Oliwer Twist/Tom II/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Zawiera wiadomość o tém, co podczas nocnéj rozmowy między panem Bumble, jego żoną i panem Monks zaszło.

Był to ciemny, parny, burzą grożący wieczór letni, a chmury przez cały dzień się kupiące, w jedną, czarną, niebo całe pokrywającą chmurę się zbiły, z któréj już deszcz rzadkiemi, wielkiemi kroplami padać zaczął, i blizki wybuch burzy gwałtownéj zapowiadał,... kiedy pan i pani Bumble, wymknąwszy się ostrożnie z bocznéj, małéj uliczki miasta, ku małéj gromadzie domów spustoszałych i porozrzucanych kroki swe zwrócili, odległych od miasta o półtoréj mili (angielskiéj) blisko, i na nizinie mokréj nad brzegami Tamizy zbudowanych.
Oboje mieli na sobie stare, wytarte płaszcze, które dwóm celom zapewnie posłużyć miały, ochronienia ich od deszczu i zapobieżenia temu może, aby nikt uwagi na nich nie zwracał, i w przypadku za świadka przeciwko nim wystąpić nie mógł.
Bumble niósł w ręku latarnię, w któréj żadnego światła jednak nie było, i szedł o kilka kroków przodem, jakby przez to chciał drogę pierwéj swojéj połowicy śród tego błota utorować, które drogę pokrywało, tak żeby ona potém bezpiecznie w jego stopy iść mogła.
Oboje szli w milczeniu; kiedy niekiedy Bumble się zatrzymywał i głowę swoję zwracał, jakoby się chciał upewnić, iż żona za nim idzie, a przekonawszy się, że jest tuż za nim, pośpieszał daléj, i zdążał krokiem nieco szybszym ku miejscu swego przeznaczenia.
To miejsce niemożna było żadną miarą podejrzaném nazwać, gdyż ono już oddawna w okolicy całéj jako zbiorowisko łotrów i złoczyńców najgorszych wszelkiego rodzaju znane było, którzy, pod różnym pozorem życia z pracy rąk swoich, z rabunku i zbrodni żyli.
Było to zbiorowisko chat najlichszych, zbudowanych na prędce jedne z cegieł niepalonych, inne zaś ze starego, spruchniałego, stoczonego drzewa okrętowego, nagromadzonych bez wszelkiego ładu i porządku, i leżących po największéj części w oddaleniu kilku kroków tylko od brzegów rzeki.
Czółna dziurawe, popruchniałe, na błoto zaciągnione, i przymocowane do małego muru, stanowiącego brzeg rzeki w tém miejscu, linwy, wiosła tu i ówdzie porozrzucane, mogły na pierwszy rzut oka ten domysł w zwiedzającym wzbudzić, że mieszkańcy tych budynków nędznych rybołostwem, lub czémś podobném się zatrudniają; lecz przypatrzywszy się dokładniéj tym przedmiotom porozrzucanym, nietrudno było poznać stan ich zaniedbany, niezdolny do najmniejszego użytku, tak że każdy przechodzień mógł się łatwo domyśleć, iż one tu leżały raczéj dla zachowania pewnego pozoru, jak w tém celu, aby je kiedyś rzeczywiście do czegoś użyć miano.
W samym środku téj gromady chat i lepianek lichych, tuż nad brzegiem rzeki, nad którą piątra wyższe prawie wisiały, stał obszerny budynek, który z pewnością niegdyś za wyrobnię jakąś służyć musiał, i będąc swego czasu w pełnéj czynności, mieszkańcom okolicznych budynków sposób do życia zapewnie starczał.
Ten budynek jednak już od dawna stał opuszczony i spustoszały, a szczury, robactwo i wilgoć nadpsuła już znacznie te pale, na których stał zbudowany, tak że znaczna część jego już w wodę runęła, a reszta chwiejąc się i wisząc nad ciemnym strumieniem, sposobności pomyślnéj jedynie oczekiwała, aby się z towarzyszem swoim dawnym połączyć i los jego podzielać.
Przed temi zwaliskami tedy godna parka nasza się zatrzymała, gdy pierwszy huk grzmotu się dał słyszeć w powietrzu, a deszcz nawalnie padać zaczął.
— Miejsce oznaczone musi się gdzieś w téj oto okolicy znajdować.
Ozwał się Bumble, spoglądając na świstek papieru, który w ręku trzymał.
— Holla! kto tam? — zawołał głos z góry.
Bumble idąc za głosem podniósł głowę do góry i spostrzegł człowieka, przez okno na drugiém piątrze aż po pas wychylonego.
— Zatrzymajcie się na chwilkę, — dodał ów głos, — natychmiast do was zejdę.
To rzekłszy znikł z okna, a okno się za nim zamknęło.
— Czy to jest nasz nieznajomy? — zapytała pana Bumble godna i luba połowica.
Bumble skinął głową na znak potwierdzenia.
— A więc pamiętaj na to, co ci powiem, — rzekła do niego niewiasta; — miej się jak najbardziéj na baczności, abyś jak najmniéj mówił, inaczéj nas natychmiast zdradzisz.
Bumble, który przez chwilę na ten budynek z niemałą trwogą i niespokojnością spoglądał, chciał właśnie myśli swoje i uczucia w słowa ubrać i kilka uwag i wątpliwości swoich objawić, czyli by nie było lepiéj téj chwili jeszcze od wszystkiego się usunąć i na widocznie grożące niebezpieczeństwo nienarażać, gdy mu Monks ten zamiar zniweczył, pojawiając się nagle w małych drzwiczkach, przed któremi właśnie stali, i wprowadzając ich natychmiast do domu.
— Żywo, żywo! — zawołał z niecierpliwością, tupnąwszy nogą o ziemię. — Nie zatrzymujcie mię tutaj długo!
Kobieta, która się w początku na chwilę wahała, nieczekała więcéj powtórnego zaproszenia, i weszła śmiało do sieni, a luby jej mężulko, który się cokolwiek wstydził lub też obawiał w tyle za nią pozostać, poszedł za nimi z wielką jednak niespokojnością i trwogą, utraciwszy zupełnie wyraz owéj znakomitéj powagi i godności urzędowéj, która zwykle główną i znamionującą cechą jego była.
— Kiego djabła staliście tak długo na dworze i mokli na deszczu!
Zapytał Monks, obróciwszy się nagle do pana Bumble, gdy drzwi na powrót zamknął.
— My.... my.... myśmy się tylko cokolwiek ochłodzić chcieli, — wyjąkał Bumble spoglądając bojaźliwie naokoło.
— Ochłodzić! — odparł Monks. — Ten deszcz wszystek, który już dotąd spadł z nieba od początku świata i aż do końca jego padać jeszcze będzie, niezdoła zagasić tego ognia piekielnego, gorejącego niekiedy w piersiach człowieka. Nie wystawiajcie sobie wcale, żebyście się tak łatwo byli ochłodzić mogli.
Temi bardzo przyjemnemi słowy Monks ich u siebie powitał, natychmiast do pani Bumble się zwrócił, i wzrok swój z taką przenikliwością w nią wlepił, że ta kobieta, którą nic tak łatwo w pomięszanie wprawić niemogło, a nawet orli wzrok zacnego jéj małżonka na nią żadnego wrażenia nie wywarł, przed tém spojrzeniem oczy odwrócić musiała i one skromnie na dół spuściła.
— Czy to jest ta kobieta, o któréj mi mówiłeś? — zapytał Monks.
— Tak jest, ona! — odpowiedział Bumble, nietracąc z pamięci polecenia swéj lubéj połowicy.
— Jak się mi zdaje, to myślicie może, iż kobiety tajemnicy nigdy utrzymać nie umieją?
Ozwała się pani Bumble i śmiało w oczy panu Monks, podejrzliwie ją badającemu, spojrzała.
— Ja wiem o tém, ze one o jedném zawsze zamilczeć umieją, dopokąd się nie wyda, — odparł Monks ze wzgardą.
— A to jedno jest? — zapytała pani Bumble z tąże samą śmiałością.
— Utrata dobréj sławy i imienia, — odpowiedział Monks; — dla tego się wcale nielękam, aby która kobieta z tajemnicą się wygadała, jeżeli ją ta tajemnica na galary lub deportacyją zaprowadzić może. Czy mię rozumiesz, moja pani?
— Nie! — odpowiedziała niewiasta, cokolwiek na twarzy zmieniona.
— Zapewnie, że nie! — odparł na to Monks z szyderskim przycinkiem; — wszak niepodobna, abyś mię zrozumieć miała.
Na pół z gniewem, a na pół z szyderstwem najgrawającém na obu małżonków okiem rzucił, i nakazawszy im potém, aby się za nim udali, przeprowadził ich przez pokój znacznéj obszerności, lubo nadzwyczajnie nizki, i chciał właśnie na pierwszy stopień schodów, czyli raczéj bystréj drabiny nogą stąpić, prowadzącéj na wyższe piątro tego spustoszałego domu, kiedy nagły połysk piorunu przez ten otwór się wcisnął, a grzmot okropny po nim następujący, domem całym wstrząsł, zachwiał, i bawiących w nim przeraził.
— Czy słyszycie? — zawołał wtedy dziko, w tył odskakując; — czy słyszycie, jak tam wszystko wre, kipi i huczy, jakby przez tysiące jaskiń się przebijało, po których się czarci sami lękliwie kryją. Przekleństwo na ten huk, którego nienawidzę, znieść niemogę!
Przez kilka chwil stał w milczeniu, odsłonił twarz, którą rękoma sobie był zakrył, a pan Bumble z niewypowiedzianém przerażeniem swojém spostrzegł, iż blady jak śmierć wyglądał, a twarz jego okropnie zmieniona i pokurczona była.
— Jest to słabość, która mię często napada, — rzekł Monks, opamiętawszy się i spostrzegłszy ich niespokojność, — a grzmot szczególnie najprędzéj te napady na mnie sprowadza. Lecz teraz wszystko już minęło, niezważajcie na to więcéj!
To rzekłszy wskazał im drogę po drabinie, wpiął się po niéj pierwszy, wprowadził ich do izby dość obszernéj, pozamykał śpiesznie wszystkie okiennice, opuścił na dół latarnię, która na sznurze przez kółeczko przewleczonym u belki od powały wisiała, i stary stół dębowy, i trzy stołki do niego przysunięte słabo i ciemno oświecała.
— A teraz, — ozwał się Monks, kiedy wszystko troje przy owym stoliku usiedli, — czém prędzéj sprawę całą zakończemy, tém lepiéj dla nas wszystkich. Czy ta kobieta wie, o co rzecz chodzi?
To pytanie zadane było panu Bumble; lecz godna jego połowica przecięła mu wszelką odpowiedź, pośpieszając z tém oświadczeniem, iż o wszystkiém wie dokładnie.
— Czy mi prawdę powiedział, żeś pewnéj nocy była u staréj czarownicy, która umierała, i z pewnemi rzeczami przed tobą się zwierzyła....?
— Które się matki wiadomego chłopca dotyczyły? — odpowiedziała niewiasta, przerywając mu mowę; — tak jest, panie!
— Wypadłoby nam najprzód wiedzieć, — ciągnął daléj Monks, — co było treścią tego zwierzenia?
— O tém potém, — odpowiedziała kobieta z największą spokojnością; — najprzód musimy wiedzieć, jaką nagrodę za udzielenie i wykrycie téj tajemnicy dostaniemy?
— Któż to u djabła powiedzieć może, niewiedząc treści? — odparł Monks.
— Nikt z pewnością tak dobrze, jak wy sami, jestem o tém przekonana.
Odpowiedziała pani Bumble, któréj na odwadze i przebiegłości wcale nie brakowało, jak to mąż jéj każdéj chwili z doświadczenia mógł potwierdzić.
— Hm! — mruknął Monks z namysłem, rzuciwszy na nią badawcze spojrzenie; — czy mogę przez to co pozyskać, co wart jest złota?
— Może!.... może! — odpowiedziała pani Bumble spokojnie.
— Coś, co po sobie zostawiła, — zapytał Monks z pośpiechem, — coś, co przy niéj zaleziono,.... co jéj odebrano,.... co na sobie nosiła,....
— Lepiéj by było, gdybyście sami jaką cenę podali! — przerwała mu pani Bumble. — Jużem dosyć słyszała, abym o tém mogła być przekonaną, że jesteście właśnie tym człowiekiem, z którym o tych rzeczach śmiało pomówić można.
Bumble, którego zacna jego małżonka do tajemnicy nieprzypuściła, tak że nic więcéj o niéj niewiedział, jak to co pierwotnie owego pamiętnego jeszcze wieczora sam odgadnąć był w stanie, przysłuchiwał się téj rozmowie z nastawionemi uszyma i wytrzeszczonemi oczyma, które to na swoję żonę, to na Monksa z niewypowiedzianém zadziwieniem i ciekawością po kolei zwracał; ta ciekawość bardziéj jeszcze się wzmogła, gdy posłyszał Monksa, pytającego zacnéj jego połowicy, ile za wydanie téj tajemnicy żąda?
— Jakąż wartość ona ma dla was? — zapytała kobieta z niezachwianą obojętnością.
— Jak się pokaże; może nic, a może i dwadzieścia funtów! — odpowiedział Monks; — powiedzże mi raz, ile chcesz?
— Dodajcie jeszcze pięć funtów do téj summy, którąście wymienili; dajcie mi razem dwadzieściapięć funtów w złocie, — rzekła niewiasta, — a wtedy wam wszystko powiem, co wiem,.. lecz pierwéj ani słówka!
— Dwadzieścia pięć funtów! — zawołał Monks, odskakując od niéj.
— Mówię tak głośno i wyraźnie, jak tylko mogę, — odpowiedziała pani Bumble; — nie są to tak wielkie pieniądze.
— Nie wielkie pieniądze za głupią tajemnicę, która nawet i słowa dobrego niebędzie warta, gdy się jéj dowiem! — zawołał Monks w niecierpliwości; — tajemnica, która już od lat dwunastu zagrzebana leży!
— Takie rzeczy długo się trzymają, i nakształt dobrego wina, z czasem podwójnéj wartości nabierają, — odpowiedziała kobieta, zachowując ciągle swoję oziębłość i spokojność, którą od samego początku przybrała. — Co zaś tego dotycze, że już od dwunastu lat pogrzebana leży, to bywają ludzie, którzy od dwunastu tysięcy czyli od dwunastu milijonów lat w grobie spoczywają, a jednak w końcu rzeczy i tajemnice szczególne wydają, o których nie tylko my, ale nikt w całym świecie ani słówka dotąd niewiedział.
— A jeźli za nic będę może musiał zapłacić? — zapytał Monks, niejako się wahając.
— To mi będziecie mogli łatwo pieniądze napowrót odebrać, — odpowiedziała niewiasta. — Ja jestem tylko kobietą, sama, bez opieki w tym budynku samotnym, odległym.
— Nie sama, moja droga, nie sama, i nie bez opieki, — odparł pan Bumble głosem drżącym od strachu; — wszakże ja jestem przy tobie moja droga. A wreszcie, — dodał Bumble, a zęby mu dzwoniły, gdy to mówił, — pan Monks za nadto jest człowiekiem szlachetnym i wspaniałomyślnym, aby się miał targnąć na zdrowie i życie Urzędników Gminy. Pan Monks wie, ze ja nie jestem już zbytecznie młodym, i że łatwiejszy jestem do zwalczenia, jakby się z pozoru sądząc wydawało, ale on téż i o tém słyszeć musiał,.... o ja wiem z pewnością, że pan Monks słyszał, moja droga,.... że ja jestem urzędnikiem odważnym, i nadzwyczajnie silnym, o tak nadzwyczajnie silnym, jeżeli raz w zapał i ogień wpadnę. Ja tylko w zapał wpaść muszę, oto rzecz cała.
Gdy to Bumble wyrzekł, ostatnich sił swoich dobył, aby z odwagą i śmiałością za latarnię chwycić, i przez przestrach w całém jego obliczu się malujący, jasno dowiódł, że on w istocie zapału i ognia potrzebował, i to nie mało, nimby się do jakiego nieprzyjacielskiego kroku dał skłonić, wyjąwszy chyba przeciwko ubogim, lub téż innéj osobie albo osobom bezbronnym i pognębionym.
— Głupiec z ciebie, — odpowiedziała godna połowica jego, — wolałbyś milczeć, i pysk stulić.
— Trzeba mu go było pierwéj zaszyć nim tutaj przyszedł, jeżeli cokolwiek ciszéj mówić nie umie, — rzekł Monks ze gniewem; — czy to twój mąż, co?
— On mój mąż! — odpowiedziała śmiejąc się z cicha niewiasta, omijając właściwe pytanie.
— Ja sobie to zaraz myślałem, skoroście tylko weszli, — odpowiedział Monks, spostrzegając gniewliwe spojrzenie, które zacna połowica na małżonka swego rzuciła, gdy mówić przestał. — Tém lepiéj! tém lepiéj! Niemam tyle wstrętu do ułatwienia spraw moich z dwojgiem ludzi, jeżeli widzę, że jedna wola tylko nimi kieruje. Co mówię to mówię jak najszczerzéj,.... bez żartu,.... oto patrzcie!
To mówiąc, wsunął rękę do kieszeni, wyjął z niéj woreczek jedwabny, wyliczył dwadzieścia pięć gwinej na stole, i posunął je kobiecie.
— Oto, — rzekł, — schowajcie to sobie,.... i wyruszcie z tém, co wiecie, skoro tylko ten przeklęty grzmot przeminie, którego nad głowami czuję.
Grzmot, który téj chwili się odezwał, zdawał się być w istocie o wiele bliższy, wprost nad ich głowami, a gdy ten przeminął i wszelka dalsza obawa znikła, Monks, podniósł głowę ze stołu, i nachylił się naprzód ku pani Bumble, aby dobrze słyszeć co mówić będzie.
Głowy wszystkich trzech osób bardzo blizko się stykały, gdyż obaj mężczyzni, ciekawi co usłyszą, w swéj gorliwości przez wązki stolik pomiędzy sobą się przechylili, a kobieta się do nich także przysunęła, aby szept jéj cichy to samo łatwiéj zrozumieć można było.
Ciemne światło wiszącéj nad nimi latarni padało wprost na ich twarze, pomnażało jeszcze bardziéj bladość i trwogę na nich wyrytą, a przy téj ciemności, która ich w koło otaczała, wyglądali jak strachy, duchy nocne, z sobą się umawiające.
— Kiedy ta kobieta, stara Sally się zowiąca, umierała, — kobieta mowę rozpoczęła, — byłyśmy obie same jedne.
— Czy z pewnością nikogo więcéj nie było? — zapytał Monks, tym samym cichym szeptem, — może jaki bękart chory, albo głuptaś w drugiém łóżku?.... nikt a nikt, coby mógł słyszeć i według wszelkiego podobieństwa zrozumieć, co się mówiło?
— Ani żywéj duszy! — odpowiedziała kobieta; — byliśmy sami, a ja byłam sama przy jéj łóżku, gdy konała.
— Dobrze! — odpowiedział Monks, spoglądając na nią uważnie, — mów daléj.
— Ona mówiła o młodéj dziewczynie, — ciągnęła niewiasta, — która przed kilkunastu laty chłopca na świat wydała; nie w téj saméj izbie, ale w témże samém łóżku, na którém konając leżała.
— Czy tak? — zawołał Monks z drżącemi usty, i spojrzał przez ramię po za siebie. — Piekło! Jak to wszystko w świecie w końcu na wierzch wyjdzie.
— Był to ten sam chłopczyna, o którymeście przeszłéj nocy wspominali; — dodała niewiasta, skinąwszy niedbale na męża, — ta dozorczyni matkę jego okradła.
— Za życia? — zapytał Monks.
— Nie, po śmierci, — odpowiedziała kobieta, dreszczem zimnym przejęta. — Okradła trupa, gdy ciało owéj dziewczyny trupem się stało, a to, co wtedy skradła, było to samo, co ją konająca dla syna przechować prosiła.
— Czy to sprzedała? — zawołał żywo Monks z trwogą i ciekawością, — mów, mów, czy sprzedała?.... gdzie?.... kiedy?.... komu?.... jak dawno?
— Gdy mi z wielką trudnością to opowiedziała, co uczyniła, oskarżając się o zbrodnię, wywróciła się na łóżko i skonała.
— I nic więcéj nie powiedziała? — wrzasnął Monks głosem, który się tém wścieklejszym być zdawał, że go wszelkiemi siłami pohamować się starał. — To kłamstwo! Tego tak drogo płacić nie mogę!.... Ja ci się niedam tak łatwo złudzić.... Ona coś więcéj powiedzieć musiała.... Ja was oboje zabiję, jeźli się nie dowiem, co więcéj powiedziała.
— Ani słówka najmniejszego więcéj nie powiedziała, — odparła kobieta, groźbą i wściekłością tego szczególnego człowieka bynajmniéj nie zastraszona, (czego o panu Bumble powiedzieć nie można); — lecz ręką jedną kurczowo ściągniętą za suknię mię chwyciła, a gdym się nakoniec przekonała, że dusza z niéj rzeczywiście uszła, i przemocą suknię moję z jéj ręki wydrzeć chciała, spostrzegłam, że w niéj coś trzyma, a to coś jest brudnym świstkiem papieru....
— W którym było.... — wtrącił Monks, naprzód się pochylając.
— W którym nic nie było, — odpowiedziała kobieta spokojnie; — była to kartka z banku zastawowego.
— Na co? — zapytał Monks.
— O tém potém, gdy czas na to przyjdzie, — odpowiedziała z zimną krwią kobieta. — Mnie się zdaje, że ona ten klejnot długi czas u siebie przechować musiała w nadziei, iż go lepiéj będzie spieniężyć mogła, a potém go zastawiła, i pieniądze na to odkładać lub téż kraść musiała, aby w banku zastawnym co rok należne nasto (procent) zapłacić, i przez to wszelkiemu wykryciu zapobiedz; w przypadku zaś, gdyby podobne niebezpieczeństwo jéj groziło, chciała z pewnością wszystko wykupić i zniszczyć. Lecz to dotąd jeszcze nie nastąpiło; a ona, jak wam już powiedziałam, umarła z tym zbrukanym, zmiętym świstkiem papieru w ręce stulonéj. Czas wykupienia za dwa dni się kończył;.... ja zaś spodziewając się, iż czas taki nakoniec nadejdzie, w którym korzyść z tego będę mieć mogła, wykupiłam ten zastaw.
— Gdzie on jest teraz? — zapytał Monks żywo.
— Oto jest!
Odpowiedziała kobieta. I jakby nieskończenie rada była, iż od tego ciężaru uwolnioną zostanie, rzuciła śpiesznie na stół mały woreczek skórzany, zaledwie tak wielki, żeby się malutki zegareczek kobiecy do niego był mógł zmieścić, a Monks go natychmiast chciwie pochwycił i drżącemi rękoma do otworzenia go się zabrał.
W tym woreczku znajdowała się mała, złota kłóteczka, w któréj dwa pukle włosu jasnego, i obrączka szczerozłota zachowana była.
— Na stronie wewnętrznéj pierścionka wyryte jest imię: „Agnes,“ — mówiła daléj pani Bumble; — daléj jest miejsce próżne na inne imie, poczém następuje dzień i miesiąc, a myśmy potém się przekonali, że to jest dzień rokiem wcześniejszy od tego, w którym Oliwer się urodził.
— I to już wszystko?
Zapytał Monks, zbadawszy ściśle i dokładnie to wszystko, co ten mały woreczek zawierał.
— Wszystko! — odpowiedziała niewiasta.
Bumble głęboko westchnął, jakoby z tego bardzo był rad, że się ta cała sprawa już zakończyła, a Monks ani słówka nie rzekł o odebraniu napowrót tych dwudziestu pięciu funtów szterlingów, i teraz dopiero na tyle odwagi i śmiałości nabrał, aby sobie pot zimny z czoła otrzeć, który po twarzy i nosie gęstemi kroplami spływał podczas całéj poprzedniéj rozmowy.
— Ja o tém wszystkiem nic więcéj nie wiem, prócz tego jedynie, co się domyśleć mogę, — ozwała się kobieta po chwili milczenia do Monksa, — i nie życzę sobie nawet wiele wiedzieć, gdyż to daleko bezpieczniéj. Czy mogę wam jednak parę pytań zadać?
— Możesz, — odpowiedział Monks, z niejakiém zadziwieniem; — lecz czyli ja odpowiem lub nie, to inne pytanie.
— Co teraz trzy pytania robi, — zauważył Bumble, chcąc niby coś dowcipnego i żartobliwego oraz powiedzieć.
— Czy to jest to samo, coście odemnie dostać chcieli? — zapytała pani Bumble.
— Tak jest, — odpowiedział Monks, — a teraz drugie pytanie?
— Cóż zamierzacie z tém uczynić? Czy to niemoże być kiedy przeciwko mnie użyte? — spytała powtórnie niewiasta.
— Nie, nigdy! — odpowiedział Monks; — ani téż przeciwko mnie. Patrzajcie! lecz się ani na krok daléj nie ruszcie, jeżeli wam życie miłe.
To mówiąc, stół nagle na bok usunął, a pociągnąwszy za kółko żelazne koło ściany, otworzył natychmiast drzwi w podłodze tuż koło nóg pana Bumble, który się przerażony z największym pośpiechem w tył usunął.
— Spojrzyjcie na dół! — rzekł Monks, biorąc latarnię i przyświecając nią na dół. — Nie lękajcie się niczego!.... Gdybym waszéj śmierci pragnął, mógłbym was bardzo łatwo na tamten świat wysłać tak nieznacznie, żebyście tego byli nawet nie spostrzegli, gdyście przy stole siedzieli; ale to nie jest mojém życzeniem.
Tém zapewnieniem ośmielona pani Bumble, odwagi nabrała i do téj otchłani się zbliżyła, a nawet i Bumble sam, nadzwyczajną ciekawością zdjęty, to samo uczynił i ku nim się zbliżył.
Woda brudna, spieniona, ulewą przed kilku chwilami wzmocniona, szybkim strumieniem pędziła, a szum i huk fal kipiących, o pale obmulone i brzegi z łoskotem uderzających, zagłuszał wszelkie inne głosy, któreby się słyszeć zdawały.
Na tém miejscu stał niegdyś młyn wodny, a strumień spieniony, wyjący, dymiący, uderzający o pale i zabytki dawnéj maszyneryi, zdawał się tylko nowéj szybkości nabierać, gdy się mu od tych zawad uwolnić udało, które mimowolnie bieg jego szybki wstrzymywały.
— Gdyby trupa tutaj na dół rzucono, gdzieżby się do jutra rana dostał? —
Zapytał Monks, chwiejąc latarnią na wszystkie strony nad tą czarną otchłanią.
— Przynajmniéj o dwadzieścia mil do jutra rana, i to w kawałki poszarpany.
Odpowiedział Bumble, na samo wspomnienie dreszczem i zgrozą przejęty.
Monks dobył owego woreczka z zanadrza, gdzie go natychmiast ukrył, i przywiązawszy mocno do ołowianéj kuli, która mu właśnie pod rękę wpadła, leżąc koło niego na podłodze, rzucił go na dół w wodę. Słychać było wyraźnie jak woda plusnęła, i z taką pewnością wszystko pokryła, jak ziemia ciało zmarłego w grobie.
Wszystko troje z wybladłemi twarzami po sobie spojrzeli, i swobodniéj nieco odetchnęli.
— Tak! — rzekł Monks, zamykając napowrót drzwi w podłodze, które ciężko zapadły. — Jeżeli morze w istocie trupy wyrzuca,...... jak ludzie w książkach bają i piszą,..... to złoto i śrebro z pewnością zatrzyma. Nie mamy z sobą nic więcéj do pomówienia; możemy zatém przerwać i zakończyć naszą przyjemną rozmowę.
— To prawda! to prawda! — potwierdził Bumble z największym pośpiechem.
— Spodziewam się, że na wieki język będziesz trzymał za zębami, i ani słówka o tém nigdy nie piśniesz, coś tu widział i słyszał? — przemówił Monks do niego z groźném wejrzeniem. — O twoję żonę się nie lękam, aby się z czém wygadać miała.
— Możesz mi w téj mierze zaufać młody człowieku! — odpowiedział Bumble, zbliżając się powoli do drabiny i kłaniając ciągle jak najuniżeniéj. — Chodzi tu nietylko o ciebie, mój młody człowieku, ale i o mojéj żony i moję skórę, jak ci samemu dobrze wiadomo, szanowny panie Monks.
— Bardzo mnie to cieszy, że z twych ust podobną uwagę słyszę, — odpowiedział Monks. — Zapal sobie świecę do latarni, i uchodźcie ztąd jak najśpieszniéj dla własnego bezpieczeństwa.
Było to wielkiém szczęściem dla pana Bumble, że ta rozmowa téj chwili się zakończyła, inaczéj byłby wpadł niezawodnie na dół do izby na głowę, gdyby się tylko raz jeszcze cofając w tył, był ukłonił, albowiem o pół stopy tylko od tego otworu może był oddalonym, którym na dół zejść wypadało.
Monks spuścił latarnię, i zdjął ją z haka, a Bumble sobie u niéj światło do swojéj zapalił, do ręki ją wziął i po drabinie najpierwszy w milczeniu na dół schodzić zaczął, nie dokładając najmniejszego starania do przeciągnienia rozmowy; tuż za nim droga jego małżonka się spuściła.
Monks zeszedł za nimi, i zatrzymawszy się na chwilę na drabinie, na wszystkie strony ucho pilnie nadstawiał, aby się przekonać, iż prócz szumu bieżącéj wody i pluskania deszczu padającego, żadnego innego szmeru lub głosu nie słychać.
Pocichutku przeszli przez izbę dolną, i to z największą ostrożnością, gdyż cień najmniejszy Monksa przestrachem i zgrozą przejmował; a Bumble trzymając latarnię swoją ciągle o kilka stóp po nad ziemią, szedł nietylko z niewypowiedzianą ostrożnością, ale i z zadziwiającą lekkością na człowieka jego postawy, i śledził naokoło, czyli gdzie drzwi tajnych, w przepaści wiodących niema.
Drzwi, przez które weszli, Monks im pocichutku otworzył, i pożegnawszy ich skinieniem głowy, małżeństwo na dwór wypuścił, które, opuściwszy swego tajemniczego przyjaciela, natychmiast w ciemnościach mgły i nocy zaginęło.
Zaledwie Bumble wraz z swoją godną połowicą z oczu zniknął, Monks, który znaczną miał odrazę do wszelkiéj samotności w takiém ciemném ustroniu, zawołał na małego chłopca, który gdzieś w domu ukrytym być musiał, nakazał mu iść przodem z latarnią, i powrócił za nim do izby, którą przed chwilą w towarzystwie byłego Woźnego i jego małżonki opuścił.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.