Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIX.

Zamiar szczególny zostaje ułożony i wykonanie jego śpieszne postanowione.

Była to noc zimna, dźdżysta, mglista i burzliwa, kiedy się Żyd nieznacznie ze swego mieszkania wymknął, otuliwszy swe wyschłe, zwątlałe członki w szeroki surdut, i zawinąwszy kołnierz od niego aż po uszy, aby dolnią część swéj twarzy zupełnie osłonić.
Chwilkę na progu się zatrzymał, dopokąd drzwi za nim nie zamknięto, niezatarasowano; dopiero gdy się nadsłuchując przekonał, że chłopcy wszystko zabezpieczyli, i stąpania ich nawet już więcéj słychać niebyło, puścił się ulicą i mknął nią, jak tylko mógł najśpieszniéj.
Dom, w którym Oliwer siedział zamknięty, znajdował się w sąsiedztwie Whitechapel. Żyd doszedłszy do rogu ulicy, zatrzymał się na chwilę, potoczył okiem podejrzliwém ostrożnie na wszystkie strony, przebiegł na drugą stronę ulicy, i puścił się ku Spitalfields.
Błoto wielkie ulicę pokrywało, a mgła gęsta, sina, nad domami się unosiła. Deszczyk drobny, przenikliwy, rosił, a wszystko, czego się tylko dotknąć było, zimnem i wilgocią przejmowało.
Była to noc, jakby naumyślnie dla takich ludzi jak Żyd, na przechadzkę stworzona.
Kiedy ten starzec ohydny tak śpiesznie ulicą mknął, przekradając się cieniami podcieni ulic i bram domów, wyglądał bardzo podobien do gadu obrzydłego, spłodzonego w tém błocie i ciemności, pośród któréj pełznął, wysuwającego się nocą z jam swoich, aby żeru dla siebie poszukać.
Długo biegł tym sposobem, przebiegł wiele krętych i zawiłych ulic i uliczek, nim do Bethnal-Green doszedł; zwróciwszy się potém nagle w lewo, zapuścił się natychmiast w cały błędnik wązkich, ciasnych, brudnych, plugawych uliczek, w które ta gęsto i ciasno zamieszkana część miasta tak obfituje.
Żyd musiał jednak z tym błędnikiem, przez który przechodził, bardzo dobrze być obznajomiony, kiedy go ani ciemność nocy, ani też zawiłość ulic i rozmaitych zakrętów z drogi nie zbłąkała. Biegł tedy ciągle, szybko, przez rozmaite ulice, przechodnie sienie, aż nakoniec dobiegł do uliczki wązkiéj, ciemnéj, jedną tylko lampą na przeciwnym końcu oświeconéj.
Tutaj się zatrzymał koło jednego domu, do drzwi zapukał, i rzekłszy kilka słów niezrozumiałych do osoby, która mu je otworzyła, wszedł na schody.
Pies w izbie zawarczał, gdy się Żyd klamki dotknął, a głos męzki z pokoju się odezwał: kto idzie?
— To ja Billu! to ja! — odpowiedział Żyd, wścibiwszy najprzód głowę, i spojrzawszy naokoło.
— Wsuńże raz i cielsko twoje! — zawołał Sikes. — A będziesz ty cicho, głupie źwierze! Czyż djabła niepoznajesz, dla tego że inny surdut ma na sobie?
Zmiana w powierzchowności Fagina musiała psa widocznie złudzić; gdyż skoro tylko Żyd wierżchni surdut z siebie zdjął, i na poręczy od krzesła zawiesił, pies natychmiast do swego kąta powrócił, kołysząc ogonem podczas swego odwrotu, chcąc niby przez to okazać, że jest z tego poznania tyle zadowolonym, o ile to się z jego przyrodą i usposobieniem całém zgadzało.
— Witam! — rzekł Sikes.
— Witam, witam! — odpowiedział Żyd. — A!... Nancy!
To powitanie ostatnie wyrzeczone było z wielkiém zakłopotaniem, okazującém jasno wątpliwość, czyli dobrze przyjęte zostanie; gdyż Fagin i jego młoda przyjaciółka jeszcze się ani razu od owego czasu nie widzieli, kiedy się tak silnie za Oliwerem ujęła.
Lecz postępowanie dziewczyny zniszczyło natychmiast wszelkie powątpiewania, jeżeliby jeszcze jakie w duszy Fagina były pozostać mogły. Zaledwie Żyda ujrzała, nogi żywo z kominka na dół spuściła, krzesło cokolwiek odsunęła, i zaprosiła Fagina, ażeby przy kominka usiadł, nogi na nim oparł, gdyż noc była bez wszelkiego pytania zimna.
— Prawda, że bardzo zimna, droga Nancy, — potwierdził Żyd, grzejąc ręce chude i skośniałe nad ogniem. — Aż człowieka wskróś przeszywa.
Dodał starzec, kładąc rękę na lewém boku.
— Musiałoby jeszcze być daleko ostrzejsze, ażeby twoje serce przeszyć mogło, — odparł na to Sikes. — Daj mu się czego napić Nancy. Tylko żywo! Boby się człowiekowi natychmiast mdło zrobić mogło, patrząc się na to, jak ten starzec drży na całém ciele, gdyby jaki duch, co dopiero ze swego zimnego grobu wylazł.
Nancy pobiegła natychmiast do szafki, napełnionéj znaczną ilością butelek, z których każda odmiennego kształtu była i wódkę inną w sobie zawierała, przyniosła jednę, a Sikes nalawszy z niéj pełny kieliszek, podał go Żydowi, zapraszając, aby się pokrzepił.
— Dosyć, dosyć, kochany Billu! dziękuję ci, dziękuję!
Odparł Żyd, oddając mu go na powrót, zamaczawszy zaledwie usta.
— Cóż to, czy się obawiasz, abyśmy z ciebie potém czegoś łatwiéj niewyłudzili? — zawołał Sikes, wlepiwszy w niego swój wzrok, — to mi się podoba!
I mruknąwszy coś z pogardą, chwycił za kieliszek, i połknął resztę natychmiast niby na przygotowanie do powtórnego napełnienia kieliszka dla siebie, co też i niebawem uczynił.
Żyd rozpatrzył się tymczasem po izbie, nim Sikes drugi kielich wódki wychylił, i to wcale nie z ciekawości, gdyż on ją nieraz już widział, ale ze swojéj zwykłéj podejrzliwéj i niespokojnéj ruchliwości.
Była to izba licho i nędznie uporządkowana, niezawierająca nic w sobie, coby tę myśl w odwiedzających pobudzić mogło, że jéj mieszkańcem nie jest robotnik. Parę drążków żelaznych, stojących w kącie, i zabezpieczyciel życia[1] leżący na murku, były jedynymi przedmiotami, mogącymi jakie podejrzenie wzniecić.
— A teraz, — ozwał się w końcu Sikes, mlasnąwszy ustami, — teraz jestem gotów.
— Do pogadanki o naszych sprawach, co? — zapytał Żyd podstępnie.
— Tak jest, — odpowiedział Sikes; — a terazże mów, co mi masz powiedzieć.
— O sprawce w Chertsey Billu, co? —
Odpowiedział Żyd, przysunąwszy się bliżéj do niego, mówiąc po cichutku.
— Dobrze.... Cóż mi o tém masz powiedzieć? — zapytał Sikes.
— Ty wiesz dobrze, co ja myślę, mój drogi, — odparł Żyd. — On wie co ja myślę, nieprawdaż droga Nancy?
— Nie, niewie, nie! — odparł Sikes z szyderczym uśmiechem, — lub też nie chce wiedzieć, co na jedno wychodzi. Mówże więc, mów! i nazywaj wszystko po właściwém imieniu, a nie siedź tutaj i nie rozprawiaj ze mną na migi, mrugi i jakieś tam znaki, jakby ci to po raz pierwszy wypadło ze mną o złodziejstwie i rabunku mówić.... Piekło na twoje oczy!.... jeżeli nie powiesz jasno, czego chcesz?
— Cicho Billu, cicho! uspokój się tylko! — napomniał go Żyd, usiłujący nadaremnie ten wybuch jego oburzenia przytłumić; — mógł by nas kto podsłuchać, mój drogi, mógł by nas kto podsłuchać!
— A niech sobie słucha! — odparł Sikes, — ja nie wiele dbam o to.
Ale że Sikes rzeczywiście bardzo wiele dbał o to, uspokoił się przeto na tę uwagę Żyda, i wyrzekł ostatni okres swéj mowy głosem daleko cichszym.
— Tak tak, mój drogi, — ozwał się Żyd z przymileniem. — Uczyniłem to jedynie dla przezorności,... tak jest dla przezorności jedynie Billu! i nic więcéj.... A teraz mój drogi pomówmy z sobą o rabunku w Chertsey. Kiedyż się więc do niego zabierzesz Billu, co?.... kiedyż ma być wykonany? Tyle srebra, mój drogi! tyle srebra!
Zawołał Żyd, zacierając ręce radośnie, i podnosząc swe gęsie brwi w uniesieniu zachwycenia już przed czasem.
— Z tego wszystkiego nic nie będzie, — odpowiedział Sikes ozięble.
— Jakto,.... z tego wszystkiego nic być niema? — powtórzył Żyd z przerażeniem, wywróciwszy się w tył na krześle.
— Nic, nic, wcale nic! — odpowiedział Sikes, — niemogliśmy znaleść domowego spólnika, jakeśmy się spodziewali.
— Musieliście się chyba nadzwyczaj niezręcznie brać do tego, — odparł Żyd, zbladły ze złości. — Ja już nic więcéj o tém słyszeć nie chcę.
— Ale ja chcę, abyś słyszał, — zawołał Sikes. — O czém byś ty w świecie słyszeć nie mógł?...... Mówię ci zatém, że Tobiasz Crackit przez całe dwa tygodnie blisko koło tego domu się snuł i uwijał, a jednak żadnego ze sług złowić nie mógł.
— Cóż to, ty chcesz we mnie wmówić Billu, — odparł Żyd, stając się tém łagodniejszym, czém bardziéj zapał jego towarzysza się wzmagał, — iż żaden z owych dwóch służących przekupić się nie dał?
— Tak jest,.... jeżeli się nie mylę, to ci to powiedzieć chciałem, — odpowiedział mu Sikes. — Oni już od dwudziestu lat u swéj staréj pani służą, a żaden by się do tego nie dał nakłonić, choćby mu pięć set funtów dawano.
— Ależ mój drogi Billu, czyście i o kobietach myśleli? — odparł Żyd; — czyliż i kobiet służących podkupić nie można?
— Ani myśleć o tém, — odpowiedział Sikes.
— Nawet i przez naszego zucha wystrojonego Tobiasza Crackit? — zapytał Żyd niedowierzając. — Pomnij tylko Billu, że to kobiety!
— Nawet i przez Tobiasza Crackit nie! — odpowiedział Sikes. — Mówił, iż krążąc tamtędy, przez cały czas faworyty przyprawione i kamizelkę kanarkową nosił, ale i to nic niepomogło.
— Powinien sobie był brodę i wąsy przyprawić i w spodniach żołnierskich chodzić, — rzekł Żyd po chwili głębszego namysłu.
— On i tego doświadczył, — odpowiedział Sikes, — ale i to ziółko lepszego skutku nie miało.
Na tę wiadomość Żyd pobladł okropnie, opuścił brodę na piersi, ruszał i żuł przez chwilę dolnią szczęką, podniósł w końcu głowę, westchnął głęboko, i oświadczył, że sobie tę sprawę trzeba będzie zupełnie z głowy wybić, jeżeli ten zuch Tobiasz Crackit prawdę powiedział.
— Ale to jednak bardzo przykro, — dodał starzec, sparłszy ręce na kolanach, — wyrzec się tego, do czego nasze serce już raz tak mocno przylgnęło.
— To prawda, — odpowiedział Sikes; — jest to wielkie nieszczęście.
Po téj rozmowie nastąpiła chwila długiego milczenia.
Żyd siedział przez ten czas w głębokich myślach pogrążony, a oblicze jego nabrało wyrazu prawdziwie szatańskiéj złości. Sikes spoglądał na niego co chwila ukradkiem, a Nancy, lękająca się widocznie zbójcę rozgniewać, siedziała przy kominku z oczyma w ogień wlepionemi, jakby zupełnie głuchą była na wszystko, co się koło niéj działo.
— Faginie! — ozwał się w końcu Sikes, przerywając pomału panujące milczenie; — czy zarobię pięć dziesiąt papierków extra, jeżeli się to bezpiecznie z pola da uskutecznić?
— Dobrze!
Zawołał Żyd, zerwawszy się nagle, jakby ze snu przebudzony.
— A zatém zgoda? — zapytał Sikes.
— Zgoda, zgoda!.... mój drogi!
Odpowiedział Żyd z pośpiechem, chwytając towarzysza za rękę; oczy jego skrzyły, a każdy rys w jego twarzy drżał ze wzruszenia, tém pytaniem w jego duszy wznieconego, i świadczył o jego piekielnéj chciwości.
— Jeżeli tak, — rzekł Sikes, puściwszy rękę Żyda z pewną pogardą; — więc się możemy do tego zabrać, kiedy tylko zechcesz;.... czém prędzéj, tém lepiéj! Ja i Tobiasz zwiedziliśmy ogród przedwczoraj w nocy, i zbadali dokładnie ściany, drzwi i okiennice. Dom wprawdzie nocą pozamykany i zatarasowany jakby więzienie jakie, ale ja odkryłem jednak miejsce, przez które się bezpiecznie, bez hałasu, do niego dostać możemy.
— Którędyż to, Billu, którędy? — zapytał Żyd z pośpiechem.
— Tam gdzie się przez trawnik przechodzi, — szepnął z cicha Sikes.
— Dobrze! dobrze!
Odpowiedział Żyd, wyciągnął jeszcze bardziéj głowę ku niemu, i oczy tak mocno wytrzeszczył, że się zdawało, iż mu na wierzch chcą wyskoczyć.
— Hm!
Mruknął Sikes pod nosem, i uciął mowę, gdy dziewczyna nieznacznie, nie obróciwszy nawet głowy, na niego okiem rzuciła i lekkiém skinieniem twarz zmienioną Żyda mu wskazała.
— Niech cię to nietroszczy, którędy? Ja wiem, że ty bezemnie nic zrobić nie możesz; zawsze jednak lepiéj mieć się na baczności, jeżeli się z tobą ma coś do czynienia.
— Jak ci się podoba, mój przyjacielu, jak ci się podoba, — odpowiedział Żyd i zagryzł usta. — Czy do tego prócz ciebie i Tobijasza niczego i nikogo więcéj niepotrzeba?
— Nie, — odpowiedział Sikes, — prócz piłki okrągłéj i małego chłopca. Pierwszą mamy obaj bardzo dobrą, a drugiego ty nam się wystarać musisz.
— Chłopca? — zawołał Żyd; — a zatém to muszą być drzwi, nieprawda?
— Niech będzie co chce, niech cię o to głowa nie boli! — odparł Sikes; — potrzeba nam chłopca i koniec,.... ale ten musi być mały i cienki...... Do pioruna! — dodał Sikes rozmyślając; — żebym teraz był mógł mieć owego chłopczynę od kominiarza Edwarda,...... który go naumyślnie tak chował i nędznie żywił, aby nam go mógł potém w tym celu wynająć! Ale cóż, kiedy starego schwytano i wsadzono, a towarzystwo opieki nad młodemi zbrodniarzami zabrało jego chłopca, pozbawiło go tak korzystnego zarobku, w którym sobie tyle pieniędzy mógł nazbierać, zaczęło go uczyć czytać, i pisać, i zamyśla go do jakiego rzemiosła dać na naukę. Tak to się teraz z wszystkimi dzieje, — zawołał Sikes z oburzeniem coraz bardziéj wzrastającém na wspomnienie tak wielkiéj dla nich krzywdy; — tak to się dzieje,.... a gdyby tylko pieniędzy na tyle mieli,.... co jest wielkiém dla nas szczęściem, że niemają,...... toby nam do naszego zarobkowania ani półtuzina chłopców najdaléj za dwa lata nie zostawili.
— Prawda, wielka prawda! —
Potwierdził Żyd, który ostatnie tylko słowa z jego całéj mowy uchwycił, będąc przez ten cały czas w myślach głębokich zatopiony.
— Słuchaj no, Billu!
— Cóż takiego? — zapytał Sikes.
Żyd wskazał mu Nancy skinieniem głowy, siedzącą cicho i spokojnie przy kominku, i dał mu na migi do zrozumienia, iż sobie życzy, aby jéj z izby wyjść kazał. Sikes wzruszył ramionami z niecierpliwością, chcąc mu przez to okazać, iż on tę ostrożność za zbytnią uważa; pomimo to jednak mu ustąpił i nakazał pannie Nancy, aby mu kubek piwa przyniosła.
— Ty piwa niepotrzebujesz! —
Odpowiedziała mu na to Nancy, założywszy ręce, nie ruszając się z miejsca.
— Ja ci powiadam, że chcę piwa! — odparł Sikes.
— Nieprawda! — odpowiedziała na to dziewczyna zimno. — Mów tylko daléj, mów Faginie! Ja wiem bardzo dobrze, Billu, co on chce powiedzieć;.... niechaj na mnie wcale nie zważa.
Żyd się jeszcze ociągał; lecz Sikes z zadziwieniem to na jedno, to na drugie spoglądał.
— Cóż to, przecież się téj dziewczyny, twojéj staréj znajoméj, nieobawiasz Faginie? — ozwał się nakoniec. — Przecież ją znasz już od dawna, i możesz jéj zaufać, chybaby się djabli z piekła w to wdali. A możeś ty go już kiedy zdradziła, Nancy,.... co!
— O ile sobie przypominam, to jeszcze ani razu!
Odpowiedziała Nancy, przysunęła krzesło do stołu, i sparła się na nim łokciami.
— Nie, nie,.... moja kochana,..... ja wiem że nie! — odpowiedział Żyd; — ale.... — i starzec na nowo uciął.
— No i cóż ale? — zagrzmiał Sikes.
— Ale ja niewiem, czyli znowu przypadkiem tak szaleć nie zacznie, jak owego wieczora,.... przecież sobie przypominasz, mój drogi? — odpowiedział Żyd.
Na to wyznanie Żyda Nancy na całe gardło się roześmiała, kieliszek wódki wychyliła, wyzywająco głową na niego skinęła, i chcąc go ośmielić różnych, nadzwyczajnie gminnych i nie bardzo miłych i przyzwoitych wykrzykników użyła, które ten skutek przynajmniéj miały, iż Żyda zupełnie uspokoiły, tak że w końcu z radością niejako głową kiwnął, i na powrót na krześle koło swego przyjaciela Sikes usiadł.
— A teraz, Faginie, — rzekła Nancy, śmiejąc się ciągle, — mów śmiało z Billem o Oliwerze.
— A! z ciebie bardzo przenikliwa dziewczyna, moja droga;.... jeszczem nigdy w mojém życiu tak przebiegłéj i przenikliwéj jak ty niewidział, — odpowiedział Żyd, poklepawszy ją w plecy. — Chciałem właśnie o Oliwerze z tobą pomówić, Billu, prawdziwie, ha, ha, ha!
— O nim!.... cóż takiego? — zapytał Sikes zdumiały.
— Że to jest chłopiec, jakby dla ciebie do téj wyprawy umyślnie stworzony!
Odpowiedział Żyd szepcąc głośno, przyłożył koniec palca do nosa i roześmiał się z wyrazem piekielnéj radości.
— On! — zawołał Sikes.
— Weź go, weź, Billu! — ozwała się Nancy. — Chciałabym być na twojém miejscu. Być może, iż on nie jest tak zręczny i przebiegły jak drudzy; ale wy też na teraz tych przymiotów niepotrzebujecie, jeżeli wam o to jedynie chodzi, abyście mieli kogoś, coby wam drzwi mógł otworzyć. A na to się spuść, Billu, że on jest bezpieczny.
— Zapewnie, że jest bezpieczny, — potwierdził Fagin; — był on w dobrej szkole przez te ostatnie dwa tygodnie i czas już, aby się wziął do pracy i na chleb swój zarobił. A nakoniec resztę wszyscy są dla ciebie za grubi!
— Niechże i tak będzie! właśnie mi chłopca takiego wzrostu jak on potrzeba, — odpowiedział Sikes rozmyślający.
— A wszystko ci zrobi, mój drogi, co tylko mu nakażesz! — dodał Żyd; — i nie może nawet inaczéj, jeżeli go tylko należycie nastraszysz.
— Nastraszyć go! — zawołał Sikes. — Już ja go tak nastraszę, że on się mię nie na żarty bać będzie. Gdy mi zaś co najmniejszego na przekorę zrobi, jeżeli się już do dzieła weźniemy, bądź pewnym, Fagin, że go więcéj nie zobaczysz.... Zważ to poprzód bardzo dobrze, nim go ze mną poślesz. Pomnij na to, co ci mówię.
Dodał rozbójnik, ważąc w ręce ciężki, żelazny drążek, który z pod łóżka wyciągnął.
— Jużem wszystko dobrze rozważył, — odpowiedział Żyd stanowczo. — Miałem ja go ciągle na oku, badałem go ściśle,.... bardzo ściśle.... Niechno tylko raz uczuje, że do nas należy;...... niech tylko raz tą myślą się przejmie, że się stał złodziejem,... a będzie naszym,.... naszym na całe swoje życie! O dalibóg! nie mogło się na to lepszéj sposobności zdarzyć!
Starzec skrzyżował ręce na piersiach, ramiona podniósł, stulił, głowę skulił, i wyraźnie samego siebie z radości uściskał.
— Naszym! — zawołał Sikes. — Zapewnie, twoim tylko!
— Być może, mój drogi, być może! — odpowiedział Żyd z przerażającym uśmiechem. Może i moim, jeżeli ci się to lepiéj podoba, Billu!
— Powiedzże mi jednak, — ozwał się Sikes, spoglądając bystro i podejrzliwie na swego nader przyjemnego i miłego przyjaciela; — dla czego sobie tyle pracy zadajesz o tego wymokłego chłopca, wiedząc o tém dobrze, iż z pięć dziesiąt przynajmniéj chłopców w Commont-Garden nocy przepędza, na których tylko palcem kiwnąć potrzebujesz, a wszyscy się natychmiast do ciebie zbiegną, i ty sobie z nich wybrać możesz, który ci się najlepiéj spodoba?
— Dla tego, żeby się mi na nic wcale nie zdali, mój drogi, — odpowiedział Żyd z niejakim kłopotem; — nie warto sobie żadnéj pracy z nimi zadawać, bo już ich wejrzenie samo natychmiast ich zdradzi, jeżeli którego schwytają, a jabym wkrótce wszystkich potracił. Jeżeli zaś tego chłopca wyćwiczę i troskliwiéj z nim się obchodzić będę, potrafię z nim to uczynić, czegobym z dwudziestoma innymi nigdy uczynić nie mógł. Wreszcie, — dodał Żyd, odzyskawszy na powrót swoję zimną krew; — niechnoby się mu uciec udało, miałby nas w ręku; trzeba się nam koniecznie o to postarać, aby w jednej łapce był z nami. Nikt nie wie, zkąd przybył, a do osięgnienia władzy zupełnéj nad nim tego przekonania mi jedynie potrzeba, iż do rozboju należał. Nie jestże to lepiéj, jak być w końcu zmuszonym biednego chłopca na tamten świat wysłać? coby rzeczą bardzo niebezpieczną dla nas być mogło, zwłaszcza, żebyśmy jeszcze przytém stracili.
— Kiedyż ta wyprawa ma nastąpić?
Zapytała Nancy, i przerwała tém pytaniem potok burzliwych gróźb i niemiłych przekleństw, któremi Sikes tę odrazę nadzwyczajną chciał okazać, jaką mu ta udana litość Fagina sprawiała.
— Ach prawda, prawda! — potwierdził Żyd, — kiedyż nastąpi, Billu?
— Umówiłem się z Tobijaszem na noc pojutrzejszą, — odpowiedział Sikes mrukliwie, — jeżeli nic innego odemnie nie usłyszy.
— Dobrze, — pochwalił Żyd, — noc przecież nie miesięczna?
— Nie! — odpowiedział Sikes.
— Czyście już wszystko umówili względem bezpiecznego schowania łupu? — spytał Żyd.
Sikes głową kiwnął na znak potwierdzenia.
— A względem....
— Już wszystko dokładnie rozmyślane i ułożone, — przerwał mu Sikes z niecierpliwością; — niech cię o szczegóły głowa nie boli. Lepiéj zrobisz, jeżeli chłopca jutro przed wieczorem do mnie przyprowadzisz. Na godzinę przed wschodem słońca będę się musiał wybrać w drogę. A wreszcie milcz i miéj twój tygiel na pogotowiu, to wszystko, czego od ciebie żądam, a o resztę się wcale nie troszcz.
Po krótkiéj rozprawie, w której wszystko troje czynny udział mieli, obradzono i postanowiono, ażeby nazajutrz wieczór Nancy do jamy Żyda się udała i Oliwera z sobą wzięła, albowiem Fagin tę przebiegłą uwagę zrobił, że Oliwer najchętniéj jeszcze dziewczyny usłucha, która się tak silnie za nim ujęła, i za nią najprędzéj pójdzie, jeżeliby najmniejszą odrazę miał do całéj wyprawy.
Ułożono tedy i zawarowano uroczyście, że Oliwer ma być podczas zamierzonéj wyprawy wyłącznemu dozorowi i pieczy Billa Sikes z ciałem i duszą oddany; daléj, że ten wspomniony Bill Sikes w każdym przypadku z chłopcem według swego upodobania postąpić sobie może, iż żadnéj odpowiedzialności Żydowi za to nie jest winien, jeżeliby jaki wypadek nieszczęsny i zgubny Oliwera spotkał, ani mu też sprawy z tego zdawać nie jest obowiązany, jeżeliby go ukarać, choćby najsrożéj, za rzecz potrzebną uznał.
Ażeby zaś ta ugoda szczerze dotrzymana została, i żadna strona przyczyny do wyrzutu lub żalu niemiała, postanowiono także, iż za powrotem pana Sikes z wyprawy, wszelkie wyznania jego w szczegółach ważniejszych przez zuchowatego Tobijasza Crackit poświadczone i potwierdzone być mają.
Gdy te układy przygotowawcze, wstępne, nakoniec ułatwiono, pan Sikes zaczął pochłaniać wódkę w ilości niepospolitéj, i drążkiem żelaznym oraz w sposób nadzwyczaj niepokojący wywijać, odzywając się często z piosneczkami nie bardzo miło dla ucha brzmiącemi i najczęściéj przekleństwami i zaklęciami najokropniejszemi poprzeplatanemi.
Nakoniec, doszedłszy do najwyższego stopnia swego rzemiosłowego zapału, uparł się na to skrzynię z najrozmaitszemi narzędziami swojemi do rabunku z ukrycia wyciągnąć; zaledwie jednak z nią się wtoczył i ją otworzył, aby wszelkie cnoty i zalety tych rozmaitych narzędzi wyliczyć, i piękność i dokładność właściwą ich roboty wyjaśnić, potoczył się na ziemię, legł koło téj skrzyni i zasnął natychmiast na miejscu.
— Dobra noc, Nancy!
Ozwał się wtedy Żyd, otulając się tak dobrze jak i poprzód.
— Dobra noc!
Ich oczy się spotkały, a Żyd wzrok swój przenikliwy i śledczy w oczach jéj zatopił.
Ona sobie w téj mierze z taką szczerością i otwartością postępowała, jak sam Tobijasz Crackit.
Żyd jéj raz jeszcze dobra noc! powiedział, a potrąciwszy nogą nieznacznie i potajemnie leżące na ziemi cielsko przytomności pozbawionego zbójcy, wyszedł z izby i szedł po schodach.
— Zawsze jedno i to samo, — bąknął Żyd pod nosem, wracając do siebie. — Najgorsze u kobiet jest to, iż najmniejsze drobnostki uczucia dawno w nich uśpione, zapomniane, obudzić potrafią; najlepsze zaś to, że to nigdy długo nie trwa. Ha! ha! ha! Tego człowieka za tego chłopca i worek złota!
Takiemi przyjemnemi myślami przez cały czas zaprzątniony, Fagin pośpieszał drogą po błocie do swego smutnego i ponurego mieszkania, w którém Smyk jeszcze czuwał i z niecierpliwością rychłego powrotu jego oczekiwał.
— Czy Oliwer już w łóżku? Chciałem z nim pomówić.
Było pierwszą odezwą Żyda, gdy po wschodach wszedł do góry.
— Już od kilku godzin, — odpowiedział Smyk, otwierając mu drzwi. — Oto leży!
Chłopczyna leżał na twardém łożu na ziemi, w głębokim śnie pogrążony, lecz tak blady z trwogi, trosk, zgryzoty, długiego pobytu w tém więzieniu, iż jak śmierć prawie wyglądał;...... nie jako śmierć trupa w trumnie, lecz ciała, z którego duch dopiero co uszedł, duch miły, młody, łagodny, i przed chwilą dopiero w niebo uleciał, a powietrze ciężkie ziemi jeszcze na tyle czasu nie miało owionąć i zmienić tego ciała, które on pobytem swoim poświęcił.
— Nie teraz, nie teraz, — rzekł Żyd, oddalając się od niego z cicha, — jutro,.... jutro!





Przypisy

  1. Zabezpieczyciel życia jest to giętki pręcik 10 do 12 cali mający, po obu końcach ciężkiemi ołowianemi i w skórę obszytemi gałkami zaopatrzony. Anglicy szczególnie zręcznie nim wywijać i ciosy w głowę zadawać umieją.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.