Oliwer Twist/Tom II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

W którym czytelnik, jeżeli sobie ostatni rozdział pierwszego tomu przypomnieć zechce, wielką zmianę, nie bardzo niezwyczajną w małżeństwie, spostrzeże.

Pan Bumble siedział sobie w izbie domu roboczego, z oczyma smutnie wlepionemi w posępne okno kratowe, przez które żaden wesoły promień słońca do izby przez cały dzień niewpadał, lubo to była pora letnia, chyba czasami kilka bladych, zimnych promieni słońca, odbijających się o lśniącą powierzchnię jakiego naprzeciwko znajdującego się przedmiotu.
U stropu wisiała papierowa łapka na muchy, na którą, w niemiłych, posępnych myślach pogrążony, czasami oczy swoje zwrócił; a jeźli się mnóstwo tego brzydkiego owadu w niéj ułowiło, pan Bumble zwykle głęboko, smutno westchnął, a cień jeszcze większego, przykrzejszego smutku przytém po jego twarzy przebiegł. Pan Bumble głęboko rozmyślał, a to łatwo być może, iż owe muchy w łapce jakieś przykre, boleśne wydarzenie w jego życiu przeszłém na pamięć mu przywodziły.
Lecz nie samo tylko wejrzenie pana Bumble zdolne było do obudzenia w piersi widza uczucia litości i łagodnego smutku. Niezbywało i na innych jeszcze znakach, znakach dotyczących się jego własnéj osoby, które zapowiadały, iż wielka zmiana nastąpiła w jego położeniu i stanie.
Gdzież się podziała owa suknia jego wyszywana i kapelusz trójgraniasty?
Nosił on wprawdzie zawsze jeszcze krótkie spodnie, a ciemne bawełniane pończochy pokrywały jego silne nogi i łytki, lecz to nie były już te spodnie. Suknia jego miała szerokie poły, i z tego względu wiele podobieństwa do téj sukni, lecz o Boże! jaka wielka różnica! Zamiast owego potężnego trójgraniastego kapelusza, nosił teraz mniejszy, skromny, okrągły. Pan Bumble już niebył więcéj Woźnym Gminowym!
Są w świecie pewne godności, stopnie, posady, które niezawiśle od korzyści materyjalnych szczególnéj wartości od odzieży z nimi połączonéj nabierają. Bumble, kapelusza swego trójgraniastego pozbawiony prostém człowiekiem jedynie pozostał.
Bumble ożenił się był z panią Corney i został gospodarzem roboczego domu. Inny Woźny po nim władzę oddziedziczył, a z nią i kapelusz trójgraniasty, złotem wyszywaną odzież, i laskę urzędową.
— A jutro będzie właśnie dwa miesiące, jak się to wszystko stało! — zawołał Bumble z westchnieniem. — Mnie się ten czas już wiekiem wydaje.
Bumble mógł także pod tém rozumieć, iż cały wiek roskoszy w tym krótkim czasie ośmiu tygodni użył; lecz westchnienie jego,.... w tém westchnieniu całe znaczenie leżało.
— Zaprzedałem się, — rzekł Bumble, snując ciągle to samo pasmo myśli, — zaprzedałem się za sześć łyżeczek od kawy, parę szczypczyków od cukru, i garnuszek do śmietany, prócz kilku starych gratów i dwudziestu funtów gotówką. O jakże tanio.... bardzo tanio mię kupiono!
— Tanio! — wrzasnął mu głos koło ucha. — Tyś był za cenę najmniejszą jeszcze drogi; a Bóg widzi, żem aż za nadto drogo za ciebie zapłaciła!
Bumble się obrócił, a jego oczy padły wprost na zajmujące oblicze jego drogiéj połowicy, która, niepojmując dokładnie tych kilku słów, które usłyszała, i nierozumiejąc zupełnie jego skargi, z powyższą odpowiedzią na los szczęścia się odezwała.
— Pani Bumble! — zawołał Bumble, z surowością smętną.
— No i cóż takiego? — odpowiedziała jego połowica.
— Bądź tak dobra, i spojrzyj mi w oczy!
Rzekł Bumble zatapiając w niéj swój wzrok.
— Jeżeli takie spojrzenie jak to wytrzyma, — pomyślał sobie Bumble w duszy, — to wszystko w świecie wytrzyma. Jest to spojrzenie, którego żaden z ubogich nie zniósł; a jeźli ono na nią żadnego wpływu mieć nie będzie, więc potęga moja zaginęła.
Czyli cokolwiek większe wytrzeszczenie oczu jest dostateczne, aby ubogich przerazić, którzy źle żywieni, wątli, wielkich sił nieposiadają, lub też pani Corney przeciwko wszelkiemu wejrzeniu, choćby nawet orlemu, była ubezpieczoną, tego powiedzieć trudno. Główną rzeczą było to, że spojrzenie pana Bumble żadnego wpływu na tę niewiastę niewywarło, a ona owszem, z wielką pogardą na niego okiem rzuciła, a nawet i z niego szydersko się roześmiała, który to śmiech widocznie z serca jéj pochodził.
Pan Bumble, słysząc ten głos niespodziewany, spojrzał na nią najprzód z niedowierzeniem, a potém z nadzwyczajném zadumieniem. Potém wpadł na powrót w swój dawny stan otrętwiałości i zamyślenia, z którego się nieocknął, dopokąd powtórnie głosu miłego swéj połowicy nie usłyszał.
— Czyż przez cały dzień będziesz tutaj na tém krześle siedział i chrapał? — zapytała pani Bumble.
— Ja sobie tutaj będę siedział tak długo, jak mi się tylko żywnie będzie podobało, moja pani! — odpowiedział Bumble, — a lubom jeszcze dotąd nie chrapał, to sobie odtąd będę chrapał, ziewał, kichał, śmiał, lub krzyczał według mego upodobania; gdyż mam prawo do tego.
— Prawo! — zawołała szydersko pani Bumble, z niewypowiedzianą wzgardą.
— Tak jest, prawo! rzekłem, moja pani! — odpowiedział Bumble. — Mąż ma prawo rozkazywać.
— A jakież prawo kobiety mają, na miłość wielkiego Boga? — wrzasnęła wdowa po nieboszczyku śp. panu Corney.
— Prawo być posłuszną! — zagrzmiał Bumble. — Gdyby twój pierwszy i nieszczęśliwy mąż nieboszczyk był zawsze o tém pamiętał, i tobie często przypominał, byłby z pewnością dotąd jeszcze przy życiu. O, jabym sobie szczerze życzył, aby on był jeszcze żył, ten biedny człowiek.
Pani Bumble w mgnieniu oka pojęła, że teraz chwila wielka i stanowcza nadeszła, a walka ostateczna o władzę domową i panowanie koniecznie być stoczoną, i na jednę lub drugą stronę stale i nieodzownie na zawsze przechylić się musi, rzuciła się natychmiast z przeraźliwym wrzaskiem na krzesło, skoro tylko ową przymówkę do nieboszczyka swego pierwszego męża usłyszała, a skarżąc się żałośnie, iż pan Bumble jest człowiekiem twardego serca, nielitościwym, źwierzęciem drapieżnym, łzy gorżkie strumieniem wylewać zaczęła.
Lecz łzy właśnie były tym środkiem jedynym, na który dusza jego czuła nie była; serce pana Bumble było stalowe, a zatém i wilgoci nieprzepuszczało.
Podobnie jak kastorowe kapelusze, które prać można, a one w deszczu ładniejszemi i trwalszemi się stają, tak i nerwy jego strumienie łez tylko wzmacniały, i dzielności im nadawały, zwłaszcza, że je jako znak słabości, a zatém i ciche uznanie jego władzy uważał, co go nadzwyczajnie cieszyło i zachwycało.
Spojrzał tedy na swoją godną małżonkę z niewypowiedzianą radością, i dodając jéj odwagi błagał zarazem, aby sobie szczęśliwie płakała tak długo, jak tylko będzie mogła, ponieważ lekarze podobnemu ćwiczeniu wielki i pomyślny wpływ na zdrowie przypisują.
— To piersi od duszności uwalnia, twarz płucze, oczy wzmacnia, i gniewliwe wzburzenie łagodzi, — rzekł Bumble, — a zatém płacz sobie, płacz szczęśliwa.
Uczyniwszy tę uwagę żartobliwą, pan Bumble swój kapelusz zdjął z goździa, i zasadziwszy go czupurnie i zuchwale na bakier, zwyczajnie jako mąż, który na sposób dobitny wyższość swoję okazał, powagę ustalił, władzę sobie wywalczył, wsadził ręce do kieszeni i potoczył się zwolna ku drzwiom z nadzwyczajną powagą i niewypowiedzianém zadowolnieniem wewnętrzném, w całéj jego postawie się objawiającém.
Pani Bumble zrobiła to doświadczenie z płaczem dla tego jedynie, mówiąc prawdę, że ten sposób najlekszym, a jednak zwykle bardzo skutecznym się jéj wydawał; teraz jednak mocno sobie przedsięwzięła użyć dotkliwszego, o czém się pan Bumble na wielkie zadziwienie swoje niebawem przekonał.
Pierwszym znakiem tego nowego doświadczenia godnéj połowicy jego, dowodzącym o bujności jéj pomysłów, był dźwięk głuchy, stłumiony, po którym natychmiast spadnięcie kapelusza z jego głowy, i potoczenie się aż na drugi koniec pokoju nastąpiło.
Ten krok wstępny odkrył zupełnie jego głowę, a Jejmość w podobnych rzeczach doświadczona i wyćwiczona, chwyciła go jedną ręką za gardło, a drugą niezliczoną ilość ciosów w głowę i w plecy mu wymierzyła.... z siłą i zręcznością niepospolitą. Gdy ją to nakoniec znudziło, zmieniła cokolwiek swoje postępowanie, obrabiając mu twarz paznokciami, szarpiąc i targając go za włosy; a gdy nakoniec uważała, że mu już taką karę wymierzyła, na jaką zbrodnia jego zasługiwała, potrąciła go na krzesło, które jej właśnie w tym celu bardzo zręcznie pod ręką stało, i poleciła mu coś o swoich prawach wspomnieć, jeżeli do tego ma ochotę.
— Wstań trutniu! — rzekła pani Bumble nakazująco, — i wynieś się, abym cię na oczy niewidziała, jeżeli niechcesz, abym się jeszcze gorzéj z tobą nie obeszła.
Bumble wstał z krzesła z miną bardzo posępną, żałośną, dziwiąc się nad tém nadzwyczajnie, jakby się jeszcze gorzéj z nim obejść mogła, i chwytając za kapelusz, ku drzwiom się zwrócił....
— Czy pójdziesz ty raz? — wrzasnęła pani Bumble.
— Zaraz moja droga, zaraz! — odpowiedział Bumble, i kroku swego nieco przyśpieszył. — Ja niechciałem wcale.... ja niemiałem w myśli.... ja.... ja.... idę zaraz, moja droga,.... zaraz.... ty jesteś tak prędka, że.... w istocie....
Téj chwili pani Bumble żywo parę kroków ku niemu postąpiła, aby kobierzec, który się podczas ich utarczki cokolwiek zmiął i pokręcił, wygładzić, wyprostować i w dawny porządek przyprowadzić,..... a Bumble natychmiast jak strzała za drzwi wybiegł, nierzekłszy ani słówka więcej, i niedokończywszy wcale swéj myśli, zostawiając panią Corney w pełném posiadaniu placu bitwy.
Bumble z nienacka napadnięty i na łeb zbitym został.
Posiadał on skłonność niepowściągnioną do przechwalstwa i nadzwyczajne upodobanie w udręczeniu drugich, i był przytém,.... o czém nawet nadmieniać nie potrzeba,.... niesłychanym tchórzem....
Niechcemy jednak przez to żadnéj plamy na jego osobę rzucać, gdyż wiele urzędowych osób bywa, które powszechnego poszanowania, a nawet i czci wysokiéj używają, lubo téjże saméj słabości podlegają. Jeżeli tę uwagę uczyniłem, działo się to owszem jedynie dla usprawiedliwienia go, i przekonania czytelnika, iż on wszelkie własności posiadał, jakie na urzędnika potrzebne były.
Lecz miarka jego poniżenia nie była jeszcze pełna.
Przeszedłszy się po całym domu roboczym, i przyszedłszy po raz pierwszy na tę myśl, że prawa i rozporządzenia dla ubogich wydane, rzeczywiście są za nadto surowe i gnębiące i że mężowie, którzy swoje żony opuszczają, zostawiając je na łasce Gminy i domu roboczego, nie tylko na żadną karę, ale według wszelkiéj sprawiedliwości, jako osoby dobrze zasłużone, które wiele cierpień znieść musiały, na nagrodę nawet zasługują,... zbliżył się w końcu do jednéj izby, w któréj kobiety z roboczego domu zwykle praniem bielizny dla ubogich zajęte bywały, a w któréj właśnie znaczny hałas głośno rozprawiających słychać było.
— Hm! — mruknął Bumble pod nosem i zebrał całą swoję powagę. — Te kobiety przynajmniéj prawo w poszanowaniu mieć powinny. Hola! cicho!.... co ma znaczyć ten hałas, wy stare czarownice?
Bumble to mówiąc, otworzył drzwi, i wszedł do praczkarni z gniewem i dumą, która się natychmiast na największą pokorę zamieniła, gdy oczy jego zacną małżonkę niespodziewanie dostrzegły.
— Droga żono! — rzekł Bumble do niéj; — niewiedziałem o tém wcale, że tutaj jesteś.
— Niewiedziałeś o tém, że tutaj jestem, — powtórzyła pani Bumble; — cóż ty tutaj robisz?
— Ja sądziłem, że te kobiety za nadto wiele i głośno rozprawiają, aby robotę swoję dobrze i dokładnie uskutecznić mogły, moja kochana.
Odpowiedział Bumble, spoglądając z pod oka na kilka kobiet starych w praczkarni, które koło balii stały i tą pokorą i uległością żonie gospodarza zawiadującego domem roboczym nadzwyczajnie uradowane się być zdawały.
— Tobie się zdawało, że za wiele rozprawiają? — odparła pani Bumble; — a tobie co do tego?
— Ja tylko chciałem, moja droga...... — ośmielił się Bumble pokornie zarzucić.
— Co tobie do tego, pytam cię? — powtórzyła pani Bumble głosem donośniejszym.
— To prawda, ty jesteś tutaj panią, moja droga, — odrzekł Bumble nieśmiało, — ale ja myślałem, że ciebie tutaj właśnie niema.
— Posłuchajże mię teraz, panie Bumble, — odparła jego luba małżonka, — my tu ciebie wcale niepotrzebujemy, i radzę ci, abyś się raz odzwyczaił nos twój do rzeczy wścibać, które do ciebie wcale nienależą; wszyscy ludzie z całego domu tylko się z ciebie śmieją i szydzą, jak tylko oczy od nich odwrócisz; co chwila na głupca się wystawiasz. Idź precz! ruszaj!
Bumble, którego palce świerzbić zaczęły, widząc, że te stare czarownice głowy postykały, i pomiędzy sobą szeptać i złośliwie uśmiechać się zaczęły, wahał się na chwilę.
Lecz pani Bumble, któréj już cierpliwości brakło, chwyciła za wielki garnek zagotowanych mydlin, i wskazując mu drzwi, zagroziła oraz, iż w tych mydlinach go całego skąpie, jeżeli co tchu nie umknie.
Cóż biedny Bumble miał począć?
Obrócił się natychmiast i wyszedł, a gdy się drzwi za nim zamknęły, kobiety po kryjomu dotąd się uśmiechające, głośnym i ogromnym śmiechem parsknęły.
Tego mu jeszcze na dobitek brakowało! W oczach ich został shańbiony;... nawet u mieszkańców nędznych domu roboczego powagę i poszanowanie utracił! Upadł z całéj wysokości i świetności Woźnego Gminy, na stopień najniższy poniżenia i upokorzenia, bo aż na służalca swéj żony!
— I to wszystko w dwóch miesiącach! — zawołał Bumble, w myślach smutnych pogrążony. — Przed dwoma miesiącami,.... tak jest, przed dwoma miesiącami dopiero byłem nie tylko panem własnym, ale i panem każdego, jak daleko granice domu roboczego Gminy się rozciągają;.... a teraz!....
Tego było za wiele!
Bumble wymierzył silny policzek chłopcu w nagrodę za to, że mu drzwi otworzył, — gdyż w swém zamyśleniu bramę minął, — i wyszedł w roztargnieniu na ulicę.
Przeszedł się przez kilka ulic tam i nazad, a ten ruch uspokoił cokolwiek jego wzburzenie; lecz ta zmiana uczuć wielkie pragnienie mu sprawiła.
Idąc bardzo wiele szynkowni po drodze napotykał, wszystkie mu były jednak za bliskie, za ludne; nakoniec doszedł do jednéj na uboczy, nieco ukrytéj, a gdy przez nizkie okno do niéj okiem rzucił, niespostrzegł nikogo, prócz jednego tylko samotnego gościa.
Téj chwili deszcz mocny padać zaczął, a to go nakoniec skłoniło do uskutecznienia swego zamiaru. Bumble wszedł do szynkowni, kazał sobie dać pić, gdy mimo kantoru przechodził, i wszedł do téj izby szynkownéj, do któréj przez okno był zajrzał.
Nieznajomy, którego w niéj zastał, był to mężczyzna dość wysokiego wzrostu, na twarzy smaglawy, opalony, i miał na sobie płaszcz szeroki. Widać było po nim, ze jest obcym, a znużenie w całéj jego postawie, równie jak i pył z gościeńca na jego całéj odzieży, jasnym był dowodem, iż z daleka przybywa.
Z pod oka spojrzał na Bumbla, gdy ten wszedł do izby, i zaledwie głową skinąć raczył dziękując za powitanie.
Pan Bumble posiadał za dwóch zewnętrznéj powagi w swéj postawie, zwłaszcza jeżeli się obawiał, ażeby ktoś w zanadto wielką poufałość z nim wejść nie chciał; w milczeniu przeto pił swoję wódkę z wodą, i wziął się do czytania dzienników z nadzwyczajną powagą i okazałością.
Zdarzyło się jednak, — jak to się bardzo często zdarza, jeżeli człowiek w podobnych okolicznościach w towarzystwie się znajduje, — że Bumble kiedy niekiedy wielkiéj ponęty doznawał, i żadną miarą przezwyciężyć się nie mógł, aby na nieznajomego ukradkiem oczyma nie rzucić; jeźli zaś kiedy téj pokusie uległ, oczy natychmiast zmięszane na dół spuszczał, gdyż zwykle spostrzegł, że i nieznajomy téjże saméj chwili na niego z niemniejszą ciekawością spogląda.
To pomięszanie pana Bumble pomnażał jeszcze bardziéj szczególny wyraz w oku nieznajomego, które skrzyło, przeszywało, i tak wielkie podejrzenie, nieufność objawiało, jak mu się jeszcze nigdy widzieć nie zdarzyło, a to jeszcze odrazę tego oka tak pomnażało i groźną czyniło, że mu niepodobna było znieść jego spojrzenia.
Gdy tymsposobem kilkakrotnie oczy ich się spotkały, nieznajomy przerwał nakoniec milczenie i rzekł głosem grubym, rubasznym.
— Czyś może za mną spoglądał, gdyś przez okno tutaj zazierał.
— Tego wcale niepamiętam, chyba żebyś był panem..
Tutaj Bumble mowę uciął, będąc mocno ciekawym nazwiska nieznajomego się dowiedzieć, i sądząc, że on miejsce próżne w poprzedniéj mowie jego w swéj niecierpliwości zapełni.
— Teraz poznaję, że nie, — odpowiedział nieznajomy, a wyraz spokojności i szyderstwa zaigrał koło ust jego, — inaczéj byłbyś musiał wiedzieć, jak się nazywam. Lecz ty mnie nieznasz, a jabym ci szczerze radził, o mnie się wcale niedopytywać.
— Niechciałem cię obrazić, mój młody człowieku! — rzekł na to Bumble wspaniale.
— I nieobraziłeś mię wcale, — odpowiedział nieznajomy.
Milczenie powtórne nastąpiło po téj krótkiéj rozmowie, które nieznajomy w końcu na nowo przerwał.
— Jeżeli się niemylę, tom cię już raz kiedyś widział, mój panie, — ozwał się. — Wtedy byłeś cokolwiek odmienniéj ubrany, a ja cię tylko przez ulicę przechodzącego widziałem; teraz cię jednak poznaję. Mnie się zdaje, żeś tutaj był Woźnym, nieprawdaż?
— Tak jest, — odpowiedział Bumble z wielkiém zadziwieniem; — Woźnym Gminy!
— Prawda, prawda! — potwierdził nieznajomy, kiwnąwszy głową. — Ja cię też w tej godności widziałem. Czémże teraz jesteś?
— Gospodarzem domu roboczego! — odpowiedział Bumble zwolna i poważnie, jakoby chciał przez to wszelką bliższą poufałość uciąć, gdyby nieznajomy do tego zmierzał. — Gospodarzem domu roboczego, mój młody człowieku!
— Nie wątpię jednak, żeś i teraz te same oczy na własną korzyść zachował, jakieś miał i poprzód, co? — rzekł śmiało nieznajomy, spoglądając mu prosto w oczy, gdy je Bumble z zadziwienia na to zapytanie ku niemu podniósł. — Mów ze mną otwarcie, bez wszelkiéj obawy. Jak sam widzisz, to cię znam bardzo dobrze.
— Mnie się zdaje, że w tém nic złego niema, jeżeli człowiek żonaty, — odpowiedział Bumble, osłaniając oczy z góry ręką, i mierząc nieznajomego widocznie zdziwiony, pomięszany, od stóp do głów, — jeżeli człowiek żonaty niepogardza sztuką złota, którą uczciwie sobie zarobić może, tak jak i nieżonaty. Urzędnicy Gminy nie są tak hojnie płatni, ażeby nie mieli przyjąć małego zarobku, jeżeli się im zręczna i uczciwa sposobność do tego nadarzy.
Nieznajomy się uśmiechnął i kiwnął głową powtórnie, jakby przez to chciał powiedzieć, iż to znalazł, czego szukał, i w panu Bumble się nie pomylił. Zadzwonił tedy.
— Jeszcze jedną szklankę! — rzekł, podając szklankę próżną pana Bumble gospodarzowi szynkowni. — Ale tylko mocnego i gorącego. Mnie się zdaje, że taki lubisz, mój panie?
— Niebardzo mocny, niebardzo mocny.
Odpowiedział Bumble, odkrząknąwszy lekko.
— Rozumiesz, co to ma znaczyć, panie gospodarzu! — odpowiedział nieznajomy śmiało.
Gospodarz się uśmiechnął, znikł, i powrócił niebawem z dymiącą szklanką, z której łyk pierwszy zaraz łzy w oczy panu Bumble napędził.
— A terazże mię posłuchaj! — ozwał się nieznajomy, zamknąwszy drzwi i okna. — Ja tu dzisiaj w tym celu jedynie przybyłem, aby się z tobą widzieć i pomówić; a przez przypadek szczególny, jaki szatan bardzo często swym oblubieńcom nastręcza, wchodzisz do téj izby właśnie wtedy, kiedy ja siedząc tutaj o tobie rozmyślam i mózg sobie suszę. Trzeba mi pewnéj wiadomości od ciebie, nieżądam jéj jednak za nic. Oto schowaj to na początek.
To wyrzekłszy, przesunął po stole kilka gwinej do swego towarzysza jak najostrożniéj, jakby się obawiał, aby dźwięku tego kruszcu w pobocznej izbie nieusłyszano. A gdy pan Bumble, obejrzawszy starannie dukaty, i przekonawszy sie dokładnie, iż to złoto szczere, prawdziwe, z wielką radością serca do kieszonki w swéj kamizelce białéj je schował, nieznajomy ciągnął daléj:
— Przenieś się myślą w przeszłość,... poczekaj,... dwanaście lat,.... przeszłéj zimy....
— To czas bardzo długi, — zarzucił Bumble. — No dobrze,.... już jestem.
— Widownią dom roboczy!
— Dobrze!
— Pora nocna!
— Dobrze!
— A miejscem działania licha jama, w której nędzne wszetecznice na schyłku życia i zdrowia dzieci rodzą, które gmina na koszta swoje żywić musi, i hańbę swoję potém w grobie kryją! Przekleństwo na nie!
— Słowem, dom położnic, jak się mi zdaje?
Rzekł Bumble, niemogąc tak prędko pojąć górnolotnego opisu nieznajomego.
— Tak jest, — odpowiedział nieznajomy. — W tym domu urodził się chłopczyna.
— Wiele chłopców tam się już urodziło, — zauważył Bumble, wstrząsając głową.
— Niech tych djabłów małych zaraza morowa wygubi! — zawołał z niecierpliwością i gniewem nieznajomy. — Ja mówię o bladym psie małym, którego późniéj w naukę do Przedsiębiorcy pogrzebów w tém mieście oddano,.... (byłbym sobie życzył, aby tam swoją własną trumnę był zrobił, i swe kości w niéj złożył,....) a który potém uciekł i do Londynu się udał, jak się domyślano.
— A!.... mowa jak widzę o młodym Oliwerze,.... Oliwerze Twist? — zapytał Bumble. — Przypominam sobie, przypominam. Był to krnąbrny, uparty, zawzięty wisus mały....
— Ja o nim nic więcéj słyszeć nie chcę,.... jużem dość słyszał o nim, — odparł nieznajomy, przecinając panu Bumble wyliczenie bardzo długiego szeregu wszelkich wad i niecnót biednego Oliwera, do którego się Woźny zabierał. — Ja chcę słyszeć o kobiecie, staréj czarownicy, która matkę jego w słabości pielęgnowała. Gdzie ona jest?
— Gdzie ona jest? — zawołał Bumble, którego wódka z wodą nieco żartobliwym uczyniła; — gdzie ona jest?.... toby bardzo trudno było powiedzieć. Tam niema położnic, ani akuszerek gdzie ona jest; dla tego sądzę, że teraz jest bez wszelkiego zatrudnienia.
— Co pod tém rozumiesz? — zapytał go nieznajomy surowo.
— Że przeszłéj zimy umarła! — odpowiedział Bumble spokojnie.
Nieznajomy wlepił w niego wzrok swój przenikliwy, gdy mu Bumble to powiedział, a lubo swych oczu przez długi czas jeszcze potém z niego niespuścił, spojrzenie ich jednak coraz bardziéj gasło, błędném się stawało, tak że Bumble łatwo się mógł dorozumieć, iż myśli głębokie całkiem go zajmują.
Przez długi czas niemożna było poznać, czyli go ta wiadomość ucieszyła, lub mu też zawód, nieprzyjemność sprawiła; w końcu jednak swobodniéj oddechać zaczął, a podnosząc oczy, rzekł, iż to nic nieznaczy i wstał, jakby się chciał był oddalić.
Pan Bumble jednak był także człowiekiem znacznie przebiegłym, którego oku bacznemu to wcale nieuszło, iż się właśnie sposobność pomyślna nastręcza, do pozbawienia się bardzo korzystnego tajemnicy swéj zacnéj połowicy. On sobie przypomniał bardzo dobrze owę noc, któréj stara Sally umarła, albowiem wydarzenia owego dnia były za nadto pamiętne dla niego i to bardzo słusznie, gdyż to owego wieczora serce i rękę swoję pani Corney u nóg złożył.
Lubo zacna jego małżonka nigdy mu tego niewyjawiła, co się owéj nocy stało, i o czém się dowiedziała, usłyszał on jednak tyle, iż z tego łatwo się mógł domyśleć, że ta cała tajemnica styczność mieć musi z wydarzeniem, które wtedy zaszło, kiedy stara Sally matkę Oliwera pielęgnowała.
Przywodząc sobie śpiesznie na pamięć te wszystkie okoliczności, z wielką tajemniczością nieznajomego o tém uwiadomił, że nim ta czarownica stara umarła, przywołała do siebie pewną kobietę, z którą długą rozmowę miała, i jéj według wszelkiego podobieństwa zapewnie coś powierzyć musiała, coby niejakie światło na przedmiot jego poszukiwań łatwo rzucić mogło.
— Gdzież i jak się z tą kobietą widzieć mogę?
Zawołał nieznajomy przez zapomnienie, i dowiódł przez to pytanie, iż ta wiadomość pana Bumble trwogę napowrót w nim obudziła.
— Tylko przezemnie! — odpowiedział Bumble.
— Kiedy? — zapytał nieznajomy z pośpiechem.
— Jutro! — odpowiedział Bumble.
— O dziewiątéj wieczorem!
Rzekł na to nieznajomy, wyjmując z kieszeni świstek papieru, na którym miejsce nieznane „nad wodą“ jako mieszkanie swoje ręką drżącą skreślił, dowodzącą o jego znaczném wewnętrzném wzburzeniu.
— O dziewiątéj wieczorem przyprowadź ją do mnie. Niepotrzebuję ci nadmieniać, abyś wszystko w największéj tajemnicy zachował, gdyż tutaj o własną twoję korzyść chodzi.
To mówiąc postąpił ku drzwiom, zapłacił wszystko co wypili, a zrobiwszy w końcu tę krótką uwagę, iż drogi ich odmienne były, odszedł, bez wszelkiego pożegnania, chyba że uroczyste powtórzenie godziny naznaczonéj na schadzkę, i napomnienie, aby się nazajutrz wieczorem pewnie stawili, za pożegnanie uważać chcemy.
Urzędnik Gminowy rzuciwszy okiem na podaną sobie kartę, spostrzegł iż na niéj żadnego nazwiska niema. Nieznajomy nie musiał jeszcze być daleko, pogonił tedy za nim.
— Kto to jest? — zawołał nieznajomy, zwróciwszy się do niego z pośpiechem, gdy go Bumble dopadł i za rękę chwycił; — śledzić za mną!
— Chciałem się tylko o jedno zapytać, — odpowiedział mu na to Bumble, wskazując palcem na ów świstek papieru. — O kogóż się mam pytać?
— O pana Monks!
Odpowiedział nieznajomy i odbiegł śpiesznie od niego.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.