Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXI.

Wyprawa.

Był to poranek posępny, niemiły, kiedy na ulicę wyszli. Wiatr burzliwy powiewał, deszcz mocny padał, a chmury grube, czarne, dżdżyste po niebie goniły.
Deszcz przez całą noc wielki padać musiał, gdyż wielkie kałuże błota i wody po ulicach się nazbierały, a ścieki i rowy wodą przepełnione były. —
Na wschodzie dniowy brzask niebo wprawdzie cokolwiek rozjaśnił, ale to światło blade nie zmniejszało wcale, lecz owszem, powiększało nawet posępność całego widowiska;.... gdyż ono tłumiło wprawdzie jasność czerwonawą lamp nocnych, lecz samo promieniem żywszym, jaśniejszym, świetniejszym mokrych dachów, szczytów domostw i ulic ponurych nie pokryło.
Zdawało się, że nikt jeszcze w téj części miasta z łóżka wstać niemusiał, wszystkie okienice były albowiem wszędzie po domach pozamykane, i żadna żywa dusza nie ukazała się na ulicach, przez które przechodzili.
Gdy na gościeniec do Bethnal-Green wiodący doszli, dzień się już zupełny zrobił. Wiele już lamp tymczasem pogaszono, a kilka wozów obładowanych posuwało się wolno, ciężko, ku Londynowi; czasami przegonił także mimo nich wóz pocztowy, błotem zbryzgany, a pocztylijon dawał wtedy przyjemny upominek batem woźnicy od wozów ciężarowych za to, iż jadąc bokiem gościeńca fałszywym, przybycie jego do Londynu i pocztowego domu o parę minut opóźniał.
Domy gościnne i zajezdne, wewnątrz gazem oświecone, stały już wszędzie otworem. Pomału pootwierano także i inne kramy, sklepy, a tu i ówdzie osoby się pojedynczo po ulicy przechadzać zaczęły. Niebawem nadeszło kilka gromad robotników, udających się na dzienną robotę,.... za nimi mężczyźni i kobiety niosąc kosze z rybami na głowie,.... wozy osłami zaprzężone jechały z jarzyną na targowicę,.. inne znów z bydłem żyjącém i ćwierciami wielkiemi świeżego mięsa,.... mleczarki ze swemi wiadrami, konwiami, dzbankami,.... i szereg nieskończony luda, śpieszącego z żywnościami wszelkiego rodzaju do wschdniéj części miasta.
Czém bardziej się do City zbliżali, tém bardziéj się też zgiełk, hałas, ruch i napływ kupców i przekupców wzmagał, a gdy się w ulice pomiędzy Shoreditch i Smithfield leżące zapuścili, zrósł do prawdziwego strumienia huku, wrzawy i zgiełku.
Juz się tak dalece rozwidniło, jak tylko po takiéj nocy i przy takiém niebie pogodném widno być mogło, a poranek czynny dla połowy ludności Londynu się rozpoczął.
Puściwszy się przez Sunstreet i Crownstreet minęli Finsburysquare, a Sikes potém zwrócił przed Chiswellstreet do Barbican, potém do Longlane i Smithfield, w którém to miejscu z daleka już wrzawa i zgiełk nadzwyczajny słyszeć się dawał, i Oliwera Twista w zadziwienie niewypowiedziane wprawił.
Był to właśnie dzień targowy.
Ziemię pokrywało błoto aż po kostki, a ciężki, gęsty obłok wyziewów powstawał nieustannie z parujących ciał bydła i zmięszany z dymem, trzymającym się niezmiennie szczytu kominów i dachów, unosił się ciężko w powietrzu.
Wszystkie ogrodzenia stałe, środek téj obszernéj targowicy zajmujące, i tyle ogrodzeń na prędce utworzonych, ile ich tylko na wolnym jeszcze placu zmieścić się dało, zapełnionych było owcami, a po bokach targowicy stały długie szeregi wołów i krów, po dwoje, troje, czworo, do pali poprzywięzywanych.
Wieśniacy, rzeźnicy, parobcy, owczarze, wolarze, chłopcy, złodzieje, próżniacy, żebracy, wszystko to tworzyło jedną zbitą gromadę; świstanie parobków, szczekanie psów, ryk bydła, beczenie owiec, kwiczenie świń i wieprzów, wrzask rzeźników, krzyk, zgiełk, przekleństwa z wszystkich stron, odgłos dzwonków, wrzawa i zgiełk nagromadzonego po karczmach luda,.. to ciśnienie, trącanie, szturkanie, popychanie, gniecienie, drażnienie w natłoku;.... ten zgiełk nieznośny i rażący, z każdego kąta targowicy się odzywający, i te brudne, nieumyte, nieogolone, zakopcone twarze nieustannie się ruszające, bo w tę, to w ową stronę ustawicznie przeciągające, i tłumy to rozsuwające, to znów ścieśniające i mnożące, — to wszystko razem wzięte stanowiło widowisko tak dzikie, tak odurzające, że zmysły człowieka w pomięszanie wprawiało.
Sikes, ciągnąc Oliwera za sobą, i używając swych łokci, to w lewo, to w prawo, torował sobie tym sposobem drogę śród najcieśniejszego tłumu, niedając najmniejszéj baczności na tę niesłychaną wrzawę i zgiełk, który Oliwera w takie zadziwienie wprawiał. Powitał tylko skinieniem głowy kilku swoich przyjacioł mimo przechodzących, odrzucił kilka zaprosin na łyk wódeczki na śniadanie, przebijał się ciągle daléj, dopokąd się z tego tłumu ciasnego nie wydobył, i zwrócił natychmiast swe kroki przez Hosier-lane do Holborn.
— Daléjże, zywo chłopcze! — zawołał Sikes ponuro, spoglądając na zegar na wieży ś. Jędrzeja, — już blizko siódma! Musisz nogi lepiéj zbierać. Ruszaj! ruszaj, i nie wlecz się tak leniwo za mną, ty darmojedzie.
Sikes szarpnął przytém mocno Oliwera za rękę, aby to napomnienie lepiéj skutkowało, a chłopczyna, przyśpieszywszy cokolwiek swego kroku zwyczajnego, zaczął teraz biedz, aby tylko o ile możności jako tako kroku zbójcy dotrzymać.
Tak biegli dopokąd rogu Hyde-Park nieminęli, i na drogę do Kensington się nie dostali. W tedy bowiem Sikes krok swój szybki o wiele zwolnił, i ociągał się tak długo dopokąd ich wóz próżny, w niejakiéj odległości za nimi jadący, niedogonił. Gdy Sikes spostrzegł, iż nazwisko „Hunslow“ na nim napisane było, zapytał woźnicy jak tylko mógł najgrzeczniéj, czyliby ich obu do Islework z sobą wziąść nie mógł?
— Siadajcie! — odpowiedział natychmiast woźnica. — Czy to wasz chłopiec!
— Tak jest,.... mój! —
Odpowiedział Sikes, spoglądając surowo na Oliwera, wsunąwszy rękę nieznacznie do kieszeni tołuba, w któréj pistolet był ukryty.
— Twój ojciec idzie za nadto śpiesznie dla ciebie, nieprawda mały?
Zapytał Oliwera ten człowiek, widząc że jest mocno zdyszany.
— To nic, to nic! — odparł Sikes. — On już do tego od dawna przyzwyczajony. — Na! chwyć się mojéj ręki Oliwer, i siadaj!
To rzekłszy pomógł Oliwerowi wsiąść na wóz, a woźnica wskazał mu kupę worów i rzekł, aby się na nich położył i cokolwiek sobie wypoczął.
Gdy już znaczną ilość słupków milowych wyminęli, Oliwer się coraz bardziéj dziwić zaczął, gdzie go Sikes zawieść myśli. Już minęli Kensington, Hammersmith, Chiswick, Kew-Bridge i Brentford, a jednak jechali ciągle jeszcze tak szybko i śpiesznie, jak żeby podróż swoję dopiero byli rozpoczęli.
Nakoniec dojechali do zajezdnego domu z godłem: Do Woźnicy! a w niejakiéj odległości od tego domu droga się dzieliła i w przeciwne strony prowadziła.
Koło téj karczmy i wóz ich się zatrzymał.
Sikes zeskoczył śpiesznie z wozu, trzymając jednak ciągle Oliwera za rękę; zesadził go natychmiast za sobą, rzucił na niego spojrzenie groźne, i uderzył ręką o kieszeń swoją z wyrazem dobitnym i dla chłopczyny aż za nadto zrozumiałym.
— Niech cię Bóg prowadzi, chłopcze! — zawołał woźnica.
— To chłopiec krnąbrny! — odpowiedział Sikes, uderzywszy go kułakiem w plecy. — Ponury, złośliwy, jak pies!.... Nie zważajcie na niego!
— No, no!.... niechże i tak będzie! — odpowiedział woźnica, wsiadając na powrót do swego wozu. — Jednak on na ładnego i miłego chłopca wygląda.
I pogonił sobie daléj.
Sikes czekał na miejscu tak długo, dopokąd ich daleko już nie odjechał, rzekłszy potém do Oliwera, ażeby się za nim obejrzał; jeżeli się mu podoba, poprowadził go powtórnie daléj w drogę.
Gdy karczmę o kilka stajań minęli, zwrócili się najprzód na lewo, a potém zeszli na drogę, schodzącą na prawo i szli nią bardzo długo, idąc ciągle ulicą, którą liczne, obszerne, piękne ogrody, i letnie pałacyki, po obu stronach gościeńca się ciągnące, tworzyły i nie zatrzymali się nigdzie ani na chwilę, prócz jednego razu, aby szklankę piwa wypić, dopogkąd do miasteczka niedoszli, w którém Oliwer na ścianie jednego domu wielkiemi głoskami wyryty napis: „Hampton“ zobaczył.
Tutaj się przez kilka godzin po polach za miastem błąkali! Nakoniec weszli na powrót do miasteczka, szli ciągle z ulicy na ulicę, wyminęli dom gospodyni pod godłem: Do czerwonego lwa, zwrócili się ku brzegom rzeki, i dostali nakoniec w niejakiéj odległości od téjże do lichéj karczmy, z godłem zatartém, w któréj sobie obiad w kuchni dać kazali.
Kuchnia była to izba obszerna, nizka, z grubą belką przez środek powały przeciągnioną. Ławy z wysokiemi poręczami i plecamistały koło ogniska, a na nich siedziało kilka osób, wieśniaków w koszulach niebiezkich, zabrukanych, którzy fajki ćmili i pili.
Ci ludzie niezważali wcale na Oliwera a bardzo mało na Billa; a że i Sikes niebardzo wiele na nich zważał, zasiadł sobie ze swoim młodym towarzyszem w jednym kącie, niedoznając najmniejszéj przeszkody lub zawady od nieznajomego towarzystwa.
Zastawiano im zimnego mięsiwa do jedzenia, poczém bardzo długo na miejscu siedzieli, tak że Sikes tymczasem kilka fajek wypalił, a Oliwer w końcu na tę myśl przyszedł, iż już daléj niepójdą, tylko tutaj pozostaną.
Już się dobrze zmierzchło, kiedy go Sikes uderzeniem kułaka ze snu przebudził.
Oliwer się natychmiast zerwał, oczy przetarł, w koło siebie spojrzał, i spostrzegł swego zacnego towarzysza w żywéj, poufnéj rozmowie z jakimś wieśniakiem, przy szklance dobrego piwa.
— Jedziecie zatém do Lower Halliford? — zapytał Sikes.
— Tak jest, — odpowiedział wieśniak, po którym widać było, ze sobie już na dobre, — czyli raczéj na złe, jak się komu podoba, — podpił; — a bądźcie pewni, że niepowoli. Mój koń niema już wieczór tego ciężaru za sobą, jaki dziś rano wieść musiał,.... i będzie się do żłobu i stajni diabelnie śpieszył. Na jego zdrowie!.... Dalibóg! poczciwe i dobre to konisko!
— Czybyście mnie wraz z chłopcem kawałek drogi z sobą wziąść nie mogli?
Zapytał go Sikes, przysuwając swojemu nowemu przyjacielowi kufel z piwem.
— Jeżeli się natychmiast ze mną zabrać możecie, chętnie! — odpowiedział wieśniak, podniósłszy na chwilę oczy od kufla. — Czy chcecie do Halliford jechać?
— Tylko do Shepperton, mój poczciwcze! — odpowiedział Sikes.
— Możecie ze mną jechać tak daleko, jak i sam pojadę; — rzekł na to wieśniak.
— Czy już wszystko zapłacone, Betty?
— Wszystko!.... ten pan wszystko zapłacił — odpowiedziała dziewczyna.
— Czy tak? — zawołał ów człowiek, dobre już spity, — nie, to być nie może,.... tego ja niedopuszczę. —
— Dla czego nie? — odparł Sikes. — Wy nam chcecie grzeczność uczynić, dla czegóż bym ja na odwrót nie miał za was w karczmie zapłacić?
Wieśniak się bardzo głęboko nad tym dowodem swego przyjaciela zamyślił, i przystając na koniec na wszystko, chwycił Billa za rękę, i oświadczył, iż z niego rzeczywiście wielki poczciwiec. Sikes mu za to podziękował, mówiąc iż zapewne żartuje; — a gdyby wieśniak tylko był trzeźwym, byłby się mógł łatwo przekonać, że to w istocie żartem powiedzieć musiał.
Nagadawszy sobie jeszcze wzajem wiele rozmaitych grzeczności, pożegnali resztę towarzystwa, rzekłszy im dobra noc! i wyszli z izby, a dziewczyna posługująca, sprzątnąwszy za niemi kufle, talerze ze stołu, wyszła z ciekawości do drzwi i stanęła w nich trzymając to wszystko w ręku, aby zobaczyć, dla czego się tak nagle zatrzymali.
Koń, za którego zdrowie przed chwilą w jego nieobecności pito, stał już na podwórzu do wozu zaprzągnięty. Oliwer i Sikes wsiedli natychmiast bez wszelkich zachodów, a właściciel jego, zatrzymawszy się jeszcze na chwilę, aby konia pogłaskać, i z dumą sługę gospodniego i świat cały wyzwać, czyli ktoś drugi podobnego konia mieć może, poszedł za ich przykładem i wsiadł także.
Sługa gospodni, widząc że już wszyscy siedzą w wozie, puścił głowę koniowi, którego dotąd za uzdę trzymał; koń zaś, mając teraz głowę wolną, nienajlepszy użytek z téj wolności zrobił, gdyż ją z największa pogardą do góry podrzucił, i kilka szyb w oknie koło bramy przez to wybił. Poczem, dokonawszy tego czynu waleczności, i tańcząc przez kilka chwil na tylne nogi spięty, naraz cwałem drogą pogonił i z miasta pędem wyjechał.
Noc była bardzo ciemna. Mgła ciemna, gęsta, wznosiła się z rzeki i mokrzysk, drogę po obu stronach otaczających, i pokrywała niby kirem grobowym puste pola w około. Zimno było dotkliwe, wskróś przenikające, a ciemność nieokreślona.
Przez całą drogę nikt ani słowa nieprzemówił; gdyż właściciel wozu usunął sobie szczęśliwie, a Sikes nie miał wcale ochoty go budzić i rozmowy z nim wszczynać. Oliwer trwogą, niespokojnością niewypowiedzianą miotany siedział, przytuliwszy się w jednym kącie wozu, a okropność nocy i téj pustyni, przez którą jechali, różnemi groźnemi obrazami go dręczyła; zdawało się mu bowiem, ze jakieś dziwne postacie na drzewach nad gościeńcem widzi, które się na ich konarach kołyszą i dziwne tańce w powietrzu wyprawiają.
Gdy nakoniec do kościółka w Sunbury dojechali, zegar na wieży właśnie siódmą godzinę uderzył.
W karczmie i mieszkaniu dla przewoźników nad brzegiem rzeki widać było światło, które promienia swoje aż na drogę rzucało, i zacień starego, rozłożystego dębu, pod którym się groby znajdowały, jeszcze ciemniejszym robiło.
W niejakiéj odległości od drogi słychać było szmer przytłumiony płynącéj wody i szelest ponury liścia starego dęba wietrzykiem nocnym rozkołysanego, wydający się niby głosy muzyki cichéj, uroczystéj, wiecznemu snu zmarłego przygrywającéj.
Nakoniec i Sunbury minęli, i powtórnie na gościniec samotny wyjechali. Ujechawszy kilka mil na nowo, wóz się naraz zatrzymał, Sikes wysiadł i chwyciwszy Oliwera za rękę, w dalszą drogę się z nim puścił.
W Shepperton niezagościli do żadnego domu, jak się tego chłopczyna znużony, zmęczony spodziewał;.... lecz szli ciągle daléj śród ciemności i błota przez rozległe, zimne, otwarte pustynie, i zatrzymali się dopiero wtedy, gdy światło jakiegoś innego miasta w niejakiéj odległości spostrzegli. Oliwer, natężywszy swój wzrok, zobaczył tuż przed sobą płynącą rzekę i most, o kilka kroków od nich na drugą stronę wiodący.
Sikes szedł ciągle daléj, dopokąd do mostu nie doszli, i zwrócił się potém nagle na dół po lewém brzegu rzeki. —
— Woda! — pomyślał sobie Oliwer, a mróz go wskróś przeszedł i mdło się mu zrobiło z przestrachu; — zapewne mię do tego miejsca przyprowadził, aby mię tém swobodniéj zabić!
Już się chciał na ziemię rzucić, i z całych sił o swoje życie młode walczyć,.... w tém spostrzegł, że się tuż koło samotnego, pustego domku znajdują. Po obu stronach zawalonego wchodu były okna, a nad nim piąterko; światła nie można było jednak nigdzie ustrzedz.
Był to dom ciemny, spustoszały, i według wszelkiego podobieństwa, niezamieszkany.
Sikes, trzymając ciągle Oliwera za rękę, zbliżył się z nim po cichu, ostrożnie, aż do owego wchodu nizkiego i pociągnął za klamkę. Drzwi się otworzyły, a oni weszli obaj do domku.





Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.