada teraz“.
„Postąpił pan tak, jakby miał pan do mnie sympatję. Ale sądzę, że jest przeciwnie“.
„I ja tak sądzę“, odrzekł Carton. „Zaczynam mieć wysokie pojęcie o pańskiej inteligencji“.
„Niemniej jednak“, ciągnął Darnay, biorąc za dzwonek, „nie przeszkodzi to nam rozstać się w najlepszej zgodzie, jak również temu, żebym zażądał rachunku?“
„Ależ naturalnie! Nigdy w życiu!“ zawołał Carton. Darnay zadzwonił. „Płaci pan cały rachunek?“ a gdy Darnay skinął potakująco, „więc proszę o jeszcze jedną flaszkę! I zbudźcie mię o dziesiątej!“
Po zapłaceniu rachunku, Karol Darnay wstały życząc Cartonowi dobrej nocy. Nie odpowiadając mu tem samem, Carton wstał również i spojrzał na Darnaya z wyrazem twarzy, w którym była pogróżka i nieufność:
„Ostatnie słowo, panie Darnay! Myśli pan, że jestem pijany?“
„Myślę, że pan pił, panie Carton!“
„Myśli pan? Przecież pan wie, że piłem!“
„Jeżeli chce pan koniecznie — więc wiem!“
„Więc musi się pan dowiedzieć dlaczego piłem. Jestem człowiekiem zjedzonym pracą, samotnym, rozczarowanym... Nie dbam o nikogo na świecie i nikt nie dba o mnie“.
„To smutne... Mógł pan lepiej użyć swoich talentów!“
„Może tak, panie Darnay, a może i nie. Ale niech się pan nie szczyci i nie wywyższa tem, że jest pan trzeźwy; niewiadomo, co czeka pana w życiu. Dobranoc!“
Zostawszy sam, wziął lichtarz, podszedł do lustra i jakiś czas przyglądał się sobie badawczo.
„Lubisz tego człowieka?“ zapytał swe odbicie. „Dlaczego miałbyś specjalnie lubić jego sobowtóra? Nie masz w sobie nic, coby można polubić. Wiesz o tem dobrze! Żeby cię wszyscy djabli! Coś ty ze sobą zrobił?! Też powód przyczepić się do człowieka po to, by ci przypomniał, jak nisko upadłeś, a czem mogłeś być! Zamień się z nim na miejsce! Czy te błękitne oczy patrzyłyby na ciebie tak, jak patrzyły na niego, czy okazanoby ci tyle litości, co jemu? Powiedz jasno! Przyznaj się Nienawidzisz tego człowieka!“
Dla pocieszenia wrócił do swej flaszki wina, wychylił ją jednym haustem i zasnął, oparłszy się na rękach, z włosami rozrzuconemi na stole, z płomieniem świecy, migocącym mu nad głową.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.