Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.

Oliwer Billowi Sikes wydanym zostaje.

Gdy się Oliwer nazajutrz rano przebudził, zdziwił się mocno widząc, że stare trzewiki mu wzięto, a natomiast parę zupełnie nowych o podeszwie mocnéj i grubéj koło łoża jego położono.
Zrazu to postrzeżenie wielką radość mu sprawiło, sądził bowiem, iż jest wróżbą jego uwolnienia; ale te myśli wesołe wkrótce Żyd rozproszył, oświadczając mu przy śniadaniu, do którego oni obaj tylko, będąc sam-na-sam, zasiedli, iż téj nocy jeszcze do pomieszkania Billa Sikes udać się będzie musiał, i u niego pozostanie. Głos i surowość, z jaką to uwiadomienie wyrzeczono, jeszcze bardziéj trwogę biednego chłopca powiększała.
— Aby.... u.... niego na zawsze.... pozostać? — zapytał Oliwer strwożony, wylękły.
— Nie, nie,.... mój drogi!... nie na zawsze,.... nie! — odpowiedział Żyd. — Nie bardzo bym cię chętnie chciał utracić. Nie bój się, nie bój Oliwerze! ty do nas wkrótce powrócisz.... Ha! ha! ha!.... nie jestem ja tak okrutny, abym cię miał od siebie wypędzać mój drogi.... O nie, nie!
Starzec, stojąc właśnie przy ogniu, na którym sobie kawałek chleba na grzankę piekł, obejrzał się w koło, i głośnym śmiechem parsknął, gdy to z szyderstwem do Oliwera wyrzekł, chcąc mu niby dać do zrozumienia, że on bardzo dobrze o tém wie, iżby Oliwer nadzwyczajnie był szczęśliwym, gdyby się od niego jakim sposobem mógł wydobyć.
— Mnie się zdaje, — ciągnął Żyd daléj, wlepiwszy w Oliwera wzrok swój przenikliwy, — iż bardzo ciekawym być musisz dowiedzieć się, po co masz iść do Billa,.... nieprawdaż mój drogi?
Oliwer się spłonił mimowolnie, widząc, iż ten Żyd stary, ten dowódzca złodziei, tak dobrze myśli jego odgadł. Opamiętał się jednak natychmiast i rzekł śmiało:
— Tak jest, chciałbym o tém wiedzieć.
— Jakże się tobie zdaje, po co?
Spytał go Żyd, unikając wprost odpowiedzi.
— Prawdziwie, — niewiem! — odpowiedział Oliwer.
— Ba! Jeżeli niewiesz, to poczekaj, dopokąd ci Bill sam nie powie!
Rzekł mu na to Żyd, odwróciwszy się od niego nieco zakłopotany, i zaprzestał swego przenikliwego badania jego oblicza.
Fagin nie zdawał się bardzo rad z tego spostrzeżenia, iż Oliwer większéj ciekawości w téj mierze po sobie nie pokazuje; właściwą przyczyną tego jednak było, iż lubo nadzwyczajna trwoga serce jego owładnęła, wzrok przenikliwy i chytry starego Żyda, i myśli własne tłumnie się cisnące, w tak wielkie pomięszanie go wprawiły, iż żadnego pytania w téj mierze uczynić nie śmiał.
Żadna mu się téż sposobność do tego więcéj nie nastręczyła, gdyż Żyd siedział cicho, zamyślony, milczący, ponury aż do wieczora.
Dopiero gdy się za nadejściem nocy do wychodu zabierał, rzekł do Oliwera, kładąc świecę na stole.
— Dzisiaj możesz światło palić tak długo, jak ci się podoba; a tu jest książka, którą sobie czytać możesz, dopokąd po ciebie nie przyjdą. Dobra noc.
— Dobra noc! — odpowiedział Oliwer po cichu.
Fagin postąpił ku drzwiom, obejrzał się idąc przez ramię na chłopca, zatrzymał nagle, i zawołał na Oliwera po imieniu.
Oliwer podniósł oczy. Żyd, wskazawszy mu świecę, kazał mu ją zapalić.
Oliwer to uczynił, a gdy lichtarz z świecą zapaloną na stole stawił, spostrzegł, iż Żyd z ciemnego końca izby oczy w niego ma wlepione i z chytrością szatańską, zmarszczonemi brwiami, na niego spogląda.
— Strzeż się Oliwer, strzeż! — ozwał się starzec, grożąc mu ręką podniesioną. — Jest to człowiek gbur, popędliwy, nie zważający wiele na krew, jeżeli nie jego płynie. Cokolwiek bądź się stanie, nie mów ani słowa i czyń wszystko, co ci każe, pamiętaj!
Te ostatnie słowa wyrzekł Żyd z pewnym uroczystym przyciskiem, surowość jego twarzy powoli znikła i uśmiechowi przeraźliwemu ustąpiła; nakoniec głową skinął, i z izby wyszedł.
Skoro tylko starzec się oddalił, Oliwer głowę pochylił, na rękach ją sparł, i z sercem drzącém te słowa rozważać począł, które przed chwilą usłyszał. Czém bardziéj napomnienie Żyda rozbierał, tém większą się mu zagadką stawał prawdziwy cel i znaczenie onegoż. Pomiędzy innemi i to mu na myśl wpadło, iż niekoniecznie w złym celu do Billa Sikes może być posłanym, i że swojemu przeznaczeniu daleko lepiéj u tego będzie mógł odpowiedzieć, jak u Fagina, który dotąd nic z nim począć, do niczego go użyć nie umiał.
Po wielu domysłach i przypuszczeniach, następny wniosek najpodobniejszym do prawdy się mu wydał: że mu najprościejsze i najpospolitsze usługi ręczne u Billa tak długo pełnić każą, dopokąd jakiego innego chłopca, zdolniejszego i zręczniejszego cokolwiek nie znajdą.
Oliwer już za nadto do cierpień był przyzwyczajony, i za nadto wiele cierpień już wszędzie poniósł, gdziekolwiek bądź zostawał, aby go ta zmiana przyszła mieszkania zasmucić była miała.
Oliwer długo takiemi myślami zajęty siedział, nakoniec z głębokiém westchnieniem świecę objaśnił, i wziąwszy do ręki książkę, którą mu Żyd zostawił, zaczął w niéj czytać.
Z początku od niechcenia tylko kartki przewracał, dopadłszy jednak miejsca, które cokolwiek bardziéj uwagę jego zajęło i ciekawość zaostrzyło, wkrótce cały w czytaniu się zatopił.
Był to opis życia i przygód znakomitych zbrodniarzy, a kartki były już zbrukane i podarte z częstego użycia. Tutaj czytał o zbrodniach tak okropnych, że mu aż krew w żyłach zastygała; o tajemnych zabójstwach, popełnionych skrycie na drogach samotnych, mało uczęszczanych; o trupach, ukrytych przed okiem ludzkiém w głębokich, ciemnych piwnicach i studniach, w których jednak, jakkolwiek bardzo głębokie były, na zawsze nie zostały, ale po wielu latach napowrót się jawiły, i zabójców swoich do tego stopnia przerażeniem i zgrozą przejmowały, że ci swoję winę natychmiast wyznali i o ukaranie swoje i powieższenie żebrali, byle tylko ujść zgryzotom sumienia.
Ówdzie znowu czytał o człowieku, który leżąc na łóżku śród ciszy nocnéj, własnemi zbrodniczemi myślami do tak okropnego zabójstwa skuszony i doprowadzony został, że na samo wspomnienie onegóż chłopczyna drżał na całém ciele, a krew mu w żyłach lodem się ścięła.
Te powieści z taką prawdą napisane, tak żywemi barwami odmalowane były, iż się mu zdawało, że te zatłuszczone karty książki krwią są zbroczone, a słowa na nich spisane tak w uszach jego brzmiały, jakby mu je duchy zmarłych głosem grobowym do ucha szeptały.
Zgrozą i przestrachem niewypowiedzianym przejęty zamknął naraz książkę i odrzucił ją od siebie. Potém padł na kolana i Boga gorąco błagać zaczął, aby go od podobnych złych uczynków zachował, i śmierć raczéj na niego zesłał, niżeliby do podobnych zbrodni okrutnych i straszliwych miał się wychować.
Powoli serce i umysł jego coraz bardziéj się uspokajał, a on z cicha, głosem drżącym Boga błagał, aby go od obecnego niebezpieczeństwa wybawić raczył, i jeżeli tylko jaka pomoc dla biednéj sieroty być może, która nigdy uroku miłości przyjaciół lub krewnych nie zaznała, aby mu téj pomocy teraz udzielić raczył, kiedy opuszczony, rozpaczający, bez poradnika na zepsucie i zbrodnię jest narażony.
Oliwer modlitwę swoję już ukończył, lubo chwilkę jeszcze z obliczem w rękach ukrytém klęczał, gdy go szelest blizki z tego zapomnienia przebudził.
— Kto tu jest?
Zawołał, zerwawszy się żywo na nogi i spostrzegłszy we drzwiach jakąś postać obcą.
— Ja to,.... ja! — odpowiedział mu głos drżący.
Oliwer wyniósł świecę po nad głowę i spojrzał ku drzwiom.
Była to Nancy.
— Postaw świecę napowrót na stole, — rzekła dziewczyna, odwracając głowę, — bo mię w oczy razi. —
Oliwer spostrzegł, iż bardzo była bladą na twarzy, i zapytał się jéj czule, czyli nie jest chora. Dziewczyna rzuciła się na krzesło, plecami do niego obrócona, załamała ręce, lecz mu nic na pytanie jego nie odpowiedziała.
— Boże, zlituj się nademną! — zawołała po chwili. — Nigdym o tém nie myślała.
— Czy się co stało? — zapytał Oliwer. — Czy mogę ci być w czém pomocnym?...... Jeżeli mogę, to powiedz, a ja chętnie wszystko uczynię,...... bardzo chętnie.
Dziewczyna zaczęła się na krześle rzucać,.... ręce na nowo łamać,..... piersiami robić,..... chwyciła się potém za gardło,..... wydała jęk piskliwy,.... gdyż jéj oddech zaparło,...... ona zatém zaledwie odetchnąć mogła.
— Nancy! — zawołał Oliwer strwożony, wylękły, — cóż ci to jest, Nancy?
Dziewczyna opuściła ręce na kolana, nogi na podłogę, opamiętała się nagle, otuliła w szal troskliwiéj, i wzdrygnęła się cała, gdyby z zimna dreszczem przejęta. —
Oliwer dołożył węgla do ognia. Ona zaś przysunąwszy potém krzesło bliżéj do kominka, siedziała przez kilka chwil milcząc, nie wyrzekłszy ani słowa; nareszcie głowę podniosła i naokoło spojrzała.
— Niewiem, co mi się takiego czasem dzieje, — ozwała się nakoniec dziewczyna, udając, że ubiór na sobie poprawia; — musi to być zapewnie z wilgoci i zaduchu w téj izbie...... No i cóż, kochany Oliwerze, czy jesteś już gotów?
— Czy ja z tobą mam iść Nancy? — zapytał Oliwer.
— Tak jest... Przychodzę właśnie od Billa po ciebie, — odpowiedziała dziewczyna. — Pójdziesz ze mną. —
— Dokąd i po co? — zapytał Oliwer, odskakując od niéj.
— Po co? — powtórzyła dziewczyna, podnosząc oczy i odwracając je natychmiast, gdy się z jego wzrokiem spotkały. — Zapewnie, że po nic złego!
— Ja temu nie wierzę.
Odpowiedział Oliwer, który ją uważnie badał.
— Niechże będzie tak, jak ty sam chcesz, mój kochany, — odparła dziewczyna, zmuszając się do udanego śmiechu. — A zatém po nic dobrego!
Oliwer to wnet spostrzegł, iż pewną władzę nad dobremi uczuciami dziewczyny posiadał, i zamierzał na chwilę wezwać jéj litości nad swojém położeniem okropném. Niebawem jednak myśl przez głowę mu przebiegła, że dopiero koło jedynastéj godziny było, a zatém i wiele jeszcze luda na ulicy się znajdować musiało, którzy by gotowi byli jego słowom uwierzyć i w pomoc mu przyjść.
Gdy sobie to dobrze rozważył, zebrał się natychmiast i rzekł śpiesznie, iż jest już gotów.
Te myśli jego i zamiary nie uszły jednak baczności dziewczyny. Spoglądała ona z uwagą na niego, gdy mówił, i spojrzała potém z takim wyrazem porozumienia, iż się łatwo mógł domyśleć, że wszystko odgadła, co przez jego myśl przebiegło.
— Cicho!
Zawołała nakoniec, nachyliwszy się do niego, i obglądając się z największą ostrożnością naokoło, wskazała na drzwi.
— Ty sobie sam pomóc nie możesz. Walczyłam ja długo o ciebie, ale wszystko się na nic nie zdało. Jesteś całkiem obsaczony, i w sidła ich bez ratunku zawikłany, a choćbyś się kiedyś jeszcze mógł wybawić, wierzaj mi, że dzisiaj nie jest pora po temu.
Oliwer spojrzał na nią z zadziwieniem, uderzony szczerością i stanowczością w jéj mowie. Zdawało się mu, że prawdę wyrzekła. Oblicze jéj było blade, z niespokojności zmienione, a ona drżała na całém ciele. —
— Wybawiłam cię już raz od bicia i chłostów, i chętnie to jeszcze uczynię, a nawet już i teraz to czynię, — ciągnęła dziewczyna głośno; — albowiem ten, coby po ciebie był przyszedł, gdybym ja tego była uczynić nie chciała, byłby się z tobą daleko gorzéj i surowiéj obszedł. Musiałam im dać przyrzeczenie, że się spokojnie i cicho sprawować będziesz; jeżeli zaś nie, to siebie i mnie zgubisz, a nawet i na śmierć narazić mię możesz. Patrz! ja to wszystko dla ciebie niedawno poniosłam, jak mi Bóg miły!
Wskazała przytém szybko na sińce na szyi i rękach, i mówiła daléj z pośpiechem:
— Pamiętaj na to, i nie powiększaj jeszcze bardziéj moich cierpień dla ciebie. Gdybym ci bynajmniéj pomóc mogła, tobym to z największą chęcią uczyniła, ale ja nic teraz dla ciebie uczynić nie mogę. Oni ci nic złego zrobić nic chcą,.... a wszystko, co ci robić każą, będzie ich winą, a nie twoją. A teraz cicho! ani słowa! gdyż każde słowo twoje jest razem i sińcem dla mnie. Podaj mi rękę!.... żywo!.... twoję rękę!
Chwyciła go za rękę, którą jéj Oliwer poniewolnie podał, i zgasiwszy świecę, wyciągnęła go z izby za sobą. Jakaś postać ciemnością pokryta drzwi im śpiesznie otworzyła i natychmiast za nimi zamknęła, gdy na ulicę wyszli.
Doróżka czekała na nich, a dziewczyna go do niéj z tąże samą burzliwą popędliwością wsadziła, z jaką dotąd do Oliwera przemawiała, i zasłony od szyb natychmiast zaciągnęła. Dorożkarz już wiedział, gdzie ma jechać, zaciął konie bez najmniejszéj zwłoki i pogonił cwałem ulicą.
Dziewczyna trzymała chłopca ciągle mocno za rękę, i nieprzestawała mu szeptać do ucha dalsze przestrogi i zapewnienia.
Wszystko się tak szybko i nagle odbyło, iż zaledwie na tyle miał czasu przypomnieć sobie gdzie jest, i skąd się tu dostał, gdy się doróżka już u drzwi tego domu zatrzymała, do którego Żyd dniem poprzód wieczorem kroki swoje skierował.
Jednéj chwili Oliwer szybkie spojrzenie na ulicę próżną rzucił, i już o pomoc zawołać zamyślał;.... lecz ta chwila krótko trwała, albowiem dziewczyna ciągle do ucha mu szeptała, i takim głosem z trwogi konającym o litość nad sobą błagała, że nie miał serca i odwagi zamysłu swego wykonać. Śród tego wahania i chwila pomyślna ubiegła, gdyż w oka mgnieniu do domu go wciągnięto i drzwi za nimi zamknięto.
— Otóż jesteśmy na miejscu! — ozwała się Nancy, puszczając po raz pierwszy jego rękę. — Hola! Billu! —
— Cóż tam takiego? — zawołał Sikes, pojawiając się z świcą w ręku u góry na schodach. — Właśnie w porę przybywasz. Chodźcie!
To powitanie było bardzo uprzejme i wesołe nad wszelkie spodziewanie, jak na człowieka takiego jak Sikes.
Nancy zdawała się być mocno tém uradowana, i powitała go także serdeczniéj jak zwykle.
— Wołowiak poszedł z domu z Tomaszem, — rzekł Sikes, przyświecając im na schodach. — Byłby nam tylko na zawadzie.
— To dobrze, — odpowiedziała Nancy.
— Masz przecie twoje koźlątko!
Ozwał się Sikes, gdy wszyscy do izby weszli, zamknąwszy pierwéj izbę, nim przemówił.
— Mam jak widzisz! — odpowiedziała Nancy.
— Czy poszedł chętnie? — zapytał Sikes.
— Gdyby jagnie! — odpowiedziała dziewczyna.
— To mię cieszy! — zawołał Sikes i spojrzał srogo na Oliwera; — inaczéj byłby mi żal jego młodego ciała, któreby djabelnie było ucierpiało. Chodź tu do mnie, ty mały drabie! i posłuchaj tego, co ci mam powiedzieć, gdyż lepiéj żebym się zbył od razu.
To wyrzekłszy do swego nowego protégé, Sikes czapkę z głowy mu zerwał, w kąt ją rzucił, a chwyciwszy go za ramię, usiadł sam przy stole i postawił Oliwera wprost przed sobą.
— Najprzód, czy ty wiesz, co to jest?
Zapytał Sikes, biorąc w rękę pistolet, leżący na stole. —
Oliwer odpowiedział: że wie.
— A więc się przypatrz! — mówił daléj Sikes. — Oto jest proch,.... a to kula,.... a to kawałek starego kapelusza do przybicia.
Oliwer za każdym kawałkiem mruknął, iż pojmuje, a pan Sikes zabrał się do nabicia pistoletu z wielką zręcznością.
— Otóż jest nabity!
Rzekł Sikes, gdy nabijanie ukończył.
— Widzę panie! — odpowiedział Oliwer z drżeniem.
— Bardzo dobrze!
Odpowiedział rozbójnik, ścisnąwszy Oliwera mocniéj za rękę, i przytknąwszy ujście od lufy pistoletu tak blizko do głowy chłopca, że téj chwili mimowolnie z trwogi wykrzyknąć musiał:
— Jeżeli więc choćby jedno słówko piśniesz, będąc ze mną w drodze, wyjąwszy jeźli do ciebie przemówię,.... to ten cały nabój natychmiast w twój łeb się dostanie!.... jeżeli ci się więc przypadkiem bez pozwolenia mówić zachce,.... zmówże pierwéj modlitwę! pamiętaj!
Temu napomnieniu przyjaźnemu towarzyszyło przekleństwo i spojrzenie groźne na biednego chłopca, dla powiększenia wrażenia i skutku onegoż; poczém Sikes daléj mówił:
— O ile wiem, to niema nikogo, coby się o ciebie bardzo troskliwie dopytywał, choćby cię to nieszczęście rzeczywiście spotkało; mógłbym sobie zatém oszczędzić tego djabelskiego zachodu i pracy, aby ci to wszystko wykładać,.... czynię to jednak dla twego własnego dobra. Czy mię rozumiesz?
— Krótko mówiąc, znaczenie tego wszystkiego jest to, — ozwała się Nancy, mówiąc z wielką uroczystością, i marszcząc brwi z pogardą na Oliwera, jakby przez to uwagę jego na swe słowa ściągnąć chciała, — że gdyby mu kiedyś na myśl wpadło skrzyżować jakim kolwiek bądź sposobem to przedsięwzięcie, któreś sobie zamierzył, więc się o to postarasz, aby już ani słowa więcéj w życiu swojém niewymówił, strzeliwszy mu w łeb, i narażając się na niebezpieczeństwo wiszenia na szubienicy za tę zabawkę, grożące ci już i tak co chwila za wiele innych rzeczy przy tém rzemiośle, któremu się oddajesz.
— To samo chciałem właśnie powiedzieć, — potwierdził Sikes pochwalająco; — kobiety umieją wszystko w jak najkrótszych śłowach wyrazić, wyjąwszy jeżeli się kłócą, gdyż wtedy jak najdłużéj wszystko przeciągają. A teraz dość już tych rozhoworów; zjedzmy coś na wieczerzę i prześpijmy trochę, nim się jutro w drogę wybierzemy.
Stósownie do tego życzenia Nancy natychmiast stół nakryła, a zniknąwszy na kilka chwil, z butelką piwa i pieczenią z głowy owczéj niebawem powróciła, co panu Sikes do wielu bardzo zabawnych żarcików i dowcipów sposobność nastręczyło, opierających się głównie na szczególném podobieństwie słowa, oznaczającego w mowie złodziejskiéj tę potrawę, i słowa, którém narzędzie w swém rzemiośle często używane, nazywać zwykli.
W ogóle ten zacny mąż był właśnie w bardzo wesołém usposobieniu, zapewnie dla tego może, iż mu się blizka sposobność nadarzała choć na czas niejaki wziąść się czynnie do swego rzemiosła; a za dowód tego zdania naszego moglibyśmy to przytoczyć, iż przez żart na jeden łyk cały kufel piwa wychylił, i licząc najściśléj nawet i dwadzieścia razy przez całą wieczerzę przekleństwa nie wyrzekł.
Po skończeniu wieczerzy, — a łatwo się domyśleć można, iż Oliwer nie wielką ochotę miał do niéj, — Sikes wlał jeszcze kilka szklanek grogu w siebie, i rzucił sie w końcu na łóżko, rozkazując pannie Nancy śród tysiącznych przekleństw na przypadek, gdyby tego niewykonała, aby go nazajutrz raniutko, równo z piątą godziną obudziła.
Oliwer się wcale nie rozbierał, tylko tak jak był ubrany na rozkaz równoczesny swego pana na sienik, na ziemi leżący, położył, a dziewczyna przyłożyła parę kawałków węgla do ognia na kominku, usiadła przy nim, i spać się niekładła, aby ich o godzinie oznaczonéj w porę zbudzić mogła.
Długo biedny chłopiec nie zasypiał, sądząc, że to nie jest rzeczą niepodobną, iż Nancy sposobność sobie wyszuka zbliżenia się do niego, i dania mu nie jednéj jeszcze przestrogi i dobréj rady, ale dziewczyna siedziała przy ogniu nieruchoma, a jeźli się kiedy ruszyła, to jedynie dla tego, aby świecę objaśnić.
Nakoniec, znużony czuwaniem długiém i trwogą, głęboko zasnął.
Gdy się obudził, spostrzegł stół już do herbaty zastawiony, Billa chowającego rozmaite narzędzia do kieszeni swego tołuba, przewieższonego przez poręcz krzesła, a Nancy zajętą przyrządzeniem śniadania.
Jeszcze dnieć nie musiało, albowiem świeca w izbie się paliła, a na dworze bardzo ciemno wyglądało. Drobny, gęsty deszczyk uderzał o szyby okien, a niebo ciężkiemi, czarnemi chmurami całkiem pokryte było.
— Przecież się raz ruszasz! — zawołał mrukliwie Sikes, spostrzegłszy iż Oliwer wstaje, — już pół do piątéj minęło! Zbieraj się żywo, inaczéj śniadania nie dostaniesz, gdyż jest już późno!
Oliwer się nie bawił długo swojém ubraniem, a spożywszy cokolwiek na śniadanie, odpowiedział pytającemu się go ponuro Billowi, że już jest gotów.
Nancy zaledwie okiem na chłopczynę rzuciła; podała mu jednak chusteczkę, aby sobie nią szyję obwiązał, a Sikes mu kołnierz od płaszcza na plecy zarzucił, aby się w niego otulił.
Tak więc przebrany, podał rękę rozbójnikowi, który się na chwilkę jeszcze zatrzymał, srogo na niego spojrzał, groźnie mu raz jeszcze pistolet w bocznéj kieszeni swego tołuba wskazał, rękę jego potém silnie uchwycił, z dziewczyną się pożegnał, i z sobą go wywiódł.
Oliwer raz jeszcze wychodząc w drzwiach głowę na prędce zwrócił, w nadziei, że się z wejrzeniem dziewczyny spotka. Ale ona usiadła na powrót na swojém dawném miejscu przy ogniu, i siedziała tak nieruchomie jak poprzód.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.