Oliwer Twist/Tom II/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.

Monks i Brownlow schodzą się nakoniec. Ich rozmowa, którą wiadomość ciekawa przerywa.

Już zmrok wieczorny zapadł, kiedy Brownlow z doróżki wysiadł, do swego mieszkania się zbliżył i lekko do drzwi zapukał.
Gdy się drzwi otworzyły, człowiek silny, barczysty wysiadł z niéj i stanął z jednéj strony drzwiczek od powozu, a drugi zesiadł tymczasem z kozła i stanął po drugiéj stronie. Na znak dany pana Brownlow wysadzili z powozu trzeciego mężczyznę, wzięli go pomiędzy siebie i wpadli z nim do domu.
Tym mężczyzną był Monks.
Nierzekłszy ani słowa przeprowadzili go na tenże sam sposób przez sień i schody do góry, a Brownlow, który szedł naprzód, zaprowadził ich do izby tylniéj.
Monks, który przez cały czas prowadzącym go ludziom się opierał, zatrzymał się przy tych drzwiach i daléj iść niechciał. Owi dwaj ludzie spojrzeli na pana Brownlow, oczekując od niego dalszych rozkazów.
— On wie dobrze, co go czeka, — rzekł wtedy Brownlow. — Jeżeli się bynajmniéj sprzeciwiać lub też z rąk się wam wydzierać będzie, to sobie z nim wiele trudu niezadawajcie; wyprowadźcie go na ulicę, przywołajcie policyję w pomoc, i każcie go w mojém imieniu do więzienia wsadzić, jako oszusta i zbrodniarza.
— Jak mię śmiesz tak nazywać, mój panie? — zapytał Monks.
— Jak mię śmiesz do tego kroku ostatecznego zmuszać, mój młody człowieku? — odparł Brownlow, spoglądając na niego surowo i poważnie. — Jeżeli chcesz być tak szalonym i ztąd się oddalić:.... a zatém puszczajcie go. Tak! jesteś teraz wolnym mój panie;.... możesz sobie iść, a my pójdziemy za tobą. Ale ja cię zawczasu ostrzegam i przysięgam na wszystko, co mi jest najmilsze i najświętsze, iż, jeżeli nogą próg tego domu przekroczyć i na ulicę wyjść się ośmielisz, natychmiast cię schwytać i jako o oszustwo, złodziejstwo i rozbój oskarżonego, przed sąd stawić każę. Moje postanowienie jest niezmienne i niczém niewzruszone. Jeżeli i ty niemniéj stałe masz przedsięwzięcie, więc krew twoja niechaj na twoję własnę głowę spadnie!
— Jakiém prawem schwytano mię na ulicy, i przywiedziono tutaj przez tych psów przeklętych?
Zapytał Monks, spoglądając z wściekłością to na jednego, to na drugiego z tych ludzi, pomiędzy któremi stał.
— Za mojém roskazem i prawem, — odpowiedział Brownlow. — Przewinienie tych osób zastąpię, jeżeli by potrzeba tego wypadła. Jeżeli się na utratę wolności twojéj użalasz, .... miałeś podrodze dosyć sposobności pomyślnéj przemocą sobie ją odzyskać;...... zdaje się jednak, żeś za rzecz roztropniejszą uważał, spokojnie się zachowywać...... Jeszcze raz ci powtarzam, jeżeli myślisz że ci krzywdę wyrządzono, że się do praw odwołać możesz,..... więc to uczyń, mój młody człowieku. Ale i ja pomocy i opieki praw wezwę;.... a jeźli rzecz całą tak daleko posuniesz, że się potém żadną miarą cofnąć nie będzie można, to mię wtedy o surowość nieobwiniaj, gdy władza cała w inne ręce przejdzie, i niemów, żem cię ja w tę przepaść wtrącił, w którą się sam dobrowolnie rzucasz.
Monks stracił wszelką odwagę, a pewna niespokojność przytém go jeszcze dręczyć zaczęła. Stałość jego się zachwiała.
— Zastanów się żywo i powiedz mi jak najprędzéj, co stanowczo czynić zamyślasz, — rzekł Brownlow z największą spokojnością i stałością. — Jeżeli sobie życzysz, abym skargę moję w ręce sądu złożył, a zatém i na wszelkie skutki ztąd wynikające cię naraził, to jest na karę, któréj wielkości nawet mi oznaczyć nie jest podobna, lubo ją serce moje z odrazą i zgrozą przewiduje, a więc droga ci wolna, ty wiesz sam, co ci czynić wypada. Jeżeli zaś do mojéj łagodności i dobroci się chcesz udać, i wyjednać sobie zamierzasz przebaczenie tych, którycheś tak haniebnie skrzywdził, a więc wéjdź do téj izby i siadaj na tém krześle oto bez oporu, nierzekłszy ani słowa. Czekało ono na ciebie przez całe dwa dni.
Monks bąknął coś pod nosem, lecz z miejsca się nie ruszył.
— Namyśl się żywo, — rzekł Brownlow. — Wyrzecz tylko słówko, a rzecz cała skończona.
Lecz Monks jeszcze się wahał.
— Niemam wcale żadnéj chęci, z tobą sobie nadaremnie psuć gębę, — rzekł Brownlow; — jestem tutaj rzecznikiem innych osób, broniącym praw ich najświętszych, i niemam żadnego....
— Czy niema,.... — zapytał Monks jąkając się, — czy niema jakiego innego środka?
— Nie, niema!.... święcie niema!
Monks spojrzał na staruszka z nadzwyczajną trwogą; niemogąc jednak z jego twarzy nic innego prócz surowości i stałości w postanowieniu wyczytać, wszedł do izby i wzruszywszy ramionami, usiadł sobie na wskazaném krześle.
— Zamknijcie drzwi z sieni, — rzekł wtedy Brownlow do swoich dwóch pomocników, — i przychodźcie natychmiast, skoro zadzwonię.
Owi dwaj słudzy usłuchali natychmiast tego rozkazu, wyszli, i zostawili obu sam-na-sam.
— Jest to bardzo piękne obejście, którego od najlepszego przyjaciela mego ojca doznaję.
Ozwał się Monks, zdejmując kapelusz i płaszcz z siebie.
— Właśnie dla tego, że byłem twego ojca najlepszym i najstarszym przyjacielem, mój młody człowieku! — odpowiedział Brownlow. — Właśnie dla tego, że niegdyś wszelkie życzenia i nadzieje moich szczęśliwych lat młodości z nim się łączyły, i wraz z nim zaginęły, podobnie jak i z istotą lubą z jego krwi i ciała, która w kwiecie swéj młodości z Bogiem się połączyła, i mnie tutaj na ziemi samego i samotnego pozostawiła,... właśnie dla tego, że on będąc chłopczyną małym wraz ze mną przy łożu śmiertelném swéj siostry konającéj owego dnia klęczał,.... owego dnia, którego.... lecz Bóg inaczéj rozrządził,... którego żoną moją zostać miała;... dla tego że moje zranione serce przez całe życie aż do czasu jego śmierci do niego wiernie przywiązane było, pomimo wszelkie błędy i przewinienia, których się dopuścił;.... dla tego, iż dawne wspomnienia, obrazy dawnego szczęścia serce moje przepełniają, a nawet i twój widok obraz jego na pamięć mi przywodzi,.... to wszystko jest powodem, że się tak łagodnie z tobą teraz obchodzę,..... tak jest Edwardzie Leeford,..... nawet i teraz,.... lubo byś się wstydzić powinien, żeś niegodzien tego imienia.
— Jakiż to imie ma związek z tą całą sprawą? — Zapytał Monks, który przez kilka chwil w milczeniu, z pewném osłupieniem na to nadzwyczajne wzburzenie swego towarzysza spoglądał. — Cóż mi na imieniu zależy?
— Nic! — odparł Brownlow,.... — ja wiem dobrze, iż tobie na niém nic niezależy. Ale to imie było i jéj imieniem; a jednak i teraz jeszcze, pomimo tak wielką odległość czasu, serce mnie, staremu człowiekowi, natychmiast mocniéj bić zaczyna, i rumieniec na zwiędnięte lica moje wpędza, ogniem przygasłe oczy rozpala, jeżeli tylko to imie z ust obcego usłyszę. Bardzo mi to wielką przyjemność sprawia, żeś ono zmienił,... prawdziwie bardzo wielką!
— To wszystko bardzo ładnie, pięknie wygląda, — ozwał się Monks (zatrzymujemy bowiem w naszéj powieści to nazwisko, pod któremeśmy go po raz pierwszy czytelnikowi poznać dali,)..... po długiéj chwili milczenia, podczas którego się zuchwale na krześle kołysał, a Brownlow spokojnie, z obliczem rękoma zakrytém siedział. — Czegóż jednak chcesz odemnie?
— Masz brata, — rzekł Browlnow, ocknąwszy się nagle ze swego boleśnego zadumania; — brata, którego imie samo w ucho ci szepnięte, gdym na ulicy szedł za tobą, taką potęgę nad tobą miało, żeś dobrowolnie, bez oporu, zdziwiony i przestraszony tutaj mi towarzyszył.
— Ja niemam żadnego brata, — odpowiedział Monks. — Wiesz o tém sam bardzo dobrze, mój panie, że byłem jedynakiem. Dla czegóż mi więc wspominasz o jakimś bracie? Wszak o tém wiesz lepiéj jeszcze odemnie!
— Chwilę tylko cierpliwości, a dowiesz się, co ja wiem jeszcze;.... a wtedy inaczéj będziesz mówił, — odparł Brownlow. — Spodziewam się, że to całę twoję uwagę zajmie. Ja wiem o tém bardzo dobrze, iż ty jesteś jedynym i robacznym owocem tego nikczemnego związku małżeńskiego, do którego wyniosłość rodu, i najhaniebniejsza, najpodlejsza, najbrudniejsza duma nieszczęśliwego ojca twojego dzieckiem jeszcze prawie zmusiła.
— Niedbam wcale o te zelżywe wyrazy, jakich używasz, — zarzucił Monks z szyderczym uśmiechem. — Dla mnie to przekonanie jest dostateczne, iż o tém wiesz, mój panie.
— Ale ja wiem także i o téj nędzy, tych wiecznych cierpieniach i niesłychanych męczarniach, będących skutkiem tego niestósownego i jak najgorzéj dobranego małżeństwa, — mówił daléj staruszek. — Ja wiem bardzo dobrze, śród jakich mąk niewysłowionych ci nieszczęśliwi małżonkowie ulegając pod ciężarem kajdan tego związku, przez to życie się wlekli, które im obojgu tak boleśnie zatrute zostało;.... ja wiem o tém bardzo dobrze, jakie obrazy jawne, widoczne po pierwszéj obojętności wzajemnéj nastąpiły;.... jak oziębłość ustąpiła wstrętowi, wstręt nienawiści, nienawiść największéj odrazie, tak że się w końcu oboje rozłączyć musieli, życie osobne wiedli, każde według swego upodobania, a męki, udręczenia, które im takie życie sprawiało, w towarzystwie pod pozorem największéj wesołości ukrywać musieli, dopokąd ich śmierć od tego ciężącego przymusu nieuwolniła...... Twoja matka zapomniała wprawdzie o wszystkiém w krótkim czasie,.... ale to życie raniło i jadziło serce twego ojca przez długie lata.
— Rozłączyli się, o tém wie świat cały, — rzekł Monks; — cóż ztąd?
— Gdy się na czas niejaki z sobą rozwiedli, — odparł Brownlow, — a twoja matka na ląd stały się udała, aby tam śród wesela i rozpusty życie swoje prowadzić, i wkrótce swego męża, o dziesięć lat przynajmniéj od siebie młodszego, zupełnie zapomniała, który w domu młodość i życie swoje zatrute w smutku i udręczeniu rozpaczy przepędzał, on tymczasem nowych przyjaciół znalazł. Ta okoliczność będzie ci przynajmniéj wiadomą, nieprawdaż?
— Nie! — odpowiedział Monks, odwracając od niego swe oczy, tupnąwszy nogą o ziemię, zwyczajnie jak człowiek, który sobie mocno postanowił wszystkiego się wyprzeć. — Nie!
— Twoje postępowanie i twoje czynności dowodzą mi, żeś o tém nigdy niezapomniał, lub też z goryczą o tém pamiętać nieprzestał, — odparł Brownlow. — Ja teraz mówię o wypadkach, które przed piętnastu laty jeszcze zaszły, kiedy ty byłeś małym chłopcem, niemającym więcéj jak lat jedenaście, a twój ojciec dopiero trzydzieści jeden,.... gdyż on wtedy dzieckiem prawdziwém jeszcze był, powtarzam, kiedy go ojciec do tego małżeństwa zmusił. Czy mam ci jeszcze rzeczy, wypadki przypominać, które cień niejaki na twego rodzica rzucić mogą, lub mi chcesz oszczędzić téj nieprzyjemności i prawdę mi wyjawić?
— Ja niemam nic do wyjawienia, — odparł Monks z widoczém pomięszaniem. — Jeżeli chcesz, to mi sam wszystko wyjawić musisz.
— Tym nowym przyjacielem jego, — mówił daléj Brownlow, — był były oficer od marynarki, który służbę porzucił, utraciwszy półrokiem pierwéj żonę, która mu dwoje dzieci pozostawiła;.... mieli oni wprawdzie więcéj dzieci jeszcze, ale dwoje tylko z całéj rodziny licznéj matkę przeżyło. Były to dwie dziewczęta; jedna istota ładna, dziewiętnaście lat blizko mająca, a druga jeszcze dzieckiem małém, dwa do trzech lat mającém....
— Cóż to mnie obchodzi? — zawołał Monks.
— Ci ludzie mieszkali w okolicy, — ciągnął Brownlow, udając że tego zarzutu wcale nie słyszał, — którą ojciec twój bardzo często zwiedzał, a nakoniec i mieszkanie swoje stałe w niéj sobie obrał. Znajomość, zaufanie, przyjaźń, to wkrótce jedno po drugim u nich nastąpiło. Ojciec twój był to człowiek wysokich zalet i zdolności, jak rzadko,.... posiadał on serce i rysy swéj siostry. Czém bardziéj go ów officer poznawał, tém większém przywiązaniem i miłością dla niego się przejął.... Ileżbym dał za to, aby się wszystko na téj przyjaźni było zakończyło! Lecz i jego córka się w nim pokochała.
Staruszek tutaj mowe uciął na chwilę. Monks zagryzł usta, i oczy w podłogę wlepił. Brownlow to widząc, — ciągnął daléj swoję powieść.
— Z końcem jednego roku ojciec twój się z nią zaręczył,.... zaręczył uroczyście; twój ojciec był przedmiotem pierwszéj, szczeréj, gorącéj, namiętnéj miłości téj dziewczyny.
— Powieść twoja, mój panie, na bardzo długą się zabiera, — rzekł Monks, rzucając się niecierpliwie na krześle.
— Jest to powieść prawdziwa, smutna, niesłychanych cierpień i dolegliwości, mój młody człowieku, — odparł Brownlow, — a podobne powieści bywają zwykle bardzo długie; gdyby to była powieść niezakłóconego szczęścia, byłaby z pewnością nieskończenie krótsza. Nakoniec zmarł jeden z tych bogatych krewnych twego ojca, dla którego tego nieszczęśliwego młodzieńca poświęcono, aby wpływ i potęgę jego powiększyć,.. jak to się bardzo często zdarza,.... nie jest to bowiem u nas nic nadzwyczajnego,... i zostawił mu na naprawienie téj nędzy, do któréj się wiele przyczynił, a nawet główną był sprężyną,.... lekarstwo ogólne i skuteczne na wszelki smutek i cierpienia,.... złoto! Wypadało koniecznie, aby ojciec twój natychmiast do Rzymu się udał, gdzie ten bogaty krewny, szukający zdrowia we Włoszech, zmarł, zostawiając wszystkie swoje sprawy w wielkim nieładzie. On do Rzymu wprawdzie dojechał, lecz zachorował śmiertelnie na drugi dzień po swojém przybyciu, a wiadomość o tém wysłano natychmiast do Paryża, do twojéj matki, która cię z sobą po świecie włóczyła;.... w dzień po waszém przybyciu do Rzymu mój nieszczęśliwy przyjaciel umarł, niezostawiwszy żadnego testamentu,.... żadnego testamentu,.... lub rozporządzenia,.... tak że cały majątek tobie i twéj matce przypadł.
Monks, słuchając ostatniego okresu mowy pana Brownlow, zaparł w sobie oddech i słuchał go z niewypowiedzianą ciekawością i natężeniem, w obliczu i postawie jego się odbijającém, lubo oczy w inną wcale stronę miał zwrócone.... Gdy pan Browlnow przestał, zmienił swą postawę z wyrazem człowieka, który niespodziewanéj ulgi doznał i przesunął chustką po rozpalonéj twarzy.
— Nim twój ojciec z kraju swego wyjechał, — mówił daléj Brownlow zwolna, utopiwszy wzrok swój w obliczu swego przeciwnika, — przejeżdżając przez Londyn po drodze i do mnie wstąpił......
— Nie słyszałem o tém!
Zarzucił Monks z wyrazem człowieka, który niedowierzanie chce udać, a jednak tylko zadziwienie niespodziewane i niemiłe zdradza.
— Wstąpił do mnie, i zostawił w mych ręku, pomiędzy wielu innemi rzeczami, obraz,.... obraz, który on sam odmalował,.... portret owéj dziewczyny biednéj,.... któren u nikogo innego zostawić niechciał, a jednak i dla swego pośpiechu z sobą wziąść niemógł.... Trwoga, niespokojność i wyrzuty sumienia w cień go prawie zmieniły;.... rozprawiał w swym dzikim szale i pomięszaniu o zniszczeniu i zbeszceszczeniu, którego on się stał powodem,.... powierzył mi w zaufaniu swój zamiar wysprzedania swych posiadłości i zamienienia onychże na pieniądze;..... prócz tego zamyślał część tego majątku, który spadł na niego, tobie i matce twojéj oddać, resztę zaś ze sobą zabrać, i kraj swój na wieki opuścić.... Wiedziałem ja o tém bardzo dobrze, iż on nie sam jeden kraj ten porzucić zamyślał, aby się nigdy więcéj w nim niepokazać. Nawet przedemną, swoim najszczerszym, najdawniejszym przyjacielem, którego przywiązanie korzenie swoje w ziemi miało, pokrywającéj istotę nam obom bardzo drogą,.... nawet i przedemną z niczém więcéj w téj mierze się niezwierzył, nic bliższego o swoich zamiarach mi nie zaufał, przyobiecując, że mi o wszystkiém z Rzymu napisze, a potém raz jeszcze mnie odwiedzi, aby się ze mną na wieki pożegnać. Niestety! Był téż to raz ostatni, gdyż ani listu od niego nieodebrałem, ani téż późniéj jego samego nigdy więcéj niezobaczyłem.
— Gdym się o jego śmierci dowiedział, wybrałem się, — ciągnął daléj Brownlow po małéj chwili milczenia, — wybrałem się na widownią jego..... użyję tutaj tego wyrazu, którego by i świat w tym wypadku użył, gdyż surowość świata dotknąć go więcéj niemoże, — jego miłości występnéj, z tém mocném postanowieniem owéj nieszczęśliwéj, uwiedzionéj dziewczynie przytułek, pomoc, i przywiązanie przyjacielskie u siebie ofiarować, gdyby obawa moja i podejrzenia się spełniły. Lecz cała rodzina właśnie przed tygodniem okolicę opuściła; popłaciwszy wszystkie długi swoje, i przyprowadziwszy wszystkie sprawy do porządku, opuściła tę okolicę nocą;.... dokąd się jednak udała, nikt nie widział, i nikt mi powiedzieć nie umiał.
Monks o wiele wolniéj odetchnął, i z wyrazem radości i zwycięztwa na około spojrzał.
— Gdy ręka obca twego brata, — mówił Brownlow daléj, przysunąwszy swoje krzesło bliżéj do niego; — twego brata,.... dziecinę wątłą,.... nędzną,.... zaniedbaną,.... w drogę moją potrąciła, nie przez przypadek, lecz przez zrządzenie wyższéj potęgi,.... a ja go od życia śród zbrodni i hańby wybawić postanowiłem...
— Co! — zawołał Monks struchlały.
— Tak jest, ja! — odparł Brownlow. — Już ci powiedziałem, że cię raz przecie powieść moja zajmie, zachwyci.... Powtarzam tedy raz jeszcze, że ja,... widzę bowiem jasno, że twój przebiegły sprzymierzeniec nazwisko moje ci utaił, lubo tego żadną miarą wiedzieć niemógł, że ono twém uszom nie jest obce.... Kiedym więc tego chłopczynę od nędzy wybawić postanowił,.... w skutek tego do siebie wziął, wpadło mi w oczy pewnego dnia, kiedy po swéj chorobie do siebie przychodząc, w pokoju méj gospodyni leżał, jego nadzwyczajne podobieństwo do owego obrazu, o którém ci już wspomniałem, i w zadziwienie nadzwyczajne mię wprawiło. Gdym go po raz pierwszy zobaczył, przypominały mi rysy jego i wyraz smętności w obliczu rozlanéj obraz jakiegoś dawnego przyjaciela, któregom sobie jednak żadną miarą jasno na pamięć przywieść niemógł. Niepotrzebuję ci powiadać, że mi usunięty i wykradziony został, nim bieg jego życia usłyszałem.
— Dla czegóż nie? — zapytał Monks skwapliwie.
— Dla tego że o tém wiesz bardzo dobrze.
— Kto, ja?
— Nadaremnie się tego przedemną wypierasz, — odpowiedział Brownlow. — Wkrótce się przekonasz, że ja coś więcéj wiem jeszcze, nietylko to.
— Mój panie!.... ty.... ty mi nic dowieść niemożesz, — wybełkotał Monks. — Proszę to uczynić, jeżeli to jest w twojéj mocy.
— Zobaczymy, zobaczymy, — odparł staruszek, rzuciwszy na niego badawcze spojrzenie. — Straciłem chłopca, a wszelkie starania moje były nadaremnie, aby pobyt jego wykryć. Ponieważ twoja matka już nieżyła, byłem tedy przekonany, iż nikt prócz ciebie, tę tajemnicę wyjaśnić mi niepotrafi; a gdy się dowiedziałem, że się pod ów czas na swoich posiadłościach w Indyjach zachodnich znajdujesz, dokądeś się po śmierci matki schronił, jak sam wiesz najlepiéj, aby uciec przed skutkami rozwiozłego i występnego życia, które tutaj wiodłeś,.... przedsięwziąłem więc tę daleką podróż do ciebie. Tam się dowiedziałem, że cię już od kilku miesięcy tam nie ma;.... domniemywano się, żeś napowrót do Londynu pojechał, nikt mi jednak pewności dać niemógł. Wracam tedy do Londynu. Sprawnicy twoi niewiedzieli, nieznali twego mieszkania. Powiedzieli mi, że podobnie jak wprzód tak i teraz niemniéj tajemniczo przychodzisz i odchodzisz, że cię czasami całe dnie, czasami zaś całe miesiące na oczy niewidzą, prowadząc według wszelkiego podobieństwa to samo życie haniebne, jakieś zawsze prowadził, uczęszczając w towarzystwa tychże samych podłych, zbrodniczych ludzi, którzy towarzyszami twymi byli, kiedyś jeszcze był krnąbrnym i zuchwałym chłopcem. Nieprzestawałam ich nigdy pytać, pobudzałem ich zawsze do nowego za tobą śledztwa. Przebiegałem dniem i nocą ulice, lecz wszystkie usiłowania moje były daremne, aż do dnia dzisiejszego; gdyż przed dwoma godzinami udało się mi po raz pierwszy dopiero od tak dawnego czasu cię zobaczyć.
— Cóż teraz myślisz uczynić, mój panie, kiedyś mię nakoniec zobaczył? — zawołał Monks, zrywając się nagle śmiało z siedzenia. — Oszustwo, rabunek są to słowa silnie brzmiące,.... usprawiedliwione, jak ci się zdaje, przypadkowém podobieństwem małego włóczęgi z babraniną niedołężną malarską człowieka od dawna już zmarłego! Wszak o tém nawet nie wiesz mój panie, czyli ze związku tegoż z ową dziewczyną podłą, jaki potomek się urodził!.... nie wiesz o tém wcale. —
— Prawda że nie wiedziałem, — odparł Brownlow, również wstając, — lecz od dwóch tygodni o tém wszystkiém się dowiedziałem.... Ty masz brata; ty wiesz o tém dobrze i znasz go dokładnie. Ojciec twój pozostawił przy śmierci swojéj testament, który matka twoja zniszczyła, zostawiając po śmierci swojéj tę tajemnicę i zysk cały zbrodniczy tobie w puściźnie. W tym testamencie była wzmianka o dziecku, któreby się twojemu ojcu z owego związku zakazanego urodzić mogło; to dziecko się rzeczywiście urodziło, tyś ono spotkał przypadkiem po drodze, a jego podobieństwo nadzwyczajne do ojca wznieciło w tobie natychmiast niemiłe podejrzenie.... Udałeś się natychmiast w miejsce jego urodzenia. Tam się znajdowały jeszcze dowody jego urodzenia i rodu,.... dowody od dawnego czasu mu skradzione i ukryte.... Te dowody zostały przez ciebie zniszczone, jakeś się sam przed twoim spólnikiem Żydem wyraził: jedyne dowody rodu i urodzenia chłopca leżą na dnie téj rzeki, a owa stara czarownica która je matce jego zabrała, gnije teraz już w grobie. Są to własne twoje słowa synu niegodziwy.... nikczemniku.... podły kłamco!.... który ze zbójcami, złodziejami, rabusiami związki zawierasz, i nocą w ciemnych izbach schadzki miewasz,.... któryś swemi podstępami, zdradą, śmierć gwałtowną na istotę sprowadził, milion razy godniejszą i większą wartość mającą od ciebie,.... któryś od małości swojéj żółcią i goryczą był własnemu ojcu, i serce jego boleścią przepełniał,...... którego wnętrze namiętności najohydniejsze, zbrodnie i występki tak długo toczyły, dopokąd sobie nieutworzyły ujścia w okropnéj chorobie, która i twoje oblicze piętnem niezatartém nacechowała.... Edwardzie Leeford, czyż i teraz jeszcze zuchwale przeciwko mnie wystąpisz, i to wszystko mi zaprzeczyć się ośmielisz?
— Nie,... nie,.... nie! — odpowiedział ten nędznik, przygnieciony tak okropną skargą.
— Każde słówko, — ciągnął daléj starzec, — któreście oba z tym haniebnym starym zbrodniarzem, twoim spólnikiem wyrzekli, jest mi znane. Cienie na ścianach podsłuchały wasze szepty, i doniosły je do mych uszu; widok tego tak niewinnie prześladowanego chłopczyny zbrodnię samą litością natchnął, i nadał jéj odwagę, i śmiałość, a nawet i wszelkie przymioty cnoty. Zbrodnia została popełnioną, w któréj jeżeli nieczynny, to przynajmniéj moralny masz udział.
— Nie, nie! — odparł Monks, — ja ani słówka o téj zbrodni nie wiedziałem. Chciałem się właśnie dowiedzieć o prawdziwości tego wydarzenia, o którém wieści wszędzie krążą, kiedy mię ludzie twoi schwytali. Nie wiedziałem nic o przyczynie tego zabójstwa; sądziłem że ono było skutkiem zwykłéj kłótni.
— Przyczyną tego zabójstwa było częściowe wykrycie twoich tajemnic, — odpowiedział Brownlow. — Czy chcesz mi teraz wszystko wyjawić?
— Wyjawię! wyjawię!
— Czy powtórzysz twoje wyznania w obec świadków i podpisem swoim je stwierdzisz?
— Przyrzekam i to uczynić.
— Zostańże zatém w tém pokoju spokojnie, dopokąd podobny akt urzędowy spisanym nie zostanie; czy mi przyrzekasz, że mi w to miejsce towarzyszyć będziesz, które w celu podpisania tego aktu za najstósowniejsze uznam.
— Jeżeli tego koniecznie odemnie wymagać będziesz, więc i to uczynię, — odpowiedział Monks.
— Musisz jeszcze coś więcéj uczynić, — rzekł Brownlow. — Musisz całą stratę wynagrodzić owemu niewinnemu i poczciwemu chłopcu; gdyż on nim jest, pomimo to życie nędzne, haniebne, do którego go zmuszono. Spodziewam się, iżeś jeszcze zatrzymał w pamięci rozporządzenie ojca względem niego w zniszczonym przez ciebie testamencie zawarte. Starajże się go dopełnić tak dalece, o ile to się twego brata dotycze, a potém sobie będziesz mógł pójść, gdzie ci się będzie podobało. Mam nadzieję, że się w tém życiu oba więcéj niezobaczemy.
Kiedy Monks w przykrych myślach pogrążony, krokiem szerokim po pokoju się przechodził, i nad tém dumał, czyliby nie można jakim sposobem tego wszystkiego uniknąć,.... miotany bojaźnią i trwogą z jednéj strony, a nienawiścią najsroższą z drugiéj,.... drzwi się nagle otworzyły, a pan Losberne wpadł przez nie do pokoju w nadzwyczajnéj wzburzeniu.
— Ten człowiek zostanie schwytany, — zawołał. — Téj nocy jeszcze schwytany zostanie!
— Kto, zbójca? — zapytał Brownlow.
— Tak jest, tak jest! — odpowiedział lekarz. — Widziano jego psa błąkającego się koło jakiegoś starego zapadłego domu; nie ma zatém żadnéj wątpliwości, że i jego pan albo już jest, albo téż wktótce będzie w téj kryjówce; zapewne czeka na zmrok wieczorowy. Wysłano ajentów tajnych na wszystkie strony; mówiłem nawet z tym urzędnikiem, którego na schwytanie go wysłano, a ten mię najświęciéj zapewnił, że im teraz żadną miarą umknąć nie może. Rząd obiecał sto funtów nagrody za jego schwytanie.
— Ja jeszcze pięćdziesiąt dołożę, — zawołał Brownlow, — i zapowiem to mojemi własnemi usty, jeżeli się pomiędzy lud będę mógł dostać. Gdzie jest Maylie?
— Skoro tylko Henryk twego przyjaciela oto wraz z tobą w powozie zobaczył,.... udał się jak najśpieszniéj do domu, — odpowiedział lekarz, — kazał sobie natychmiast konia okulbaczyć i pogonił cwałem w to miejsce, w którém się zbójcę schwytać spodziewają, aby swoją obecnością ludzi zachęcić.
— Cóż się z Żydem stało? — zapytał Brownlow.
— W tedy, kiedym się o niego wywiadywał, nie był jeszcze schwytanym; spodziewano się jednak, że to wkrótce nastąpi, a może już jest téj chwili.
— Cóż, czyś się już namyślał? — zapytał Brownlow po cichu Monksa.
— Tak jest, — odpowiedział Monks; — czy..... czy.... mię niewydasz?
— Nie,.... niewydam. Zostań tutaj spokojnie dopokąd niepowrócę. Jest to jedyny środek do uratowania ciebie.
I natychmiast wraz z lekarzem izbę opuścił, a drzwi za nimi zamknięto.
— Cóżeś wskórał? — zapytał go lekarz szepcąc.
— Wszystko, com chciał, a nawet i więcéj jeszcze. Zebrawszy wszystkie wiadomości, którem od owej nieszczęśliwéj dziewczyny otrzymał, i połączywszy je z tém, com już poprzód o téj całéj sprawie wiedział, i temi doniesieniami, które nasz przyjaciel na miejscu samém osięgnąć zdołał, takem go do kąta przyparł, że mi w żadną stronę umknąć, ani téż z rąk się wyśliznąć nie mógł; rozwinąłem przytém przed jego oczyma cały obraz podłości i nikczemności haniebnéj, tak jasnéj jak słońce. Trzeba będzie w miejsce wiadome napisać i jako godzinę schadzki siódmą wieczorem oznaczyć. Będziemy wprawdzie o parę godzin pierwéj tam być musieli, wypadnie nam bowiem cokolwiek odpocząć, a szczególnie naszéj młodéj dziewczynie, która może daleko więcéj stałości i mocy nad sobą potrzebować będzie, jak my obaj téj chwili przewidzieć możemy. Krew mi jednak w żyłach kipi z żądzy pomszczenia owéj nieszczęśliwéj dziewczyny, tak haniebnie zamordowanéj. W którąże stronę wszyscy się udali?
— Udaj się panie, wprost do urzędu policyjnego, a na czas jeszcze przybędziesz, — odpowiedział Losberne. — Ja tymczasem tutaj pozostanę.
Obaj panowie rozłączyli się śpiesznie ze sobą, oba w nieokreślonéj gorączce i wzburzeniu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.