Oliwer Twist/Tom II/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIX.

Ucieczka Billa Sikes.

Z wszystkich zbrodni, jakie téj nocy w Londynie całym pod płaszczem ciemności i snu popełniono, nie była żadna tak wielka, tak haniebna, jak ta, któréj się Sikes na nieszczęśliwéj Nancy w zapamiętałości swojéj zapalczywéj dopuścił. Nie było w całéj stolicy większéj okropności, któraby się tego poranku z jadowitemi wyziewami nocy nad nią unosiła, jak okropność téj śmierci.
Słońce,.... to piękne, wspaniałe słońce, które nietylko światło nam przynosi, ale i życie nowe, nadzieję i świeżość pokrzepiającą na całą przyrodę rozlewa,.... zeszło nad tém ludném miastem w całéj swojéj świetnéj okazałości. Promienie jego jaskrawe przedzierały się zarówno przez okna pomalowane, jako téż i papierem pozalepiane, i oświecały jednakowo wspaniałe pałace, jak i liche nędzne chaty. Zajrzały również i do téj izby, w któréj zabita kobieta na ziemi leżała.
Sikes chciał koniecznie przystępu im wzbronić, usiłowania jego były jednak nadaremne.
Jeżeli zaś przy ciemnym brzasku dnia widok jéj był okropny, cóż dopiero wtedy, gdy ją słońce pełnym wieńcem swych promieni otoczyło!
Sikes się z miejsca nie ruszył; bał się bowiem najmniejsze poruszenie zrobić.
Raz dosłyszał cichy, stłumiony jęk konającéj dziewczyny, kurczowe drganie jéj ręki, a zgrozą i trwogą, z zemstą i zawziętością się łączącą, zaślepiony, tak długo ją bił i bił, dopokąd już ani śladu życia więcéj w niéj nie pozostało.
Nakoniec kołdrę na nią zarzucił; ale to jeszcze daleko okropniéj było, gdyż wzrok jéj konający stał mu ciągle przed oczyma; zdawało się mu, że jéj oczy w niego się wpijają, a potém ku niebu się zwracają, jakby zemstę niebios na niego zwołać chciały;..... a ten widok promieniem słońca olśniony ciągle przed nim tańczył, gdziekolwiek oczy swoje zwrócił.
Tego dłużéj znieść niemógł i zdjął z niéj kołdrę napowrót.
Otóż leżało cicho,.... krew i ciało, nic więcéj;.... lecz takie ciało i taka krew!
Rozpalił ogień na kominku, i wrzucił do niego ów kostur, aby go zniszczyć.
Lecz na jednym końcu były włosy ludzkie, które skwiercząc w lekki popiołek się zamieniły, i strumieniem powietrza uniesione, w komin się uniosły.
I to go nawet przestraszyło, przeraziło, a lubo ten kij był sękaty, twardy jak żelazo, on go jednak w kawałki połamał, w ogień rzucił, i tak długo pilnował, dopokąd się w węgiel nie obrócił, a potém w popiół nie rozsypał.
Poczém się zaczął myć, i odzież swoję czyścić i wycierać; lecz na niéj były plamki, które żadną miarą z niéj wytrzeć nie zdołał; widząc to, powycinał te kawałki i spalił je na ogniu.
W całéj izbie było pełno plam z krwi;.... łapy psa nawet krwią były zbroczone.
Przez ten cały czas ani razu okiem na trupa nie rzucił;.... ani jednego razu nawet.
Gdy już wszystkie przygotowania swoje ukończył, zwrócił się ku drzwiom z oczyma od trupa odwróconemi, ciągnąc psa za sobą, którego to samo jak najstaranniéj oczyścił, ażeby żadnego śladu zbrodni na ulicę z sobą nie wziął, drzwi po cichutku za sobą zamknął, klucz wyjął i z domu się oddalił.
Wyszedłszy na ulicę, przeszedł na drugą stronę, i spojrzał ku oknu, ażeby się upewnić, że nic a nic z dworu nie widać. Okna słoniły owe zasłony, które ona odsunąć chciała, aby światło dniowe do izby przepuścić, którego już nigdy więcéj widzieć nie miała.
Zwłoki jéj leżały tuż pod tém oknem. On o tém wiedział. Boże! jakżeż to słońce jasno i wspaniale w to okno świeciło!
Było to tylko jedno, chwilowe spojrzenie.... Uczuł wielką ulgę, że już nie jest więcéj w téj izbie. Świsnął potém na psa i oddalił się śpiesznie z téj okolicy.
Puścił się drogą ku Islington, wyminął pagórek koło Highgate, na którym pomnik Wittingtona stoi, zwrócił się potém ku Highgate Hill, niebędąc jeszcze sam z sobą w zgodzie, w którą stronę ma się udać, wziął się potém na prawo, i puściwszy ścieżką małą przez pola, wyminął Caen Wood i doszedł w końcu do Hampstead Heath.
Przeszedłszy wąwoz koło Vale of Health, wpiął się na brzeg przeciwny, dostał na drogę prowadzącą przez Hampstead i Highgate, puścił się potém przez pola od strony północnéj tego miejsca, ułożył na czystém polu pod jednym płotem i zasnął sobie spokojnie.
Niezadługo jednak się zerwał i daléj pogonił,.... nie w świat, lecz napowrót ku Londynowi, gościeńcem bitym,.... potém znowu w inną okolicę uciekać zaczął,.... znowu ku Londynowi się zwrócił przez to samo pole, przez które już raz przechodził, tylko z innéj strony,.... i tak ciągle po polach się błąkał, to się kładąc po rowach, pod płotami, aby cokolwiek spocząć, to znów się zrywając, błąkając, aby się na inném miejscu położyć i napowrót zerwać i błąkać.
Gdzież się miał udać, aby nie było daleko, a jednak i wiele ludzi się nie znajdowało, żeby się czémś pokrzepić?
Hendon!..... było to miejsce dogodne, nie bardzo dalekie, i nie bardzo ludne.
Zwrócił tedy natychmiast kroki w tę stronę,.... biegnąc raz szybko,.... to znów zwalniając kroku, i wlokąc się niedbale powoli, lub téż zatrzymując się czasami koło płotów, krzaków, których gałązki i liście laską swoją obijał.
Gdy nakoniec do Hendon doszedł,.... wszyscy ludzie go unikali;..... dzieci nawet we drzwiach pojedynczych chat stojące,.... zdawały się podejrzliwie na niego spoglądać.
Zaczął tedy napowrót uciekać, nie mając na tyle odwagi, aby kogoś o kawałek chleba lub łyk wody poprosić, lubo już od kilkunastu godzin nic w gębie nie miał, czémby się mógł był pokrzepić,.... i raz jeszcze w pola się udał, niewiedząc, w którą stronę się ma zwrócić.
Mile całe zbiegał po polach i zawsze w to samo miejsce wracał; już i rano minęło i wieczór się zbliżał, a on ciągle to w tę to w ową stronę się błąkał, krążył, lecz jakby zaczarowany, na tyle sił nie miał, aby się z tego zaklętego koła wydobyć, które go niby góra magnesowa zawsze w jedno i to samo miejsce przyciągało. Nakoniec jednak zebrał wszystkie swoje siły i udał się ku Halfield.
Było to może koło dziewiątéj godziny wieczorem, kiedy ten człowiek znużony, wraz z psem zmęczonym, spienionym, kulejącym od tak niezwykłéj gonitwy, z małego wzgórza koło kościoła téj cichéj wioseczki schodził, i wlokąc się z wolna tą małą uliczką, do lichéj karczminy udał, któréj światło z daleka widne, krokami jego kierowało.
W izbie szynkownéj płonął ogień na kominku, a kilku włościan siedziało koło niego i piło. Na widok nieznajomego gościa zrobili mu przy sobie miejsce, lecz on usiadł w najciemniejszym i najodleglejszym kącie izby, jadł i pił sam jeden, czyli raczéj wraz z psem swoim, któremu co chwila kawałek mięsiwa rzucał.
Rozmowa zgromadzonych rolników zwróciła się na sąsiednie wioski, pola i zagrody, rozmawiano o roli, uprawie i tém podobnych rzeczach gospodarskich, a gdy w końcu i tego wątku nie starczyło, zaczęto rozprawiać o wieku pewnego staruszka, którego zeszłéj Niedzieli pogrzebano. Młodzież obecna utrzymywała, że on już był bardzo stary, a ludzie starzy obecni utrzymywali przeciwnie, że on był jeszcze bardzo młody,.... a pewien staruszek siwy rzekł, iż ów starzec zmarły nie był starszym od niego,..... i żeby jeszcze przynajmniéj dziesięć lub piętnaście lat dłużéj mógł był wygodnie pożyć,.... gdyby tylko bardziéj o siebie był dbał, i lepiéj się pielęgnował.
W téj rozmowie nie było zatém nic takiego, coby jego uwagę nadzwyczajnie zająć, lub téż jego trwogę lub niespokojność obudzić było mogło.
Zbójca tedy, zapłaciwszy za to, co spożył, siedział sobie w kącie spokojnie, cicho, od nikogo nie uważany, i w końcu sobie nawet zadrzemał, gdy go nagle szmer jakiegoś z wielkim hałasem wchodzącego mężczyzny ze snu przebudził.
Był to człowiek w średnim wieku, na pół kuglarz, na pół przekupca włóczęga, który po kraju podróżował sprzedając brzytwy, nożyki, igły, nici, mydło, olejki, pomady, lekarstwa na zęby, leki dla psów i koni, wonidła, wody rozmaite, i tém podobne rzeczy, nosząc to wszystko w szkatule na plecach.
Wejście jego było hasłem do rozmaitych żartów, śmiechów, dowcipów włościan, na które wtedy dopiero odpowiadał, gdy powieczerzał, poczém skarbnicę swoję otworzył i znajdujące się w niéj rzeczy jak najprzenośniéj i najzabawniéj zachwalać zaczął.
— A to, czy to może dobre do jedzenia, Harry?
Zapytał jeden z włościan z uśmiechem szyderskim, wskazując na jakąś gałeczkę w kącie leżącą.
— To, — zawołał ów kuglarz, wyjmując ją ze skrzyni, — to jest środek najpewniejszy i nieoszacowany do wywabienia wszystkich plam z brudu, rdzy, tłuszczu, oleju, smoły, z materyj jedwabnych, lnianych, konopianych, sukiennych, bawełnianych, wełnianych, aksamitu, muślinu, tibetu i merinusu. Plamy z wina, owoców, piwa, wody, farby, i tym podobne plamy, wszystkie znikną odrazu za potarciem jednym téj gałeczki. Jeżeli jaka panna lub pani cnotę swą utraciła, niech tylko tę gałeczkę półknie, a natychmiast wyleczoną zostanie, gdyż to jest trucizna. Jeżeli jaki pan ma dać dowód swego honoru, potrzebuje ją tylko zadać, a wszystko natychmiast dowiedzie, co zechce. Fenika za jedną gałeczkę. Pomimo wszelkie własności téj gałeczki jednego tylko fenika za sztukę.
Dwóch kupców na ten towar tak korzystny natychmiast się znalazło; reszta słuchających zaczęło się wahać. Przekupca to spostrzegł, i bardziéj jeszcze zachwalać zaczął.
— Te gałki tak prędko bywają rozkupione, że ich niemożemy nastarczyć robić, — wołał daléj ten włóczący się przekupca. — Czternaście wodnych młynów, sześć parowych machin, bateryja galwaniczna w ciągłym są ruchu, i niemogą jeszcze towaru nastarczyć, lubo wszyscy robotnicy tak pracują jak woły, a wdowy po dwadzieścia funtów rocznéj pensyi za każde dziecko i nagrodę znaczną za bliźnięta dostają. Fenika za gałkę; kto kupi?.... jednego fenika,...... albo dwa półfeniki, jak się podoba,.... i cztery szelągi przyjmę z radością.... Jednego fenika za gałkę! Plamy z wina, owocu, piwa, wody, farb, tłustości, oleju, krwi.... oto jest właśnie plamka z krwi na kapeluszu tego Jegomości, którą mu prędzéj wywabię, nim mi kubek piwa dać każe.
— Ha! — zawołał Sikes, zrywając się z ławki. — Nie ruszaj tego kapelusza!
— Ja tę plamkę z kapelusza wywabię, — odpowiedział przekupujący włóczęga, mrugając na całe towarzystwo, — nim ten pan przez pokój przejdzie, aby mi go odebrać. Moi panowie! Patrzcie! oto jest ciemna plamka na kapeluszu tego pana, niewiększa jak grosz, lecz grubsza jak złoty. Niechaj to będzie plamka jaka chce, czy z wina, owocu, piwa, wody, tłustości, oleju, krwi....
Lecz ten poczciwiec mowy niedokończył, gdyż Sikes z okropném przekleństwem się zerwał, stolik wywrócił, kapelusz z ręki mu wydarł, i za drzwi wypadł.
Ta sama niespokojność, wątpliwość, niepewność, która przez cały dzień zbójcą pomiatała, poraziła i teraz całą dzielność jego niegdyś tak silnéj woli. Widząc że nikt za nim nie biegnie, i według wszelkiego podobieństwa wszyscy za pijanego człowieka go uznają, skierował na powrót swe kroki ku miastu, a chroniąc się od blasku latarni przy jakimś powozie, chciał go wyminąć, lecz poznał, że to jest poczta z Londynu jadąca, która właśnie koło pocztowego domu stanęła. On wiedział, a przynajmniéj przeczuwał bardzo dobrze, o czém rozmowa toczyć się musi; pomimo to zbliżył się do powozu i słuchał.
Konduktor od poczty stał u drzwi, czekając na listy, które mu dać miano. Za kilka chwil zbliżył się jakiś człowiek, jako leśny ubrany, któremu wręczył koszyk, leżący na bruka już na pogotowiu.
— To dla waszych ludzi, — rzekł Konduktor. — A teraz sobie do niego spojrzyj, jeżeli chcesz.
— Czy niesłychać w mieście nic nowego? — zapytał ów leśny, podchodząc aż pod okienice pocztowego domu, aby się koniom dobrze przypatrzyć.
— Nie słychać nic tak bardzo ważnego, — odpowiedział konduktor, wdziewając rękawiczki. — Zboże tylko trochę w górę poszło. Słyszałem także i o zabójstwie, popełnioném w okolicy Spitalsfield,... ale niewiém o tém nic dokładniejszego.
— To prawda,.... i ja także o tém zabójstwie słyszałem, — ozwał się jakiś podróżny z powozu, który dotąd przez okienko wyglądał. — Jest to zabójstwo okropne!
— Czy to kobieta, czy mężczyzna? — zapytał Konduktor uchyliwszy nieco kapelusza. — Niemogłem się nic pewnego o tém dowiedzieć.
— Kobieta, — odpowiedział podróżny; — jak się domyślano, to....
— Panie Konduktor, już czas, — zawołał z niecierpliwością woźnica.
— A niechże djabli wezmą,...... czyż mi dacie raz te listy, czy nie? — zawołał Konduktor, — czyście tam wszyscy już w waszéj jamie pomarli?
— Oto są, oto są! — zawołał urzędnik pocztowy, wypadając śpiesznie ze swego mieszkania.
— Są! — bąknął konduktor; — wolałbym jednak, żeby to ta młoda, piękna i bogata pani była, która się we mnie ma zakochać, chociaż niewiem kiedy. Oto jestem,.... daléj naprzód!
Trąbka poczciarska zagrała, a powóz gościeńcem pogonił.
Sikes pozostał na ulicy, stojąc pozornie wcale tém niewzruszony, co przed chwilą usłyszał, niedoświadczając żadnych innych uczuć, prócz jednéj wątpliwości, dokąd się udać. Nakoniec postanowił wrócić i poszedł drogą z Hatfield do St. Albans wiodącą.
Szedł zwolna, opieszale;.... a gdy już miasteczko w tyle za sobą pozostawił, i coraz bardziéj w ciemność nocy i samotność czystego pola się zatapiał, uczuł pewną trwogę, pewną okropność tak wielką, że mu włosy na głowie stawały i skóra na nim drżała.
Każdy przedmiot, który spostrzegł koło siebie, czy to był przedmiot rzeczywisty lub też cień tylko, czy to ruchomy, czy nieruchomy, przybierał w jego oczach postać przerażającą; lecz to przerażenie, ta trwoga ani w porównanie iść niemoże z tém uczuciem zgrozy, którém go okropne widmo zabitéj, tuż za nim ustawicznie się wlokące, przejmowało i udręczało.
Pomimo tę ciemność nocną widział on wyraźnie cień jéj na drodze, poznawał najmniejszy zarys jéj postaci, zdawało się mu nawet spostrzegać ten chód uroczysty i poważny, jakim ciągle za nim kroczyła. Słyszał wyraźnie szelest jéj odzieży, zawadzającéj o liście krzaków, a każdy powiew wietrzyka donosił do jego uszu jéj cichy jęk ostatni.
Jeżeli stanął, to i widmo owe stanęło;.... jeżeli zaś biegł, to i ono za nim goniło,... lecz nie biegnąc wcale,.... byłoby mu to bowiem wielką ulgę na sercu sprawiło,.... ale wlokąc się podobnie jak trup, obdarzony jedynie władzą mechaniczną ruchu, unoszony pewnym, wolnym powiewem wiatru nigdy na mocy nie zyskującego, ani też nietracącego.
Czasami z rozpaczą się obracał, mając stanowcze przedsięwzięcie widmo to od siebie spłoszyć, gdyby go nawet wzrokiem swoim zabić miało; lecz włosy mu wtedy na głowie powstawały, a krew się mu lodem w żyłach ścinała, gdyż ono z nim się zarówno obróciło, trzymając się ciągle w tyle niego. Rano ono widział ciągle przed sobą,.... a teraz,... wieczorem,... niezmiennie za nim się wlokło.
Niemogąc się go pozbyć, oparł się plecami o ścianę stromego rowu, lecz i to mu nic niepomogło; czuł bowiem, że ono się nad nim unosi, i w zarysach widocznych na zimnym, nocnym błękicie odbija..... Rzucił się na gościniec,.... legł plecami na drodze,.... lecz ono mu stanęło u głowy, milczące, głuche, nieruchome, niby nagrobek kamienny z napisem krwawym.
Niechaj nikt niemyśli, iż zbójca sprawiedliwości i zemście niebios ujść może, a Opatrzność boska śpi lub o nas się nie troszczy. Sikes, morderca, doznawał w jednéj chwili stokrotnie wszelkie boleści i męczarnie gwałtownéj śmierci.
W polu dostrzegł szopę słomianą, która mu ochronę i spoczynek nocny obiecywała.
Przed drzwiami téj szopy stały trzy wysokie topole, które ciemność wewnątrz panującą jeszcze bardziéj powiększały, a wiatr szumiał ponuro, smutno, okropnie pośród ich liścia. Niepodobna mu było aż do świtu po polu się ustawicznie błąkać, sił mu już na to niestarczało,.... usiadł sobie zatém tuż pod ścianą,.... aby się stać pastwą nowych męczarni.
Teraz bowiem stanęło przed jego oczyma widmo, groźniejsze, okropniejsze, wytrwalsze od tego, któremu umknął.
Dwoje ócz, szeroko wytrzeszczonych, wygasłych, bez życia, bez połysku, pojawiło się mu pośród ciemności, mających swoje własne światło, lecz nie dających żadnego.
Niebyło ich tylko dwoje, lecz te dwoje były wszędzie.
Jeżeli sobie oczy zakrył, to się mu natychmiast pojawiła jego izba, z wszystkiemi tak dobrze mu znajomemi przedmiotami, które w sobie zawierała;...... a wszystko,.... rzecz nawet najmniejsza, o któréj by z pewnością był zapomniał, gdyby mu ją z pamięci opisywać wypadało,.. wszystko było na swojém zwyczajném miejscu. I ciało zamordowanéj dziewczyny było na swojém miejscu, a oczy jéj tak samo wyglądały, jak wtedy, kiedy z izby się wykradał.
Niemogąc dłużéj znieść tego widoku, zerwał się i pogonił w pola. Lecz widmo ciągle za nim goniło..... Wrócił tedy na powrót do szopy, i przytulił się bardziéj jeszcze do ściany. Lecz owe oczy znów przed nim stanęły, nim się jeszcze na ziemi położyć zdołał.
Na tém miejscu więc długo spoczywał, lubo zgroza, jakiéj jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył wskróś go przejmowała. Drżał na całém ciele, a zimny pot gęstemi kroplami na niego wystąpił. W tém nagle świeża fala wiatru gwar hałaśny i wrzask mnóstwa ludzi jakby o pomoc wołających, do niego doniósł.
W téj samotności głos najmniejszy człowieka, choćby mu teraz przyczynę ważną do niespokojności i obawy miał zwiastować, dobrodziejstwem prawdziwém się mu być zdawał.
Na wspomnienie niebezpieczeństwa osobistego wszelka dzielność i odwaga mu powróciła, a zerwawszy się na nogi, puścił się natychmiast w otwarte pola.
Ciemny błękit nieba zdawał się być cały w ogniu.
Płomienie biły olbrzymim strumieniem w powietrze, unosząc z sobą słomę, iskry, żarzące się węgle, i cisnąc się falami oświeciły całą okolicę na kilka mil wkoło, pędząc całe chmury dymu w tym kierunku, w którym się właśnie znajdował.
Pożar coraz bardziéj się wzmagał, głosy nowe, łączące się z dawnemi, powiększały zgiełk, gwar, hałas, wrzask,.... a głośne wołanie: ogień!.... ogień!... połączone z dźwiękiem dzwonu na gwałt bijącego, trzeszczenie belek, szelest upadku ciężkich przedmiotów, syczenie i chrzęst płomieni, nowy żywiół, nową zawadę znajdujących i z pewną radośną dzikością niejako na nią się rzucających, jakby im nowéj siły, nowego życia przez to przybywało,.... to wszystko obiło się o jego uszy.
Gwar i hałas się wzmagał coraz bardziéj, gdy w tę stronę spojrzał.
Widział wyraźnie mnóstwo ludu,.... mężczyzn, kobiety, światło i wrzawę.
Nowe życie w niego wstąpiło. Puścił sie tedy wprost ku temu miejscu,... prosto przez rowy, krzaki, płoty, mury, bramy, niezważając na żadne zawady i przeszkody, które z szybkością i zręcznością przebywał, podobnie jak i pies jego, biegnący ciągle przed nim, wyjąc i szczekając.
Nakoniec dobiegł do miejsca pożaru.
Kilka domów się paliło. W koło uwijały się postacie na pół nagie, biegające to w tę, to w owę stronę. Jedni wyprowadzali przestraszone konie ze stajeń, drudzy zaś wypędzali bydło z obór i różnych zabudowań;.... inni zaś unosili z pośrodku ognia i deszczu gęsto padających iskier opalone drzewo, pale, belki.
Otwory, przed godziną jeszcze drzwi i okna stanowiące, zatkane były teraz ścianą chłonących i wściekających się płomieni; ściany pękały, padały się, i zapadały w to morze płonące; stopiony ołów i na biało rozpalone żelazo padało na ziemie.
Kobiety i dzieci płakały, jęczały, załamywały ręce, a mężczyzni zachęcali jeden drugiego wołaniem, pochwałą, i raczeniem się wzajemném. Hałas sikawek ogniowych w ustawicznym ruchu będących, syczenie wody na rozpalone żelazo i palące się belki padającéj, powiększało jeszcze powszechny zgiełk, wrzawę. I on także krzyczał, wrzeszczał, aż nareszcie ochrypł, a chcąc myślom swoim uciec, rzucił się w tłum największy, pomiędzy tych, którzy najtroskliwiéj ratowaniem zajęci byli.
Téj nocy to tu, to ówdzie się zwijał,... wszędzie go można było znaleść,.... raz koło sikawki,.... to znów przedzierającego się śród dymu i płomieni, niezaniedbując jednak nigdy tam się udać, gdzie niebezpieczeństwo największe, pomoc najpotrzebniejsza była.
To się wspinał po drabinach na sam szczyt palącego się domu, przebiegał sienie, izby, w których podłoga przepalona pod nogami mu trzeszczała, niezważał wcale na walące się ściany, padające cegły i kamienie;.... wszędzie gdzie ogień największe pustoszenia robił, on się tam jawił,.... lecz życie jego musiało być zaczarowane, gdyż najmniejszego znużenia nieczuł, żadnéj rany, żadnéj blizny, nawet najmniejszego zadraśnięcia nieotrzymał, aż nakoniec i poranek nadszedł, a dym i czarne okopcone zwaliska jedynie pozostały.
Gdy to szalone wzburzenie przeminęło, wspomnienie okropne, przerażające popełnionéj zbrodni z siłą podwójną w jego sercu się rozbudziło.
Widząc że wszyscy ludzie w pojedyncze gromadki się podzielili, spojrzał podejrzliwie naokoło, obawiając się, czy to nie on przedmiotem ich rozmowy.
Pies usłuchał natychmiast jego skinienia, a obaj się nieznacznie, pocichutku, z tego miejsca oddalili.
Idąc nadybali sikawkę, na któréj sobie kilku ludzi usiadło, pokrzepiając skromnym jadłem swe siły. Spostrzegłszy go zaprosili na śniadanie. On się do nich zbliżył i ukroił sobie kawałek chleba i mięsiwa, lecz gdy się do piwa zabierał, usłyszał jednego z nich, który z Londynu właśnie przybył, opowiadającego o jego zabójstwie.
— Mówią że się zbójca do Birmingham udał, — rzekł ów człowiek, — ale oni go wkrótce schwytają, gdyż mnóstwo posiepaków za nim wysłano, a do jutra wieczora cała okolica będzie o tém wiedziała, tak że ich rękom nieujdzie.
Sikes, słysząc to, zerwał się, odbiegł od nich, i pędził tak długo, dopokąd mu sił starczało i nogi go słuchały; potém w rowie odległym się położył i spał długo,.... lubo niespokojnie i przerwanie. Nakoniec wstał, i daléj błędną wędrówkę swoję rozpoczął, niewiedząc w którą stronę się zwrócić, dokąd się udać,.... nękany bojaźnią przed drugą taką samotną i okropną nocą.
Nagle w rozpaczy swojéj powziął zamiar do Londynu powrócić.
— Będę mógł przynajmniéj z kimś pomówić, na każdy przypadek, — pomyślał sobie. — Wreszcie jest tam niejedna bezpieczna kryjówka. Oni się ani spodziewać niebędą, żebym ja tam miał być, i z pewnością mię tam szukać niebędą. Żebym się przynajmniéj przez tydzień mógł tak ukryć, to Fagina potém zmuszę, aby z flotą wyruszył, i przeprawię się do Francyi. Niech mię piorun trzaśnie, to sposób najlepszy; trzeba go doświadczyć.
Postanowił przeto bez zwłoki ten zamysł do skutku przywieść, wybrał sobie drogę najmniéj zaludnioną, i rozpoczął swoję wędrówkę do Londynu, zamierzając dzień cały aż do nocy w pobliżu stolicy w znanéj mu kryjówce przepędzić, potém drogami najzawilszemi i najskrytszemi pośród nocnéj ciemności wprost w to miejsce się udać, w którém sobie na czas niejaki mieszkanie obrać zamyślał.
Ależ pies!.. jeżeli jaki rys, opis jego dano, niemogli w nim żadną miarą o psie przepomnieć, zwłaszcza iż świat cały znał tego psa, który niebędąc w Londynie, według wszelkiego podobieństwa panu swemu w ucieczce towarzyszyć musiał. Po tym psie ludzie by go jeszcze łatwiéj poznać mogli. Wypadało mu się zatém jakimś sposobem pozbyć tego psa, kóryby uwagę na niego mógł zwrócić. Postanowił go zatém utopić, i spoglądał wszędzie za studnią lub rzeką. Idąc podjął ciężki kamień z gościeńca i zawiązał go do chustki.
Podczas tych przygotowań pies spoglądał uważnie na oblicze swego pana, i.... niewiedzieć, czyli to przez przeczucie zamiar jego odgadł, lub też spojrzenie zbójcy, które z pod oka na niego rzucił, nieco surowsze było jak zazwyczaj,.... dość że teraz w większéj nieco odległości od niego biegł, i bardziéj się miał na baczności jak poprzód.
Gdy się nakoniec pan jego koło jakiegoś głębokiego moczaru zatrzymał i za nim obejrzał, aby go do siebie przywołać, spostrzegł psa daleko od siebie.
— A przyjdziesz ty zaraz do mnie, czy niesłyszysz? — zawołał Sikes, świsnąwszy na niego.
Pies już ze zwyczaju głosu jego usłuchał, i do niego się powoli zbliżył; lecz gdy Sikes się ku niemu nachylił, aby mu chustkę do szyi przywiązać, zawarczał i odskoczył.
— Chodź tu zaraz! — zawołał zbójca, tupnąwszy wściekle nogą.
Pies zachwiał ogonem, lecz się z miejsca nie ruszył. Sikes wtedy poskoczył ku niemu, wołając ciągle.
Pies to ku niemu postąpił, to się znów cofnął, chwilkę zatrzymał, a w końcu, jak tylko mógł najśpieszniej w świat pogonił.
Sikes świstał a świstał, usiadł sobie przy drodze i czekał, myśląc, że pies przecież powróci;.... lecz pies się więcéj niepojawił, a on sam jeden w dalszą drogę się puścić musiał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.