Ogień wykrzesany/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

Z całego tłumu korespondentów wojennych, obijających progi sztabów, jedynie Henryk Nesser trafnie ocenił sytuację na froncie. Nikomu nic nie mówiąc, powrócił do Amiens i, zabrawszy swoje bagaże, przejechał do Arras. Nie wątpił, że stara prowincja Artois stanie się lada dzień widownią nowej fazy wojny.
Maj — pogodny, promienny krzyczał o radości życia. Wszystko wokół szalało — rozśpiewane, przesycone nadmiarem sił, i osłabłe od żądz: najnędzniejsza i najdrobniejsza nawet istota pragnęła pokoju, ażeby nic nie zakłócało upojnej uczty wiosennej. Potrzaskane i okopcone gałęzie dębów okryły się młodemi liśćmi; na kasztanach, poranionych kulami, strzelały ku niebu i prężyły się niepomne na ponure przeżycia kity kwiatów — białych i różowych; wszędzie szemrały bujne, nabrzmiałe sokami trawy, badyle zielsk przeróżnych okrywały się pąkami i ciągnęły się wwyż, ku słońcu. Nawet na dawnych zagonach pszenicy, na nietkniętych motyką i rydlem kopcach winnic, tarasami wbiegających na zbocza małych pagórków, trawy, paprocie rozrosłe, pędy oddawna tu niewidzianych krzaków śmiało i zwycięsko zagarniały na nowo dawną swą ojczystą glebę. Nie pamiętały już, że te ugory, łany i zagony wrywano im niegdyś przy pomocy pługów, bron i kos, a pracowite skrzętne dłonie ludzi zasiały potem pszenicę, żyto, koniczynę, zasadziły wino i drzewa owocowe.
Dzikie, pospolite rośliny uczuły, że nastał ich czas, jak dawniej, gdy to lemiesze nie odwalały jeszcze świeżych skib, a ręce rolników nie wyrywały i nie ścinały aż pod sam korzeń pędów krzaków i łodyg zuchwałych chwastów. Od jesieni bowiem nie tknął człowiek tego szmatu ziemi; czasami tylko siał na niej pociski, wyszarpywał doły i bruździł darninę, lecz trawa natychmiast zielonym kobiercem pokrywała te wyrwy, pełne wody wiosennej, wyrastała na mogiłach i ukrywała w swym gąszczu rozrzucone wszędzie odłamki żelaza, potrzaskane karabiny, rozbite koła i skrzynie, zardzewiałe hełmy, skrawki skóry, a czasem nawet kości ludzkie lub końskie.
Niebo turkusowe, nasiąknięte złocistą kurzawą słońca, tryskało pijaną radością. Oszalały od niej motyle, osy, trzmiele, muchy i owady pełzające. Bzykało wszystko, co żyło w trawie i nad trawą, zgrzytało, cykało, dzwoniło i grało. Pierzchła obawa przed powietrznemi drapieżnikami-ptakami. Odleciały bowiem nagle, — przerażone ciągłym poświstem kul i groźnym porykiem dział. Śmigały w pogmatwanej sieci traw myszy polne, a krety zuchwale opuszczały swoje legowiska głębokie i wygrzewały się na słońcu.
Tuż — tuż obok — od Rochncourt do wzgórz Notre Dame de Lorette, ludzie ogorzali, brodaci i śmiertelnie znużeni, nie opuszczali głębokich, biegnących łamaną linją, błotnistych rowów strzeleckich. Bacznie patrzyli na siebie przez otwory w okopach i mocniej zaciskali broń w rękach. Jeden z nich postanowił wreszcie wyprowadzić z pod ziemi te brunatno-szare, do widm podobne szeregi. Był to generał Pétain. Zrozumiał, że długa wojna pozycyjna wyczerpuje siły i zatruwa żołnierzy jadowitem zobojętnieniem. Pomyślał więc, że nastał czas, aby spróbować przebić żywym sztychem ludzkim front niemiecki. Popychało go do tego jeszcze i coś innego. Daleka sojuszniczka — Rosja uginała się już pod ciosami wroga. Należało przeto zatrzymać tu, na tej ziemi upojonej wiosną, większą część sił przeciwnika, aby nie mogły być użyte na wschodzie. Myśl ta przeistoczyła się w czyn 9-go maja 1915 r.
Tego dnia Nesser odwiedzał znajomych oficerów w transzach wpobliżu Rochncourt i przez peryskop wpatrywał się w słynny „labirynt“ — zawiły splot okopów niemieckich, przecinających drogę z Arras do Lens. Od strony lasku Berthonval odezwały się baterje francuskie. Odpowiedziały im natychmiast bliżej umieszczone ciężkie działa z góry St. Eloi, a wkrótce przyłączyły się inne, aż, hen! — haubice stojącej koło La Bassée potężnej artylerji angielskiej.
Po chwili wiedzieli już wszyscy, że generał Petain rozpoczął ofenzywę na skalistą ścianę Vimy, a skrzydła odcinku podtrzymują go całą siłą. Nesser nie wątpił, że od strony Rochncourt nie można było się spodziewać szybkiego powodzenia, na przeszkodzie bowiem stał prawie niedostępny „labirynt“, najeżony betonowemi „gniazdami“ ziejących ogniem kulomiotów, dział i miotaczy min. Nie słuchając przestróg oficerów, postanowił nadążyć przed atakiem do ośrodka bitwy. Z trudem dotarł więc do lasku Berthonval, skąd generał Pétain rozpoczął swój atak. Stojąc na punkcie obserwacyjnym, Nesser spostrzegł na lewo od siebie wybiegającą z okopów kompanję. Jakiś sztandar szkarłatny z białym orłem na postrzępionej, poszarpanej kulami płachcie rzucił mu się w oczy. Przyjrzał się bacznie przez lornetkę polową. Poznał mundury pułku cudzoziemskiego, ale te szeregi żołnierskie odrazu przykuły uwagę korespondenta.
Nie wątpił, że nie byli to Francuzi. Twarzy ich nie mógł dopatrzeć, lecz zauważył odmienny temperament żołnierzy. Idący do ataku oddział pod tym względem nie przypominał ani Francuzów, ani Niemców lub Anglików. Francuzi szli do ataku z jednakowym, wspólnym porywem, hałaśliwie i niespokojnie. Niemcy nie zdradzali porywu, lecz zadziwiali wytrwałością i sprawnością ruchów, Anglicy — w bitwie podobni byli do Niemców. Istniała jednak pewna różnica. Gdy wytrwałość Niemców pozostawała niezmienną, — w szeregach brytyjskich przechodziła ona przez dwie fazy: zimny upór, a po pewnym czasie — w straszliwą, groźną zawziętość.
Szeregi zaś tych nieznanych mu ludzi w mundurach pułku cudzoziemskiego zdradzały zupełnie inny charakter bojowy. Nesserowi przyszło na myśl, że każdy z tych strzelców wygląda tak, jakgdyby widział coś przed sobą i dążył, aby to zdobyć, więc dobiegał, podnosił coś i znowu ciskał przed siebie jaknajdalej. Oto gonią ponownie, podążają wciąż naprzód porywczemi skokami, a szkarłatna płachta sztandaru z orłem, niby płomień, znaczy każden rzut, każden skrawek przebytego pola. Nesser wyczuł, że dla tych ludzi istniał znacznie dalszy i wyższy cel, niż ta urwista wyżyna Vimy; zrozumiał, że to, co się działo w chwili ataku, stawało się dla nich epizodem, etapem, — koniecznym i nieuniknionym dla osiągnięcia większego, ostatecznego zwycięstwa.
— Przecież to Legja Cudzoziemska? — zapytał w reszcie jednego z obserwatorów.
Ten skinął głową.
— Nie wie pan z kogo się składa atakujący oddział? — dopytywał się dziennikarz. — Wyszedł z prawego odcinku transz, w lasku...
Oficer poszukał na mapie dyslokacyjnej i odczytał:
— 2-ga kompanja pierwszego pułku cudzoziemskiego... dowodzi major Osmonde... skład — polscy ochotnicy z obozu w Bayonne...
Nesser nie spuszczuł oczu z pola bitwy.
Generał Pétain z istną furją poprowadził atak, przerywając pozycje niemieckie pomiędzy Carancy i Targette. Dokoła okopów roiło się od piechurów francuskich, błyskały bagnety, ognistemi językami rzygały w powietrzu granaty ręczne, trajkotały złośliwym turkotem kulomioty, wznosiły się kolby, rósł zamęt, fala okrzyków stawała się potężniejszą i wścieklejszą. Coraz to nowe kompanje i bataljony wprowadzano do bitwy. Sylwetki niemieckich piechurów wybiegały i kryły się w okopach drugiej linji.
W tłumie innych oddziałów zginęli strzelcy z pod sztandaru z orłem, lecz wkrótce dojrzał ich Nesser za pierwszą już linją rowów niemieckich. Temi samemi porywczemi skokami migała szkarłatna płachta, czołowa zaś kompanja szybkiemi, nagłemi rzutami ścigała coś, prąc naprzód.
Nesser opuścił punkt obserwacyjny i przyłączył się do kolumny sanitarnej, podciąganej ku linji bojowej. Atak rozszerzał swój zasiąg. Przed południem zdobyto trzy linje okopów; na północy, od Loos do Souchez, wojska francuskie posunęły się naprzód, odrzucając przeciwnika; i tylko na południu — koło Neuville Saint-Vaast — atakujące bataljony natrafiły na niezniszczone przez artylerję druty kolczaste i zatrzymały się pod huraganowym ogniem Niemców. Główne dowództwo nie zdążyło na czas przerzucić tu posiłków. Pomyślnie rozwijająca się ofenzywa, doplusnąwszy do Souchez i pierwszych spychów Vimy, jak fala, nie mogąca powrócić i nie wzmożona świeżym dopływem, stanęła w miejscu. W zdobytych niemieckich okopach rozbrzmiewała „Marsyljanka“ i panowała bitewna, podniecona i hałaśliwa wesołość, chociaż baterje nieprzyjacielskie wściekle miotały ciężkie pociski, a rowy i pole pomiędzy niemi krwią nasiąkły.
Nesser przed wieczorem, krążąc po zawiłych przejściach i przesmykach okopowych, dotarł do pierwszej linji. Pytał o 2-gą kompanję pułku cudzoziemskiego. Chciał sprawdzić swoje wrażenie i wyjaśnić wątpliwości, które od czasu do czasu budziły się jeszcze w jego umyśle. Wskazano mu na transze, ciągnące się tuż koło ogrodów Souchez. Miasteczko, a raczej duża wieś, jakgdyby wymarła. Trupy zaległy ulice, na których niedawno zdobywano ręcznym bojem dom po domu; okna o wybitych szybach ni to nagie czaszki, wyzierały, pustemi oczodołami; ściany o odłupanym kulami tynku zbryzgane były soplami i strugami krwi.
Odnalazł wreszcie drugą kompanję. Kilku żołnierzy na zbiegu dwóch rowów, zasypywało głęboki dół. Kapral gwoździami zbijał krzyż z desek nieheblowanych, okrytych niemieckiemi napisami.
— Pochowaliśmy dowódcę, majora Osmonde — objaśnił Nessera jakiś sierżant, błyskając złotemi zębami. — Poległ w ostatniej chwili tuż — przed okopem.
— Duże macie straty w kompanji? — spytał korespondent.
Sierżant uśmiechnął się.
— Pozostało nas zaledwie pięćdziesięciu i — ani jednego oficera! — odparł flegmatycznie i zapalił fajeczkę.
Nesser namarszezył czoło. Sierżant, widocznie, zrozumiał myśli nieznajomego cywila, bo skinął na stojącego przy strzelnicy towarzysza i rzucił mu kilka słów w nieznanej dziennikarzowi mowie. Ten natychmiast podszedł do Nessera i zapytał:
— Pan, z pewnością, jest korespondentem wojennym?
Dziennikarz skinął głową.
— Tak! — ciągnął żołnierz. — Poznałem kolegę odrazu! Dwa wieczne pióra, trzy ołówki, gruby notatnik i wyglądający z kieszeni szary blankiet telegraficzny dają dużo do myślenia. Ale ma pan odwagę tak sobie przechadzać się po transzach!...
Zaśmiał się z jakąś dziwną beztroską.
— W jakiem piśmie kolega pracuje? — zapytał Nesser.
— Obecnie — w „Codziennej Ilustracji Wojny“ — odparł ze śmiechem. — Dawniej w naszych polskich dziennikach...
Korespondent popatrzył na Polaka badawczo i spytał:
— Co was — Polaków zmusza bić się w naszych szeregach?
Żołnierz odrazu spoważniał a nawet przybladł.
— To sprawa zarówno prosta i jasna dla nas, jak zawiła i mglista dla obcej psychologji! — powiedział, podnosząc ramiona. — Niech pan się przyjrzy temu sierżantowi, który z panem rozmawiał. Nazywa się Szafraniec. Emigrant polityczny, który przed wojną znalazł we Francji przytułek i środki do życia. Zaczęło mu się dobrze powodzić, aż tu raptem wybuchła wojna. Nikt go za uszy nie ciągnął do wojska i mógłby egzystować, jako internowany Austrjak, gdyż pochodzi z Galicji. Ale Szafraniec natychmiast złożył dowody, że jest Polakiem. Pan rozumie — La Pologne toujours vivante et reconnaissanłe?! Szafraniec ma takie przekonanie, że wdzięczność należy dowieść czynami, — stanął więc do poboru ochotników. Został jednak odrzucony, ponieważ brakowało mu czterech zębów. Wtedy Szafraniec sprzedaje wszystko, co posiada — cywilne ubranie, trzewiki, pościel, jakieś tam książki i wstawia sobie za to złote zęby. Nazajutrz jest już w wojsku. Pod Sillery odznacza się i zostaje sierżantem.
— Aż tak potężna jest wdzięczność Polaków dla Francji? — zapytał zdumiony Nesser.
— Widocznie! — kiwnął głową żołnierz. — Jest to tradycyjną spuścizną naszą. Datuje się ona od czasów Kościuszki i Lafayetta, od pierwszych emigrantów naszych, od żołnierzy napoleońskich, a potem od tych, co to ginęli na barykadach paryskich.
— Napoleon nic dla Polski nie uczynił, a nawet z chwilą swego upadku oddał ją ostatecznie w ręce Rosjan i Niemców! — mruknął dziennikarz.
Rozmowie tej przysłuchiwał się inny żołnierz — młody, o bladej twarzy i gorejących oczach.
— Przepraszam — odezwał się cichym głosem — przepraszam, że się wtrącę do rozmowy! Nazywam się
Nesser odróżnił tylko końcówkę — „ski“, lecz natychmiast wymienił swoje nazwisko, wyciągając ręce do żołnierzy.
— Napoleon — mówił żołnierz, — Napoleon — to nie tylko wódz i cesarz, — to hasło! Polacy wyczuwali w nim twórczą wolę i tchnienie wyższych praw kosmicznych... w jego obliczu i w duszy widzieli wspaniałość bezmiaru czynu. Nie mówił on nigdy i nie marzył o ideałach, zawsze czczych i fałszywych w ustach człowieczych, lecz czynił w imię ich bez udziału woli. W Napoleonie pradziadowie nasi wykryli owe staro-helleńskie „katokhe“ — nieomylną oznakę obecności bóstwa. A wreszcie Napoleon dał nam możność walczyć pod własnym sztandarem o naszą ojczyznę.
Nesser milczał. Sierżant, stojący przy peryskopie, zwrócił do rozmawiających okrytą kurzem i bryzgami błota twarz i dorzucił:
— A potem, gdy nas, jak się wszystkim zdawało, podeptano na wieczne czasy, z Francji jedynie rozległy się głosy, świadczące, że „La Pologne est toujours vivante!“ Nawet teraz, gdy nas — odwiecznych przyjaciół Francji i Republiki pchają do Legji Cudzoziemskiej, niektórzy wasi czołowi ludzie, z senatorem, szlachetnym Marin, gen. Archinard, Pichon i Cochin na czele, robią usiłowania, aby wyjąć nas z pod ogólnego dla obcych prawa i wcielić do francuskich pułków według naszego własnego wyboru, bez wszelkich ograniczeń. Za to wszystko jesteśmy wam wdzięczni i nie tylko w słowach, panie, ale w czynach, ot tak, naprzykład...
To powiedziawszy, wybuchnął drapieżnym śmiechem i pochylił się nad kulomiotem, okrywając się wnet parą i obłokami kurzu.
— Wdzięczność — to gorąca, wieczysta pamięć o czemś dobrem, niezachwiana wierność względem dobra. Uważamy ją za cnotę męską! — dodał jeden z żołnierzy, gdy ustał turkot kulomiotu.
Nesser długo milczał, patrząc na tych pięćdziesięciu cudzoziemców, których dziwne uczucie przygnało do okopów, broniących ziemi francuskiej. Wypowiedział myśl swoją na głos. Szafraniec, zapalając fajkę, odezwał się natychmiast:
— My rozumiemy Francję głębiej, niż sami Francuzi! My przenikamy duszę jej nie rozumem, lecz nieznanemi, na zewnątrz nie występującemi zmysłami. Wiemy z całą pewnością, że czy tu — w Artois, czy w Serbji, walczy ona nie tylko o ojczyznę Burbonów, Woltera, Wiktora Hugo, lecz o ideały — wyższe od wolności, równości i braterstwa! Tkwią one w człowieku, jak te dziedziczne cechy charakteru, jak genjalność lub zaczątki śmiertelnej choroby, — jak atawistyczne echo jedynej Prawdy. Ludzkość, tchórzliwa i wątpiąca, nie chce słyszeć wołania Logosu z bezdennego mroku wieków. Francja jest zuchwała! I rozum posiada zuchwały i takąż wolę! Dlatego stoimy zawsze przy niej. Polska również posiada zuchwałość prawdy; zdobywała się ona nieraz na to, aby wyrzec prawdę bez pochlebstwa, bez naginania jej do groźnych potęg, krępujących wolę stosunków, panujących idej i mieszczańskiego, plugawego „zdrowego rozsądku“.
Żołnierze odeszli do strzelnic, gdyż ogień karabinowy wzmagał się, a szrapuele z wyciem przeciągiem na nowo przelatywać jęły i pękać wpobliżu lasku.
— Zapewne nadciągają rezerwy! — krzyknął do Nessera Szafraniec.
Korespondent przypomniał sobie nagle zapomnianą scenę z frontu rosyjskiego.
Zbliżył się do żołnierzy i powiedział:
— Byłem niedawno w Polsce... Tam wasi rodacy jedni — marzą o samodzielnem wojsku polskiem w składzie armji rosyjskiej, drudzy znów — formują legjony, które walczą po stronie Niemców i Austrjaków... Jakaś plątanina pojęć!
— Nie! odpowiedział jeden z żołnierzy. — My dążymy do stworzenia własnego wojska, gdzie się tylko da! W chwili potrzebnej zbierzemy się do kupy i będziemy bronili naszego prawa do życia i wolności! Wierzymy, że już zbliża się czas, gdy będzie proklamowana wolna Polska. Polscy patrjoci Sienkiewicz, Dmowski, Zamoyski, biskup Bandurski, Piltz na terenie Szwajcarji, Francji i Anglji, Paderewski — w Stanach Zjednoczonych, Piłsudski w samym ogniu wojny i w wirze sprzecznych dążeń — budują na prastarych bryłach naszych fundamentów nowy gmach, a dochodzą nas wieści, że minister Briand przygotowuje nowe hasło wojny, apel iście napoleoński — „wolność narodów, mających korzystać z całkowitej samodzielności“, premjer zaś włoski, Sonnino, skłania swój naród do wystąpienia przeciwko zaborczej Germanji. Zamierza on dobić się uchwały parlamentu na wniosek swój „Pro Polonia“, aby Polska, przeznaczona do wielkiej roli w równowadze pokojowej, stała się jednolitem, wolnem i niepodległem państwem; prezydent Wilson, natchniony przez genjalnego Paderewskiego, rozważa zbrodnię dokonaną niegdyś nad Polską przez podstępnych i brutalnych zaborców. Polska powstanie! Tak będzie — w to wierzymy! Ale wiemy też, że żadne proklamacje i wnioski nie dadzą nam wolnej ojczyzny. Będziemy zmuszeni położyć na nich własny podpis i pieczęć... krwią i zwycięstwem!
Słuchając Polaków, Nesser ujrzał nagle szeregi tych ludzi, porywczemi rzutami biegnących do ataku. Opowiedział im o swojem wrażeniu, gdy patrzył na kompanję z punktu obserwacyjnego z lasku Berthonval. Polacy uśmiechali się zagadkowo. Wreszcie młody żołnierz o płomiennych, rozmarzonych oczach zawołał:
— Jakżeż trafnie określił pan nasze ruchy! A wie pan, czem się to objaśnia? Otóż od wieków Polacy, dość leniwi z natury, w chwilach porywu stają się niepohamowani. Lignica, Grunwald, Wiedeń, Somosierra, powstanie Kościuszki i setki, tysiące innych przykładów dowodzą tego! Żądza osiągnięcia, ofiarność czynu i mistyczna miłość dla idei — są cechami naszego charakteru... Ludzie powiadają, że świadczy to o przewadze sentymentu nad rozumem, co jest podobno, rzeczą niepraktyczną w polityce? Być może! Historja nasza jednak poucza, że padliśmy właśnie wtedy, gdy cechy te nie zostały przejawione w całej pełni...
— Rozumiem — rzekł Nesser w zamyśleniu, żegnając Polaków.
W wyobraźni wyłaniał mu się już nowy feljeton. Miał nawet dla niego gotowy tytuł — „Kompanja porywu“.
Gdy myślał o tym tytule, potrząsnął głową i postanowił zmienić go na inny.
— „La Pologne toujours vivante“ — tak będzie lepiej! — szepnął do siebie i, schylając się, a chwilami pełznąc pod zwisającemi betonowemi okapami transz, kluczył w ich labiryncie, aż późnym wieczorem, gdy już umilkły odgłosy bitwy, dotarł do Carency, gdzie przenocował. Następnego dnia spotkał znajomego oficera sztabowego z Paryża i z nim razem objechał raz jeszcze front Artois, ciągle obmyślając feljeton o Polakach. Chciał napisać tę korespondencję w najwyższem natchnieniu, ponieważ rozmowa z tymi ludźmi oświeciła kilka niejasnych dla niego zjawisk. Był wdzięczny tym obcym żołnierzom i chciał wzbudzić uznanie dla nich w tłumie ulicznym, bezmyślnym, jak każdy tłum, lecz zdolnym do uniesień. Nie udało mu się jednak znaleźć chwili wolnej.
Wypadło mu zwiedzić pozycje angielskie, gdzie wojsko natrafiło na zacięty opór Niemców. Brytyjse pułki, złożone z ochotników, nie oszczędzały swego życia, ginęły pod kulomiotami, wikłając się w pajęczyny drutu kolczastego, cofały się, jak fale, rozbijające się o stromy brzeg, i znowu pędziły naprzód, padając pod niewidzialną kosą z kul niklowych, granatów ręcznych i pocisków lekkiej artylerji, bijącej w nich zbliska, tuż z poza okopów, ziejących ogniem i śmiercią.
Nesser zajrzał do szpitali przyfrontowych i na ewakuacyjne punkty Czerwonego Krzyża. Calais, Boulogne, Paris-Plage, Berek-sur-Mer, a nawet Amiens nie mogło już zmieścić rannych. Długie łańcuchy pociągów, naładowanych krwawiącem mięsem ludzkiem, sunęły w głąb kraju — do Paryża, Bordeaux, Marsylji, Tulonu i do szpitali, zakładanych na pograniczu szwajcarskiem. Znowu zobaczył Nesser straszliwe oblicze wojny — nie tej, co porywem, chaosem i zgiełkiem zmusza serce, aby milczało, przejęte zgrozą i majestatem walki, lecz innej — gdy milknie wściekła, stalowa gardziel wojny, a jęczeć i wyć poczyna ziemia — przerażona, stratowana, zbluzgana krwią, gdy łkać, żalić się, rzęzić i wzdychać z goryczą i wyrzutem niemym zaczynają dzieci tej ziemi — ludzie, zmiażdżeni i poszarpani. Przebiegając ulice Boulogne, Nesser słyszał wyraźnie niemilknący, ponury jęk, napływający zewsząd, a tak szarpiący serce, że dziennikarz uczuł nawet pewną ulgę, gdy poprzez ten pomruk przeciągły, drażniący i jednostajny, przedarły się nagle obłędne, rozpaczliwe krzyki i wycie bólu, bo głosem tym przemówiła natura ludzka, bliska mu i zrozumiała.
Feljetonu o Polakach dotychczas jeszcze nie napisał. Na pierwszy plan nasunęły mu się bowiem inne tematy — bardziej znaczące, bliższe uczuciom i rozumowi francuskiemu. Przez cały prawie miesiąc miotał się Nesser po froncie, opisywał bitwy koło La Bassée, gdzie Anglicy zepchnęli wkońcu przeciwnika z jego pozycji i posunęli się o osiemset metrów naprzód, za każdy metr oddając setki żyć ludzkich; był świadkiem nowych potyczek na bagnety i bomby ręczne w Ablain St. Nazaire i Neuville — Saint-Vaast, gdzie sam ledwie że nie zginął od granatu podczas huraganowego ognia Niemców, usiłujących odciąć tyły od dywizyj generała Pétain.
Ten wódz przygotował się właśnie do nowego skoku, oczekując stosownej chwili. Wreszcie przyszła ona 13-go czerwca. Pétain nie mógł dłużej zwlekać. Od ofenzywy na zachodzie zależały bowiem losy sprzymierzonej armji rosyjskiej. Trzy dni trwało burzenie okopów niemieckich i niszczenie zagród kolczastych wściekłym ogniem lekkiej i ciężkiej artylerji. Wreszcie 16-go czerwca ruszyły francuskie wojska do nowego ataku. Trudne to było zadanie, gdyż przeciwnik przerzucił potężne rezerwy i tem wstrzymał szalone ataki Francuzów i Anglików. Zdobyto zaledwie wąskie pasmo ziemi.
Nesser przedostał się na obserwacyjny punkt w Ablain St. Nazaire. Na północy widział dymiące się i bluzgające ogniem okopy na wzgórzu Notre-Dame-de-Lorette, a wprost przed sobą — ruiny Souchez. Szeregi francuskie, rozsypane w tyraljerkę, przebiegały tam w dymie i kurzawie. Nagle z transz niemieckich wynurzyło się kilka bataljonów, idących do kontr-ataku. Po zaciekłej walce na bagnety francuscy strzelcy cofać się zaczęli. Ledwie drgnęły atakujące kolumny, — z okopów, zajętych przez Francuzów, wyplusnęły większe i mniejsze grupy szaro-niebieskich sylwetek. Nie było już wątpliwości, że transze te zostaną zgubione.
— To 150-ty pułk opuszcza pierwszą linję! — wykrzyknął major-obserwator.
Jakgdyby odpowiadając mu, od Notre-Dame-de-Lorette zagrały trąbki sygnałowe, a szczupły oddziałek piechoty biegiem rzucił się do kontr-ataku. Nesser odrazu poznał te ruchy porywcze i silne.
La Pologne toujours vivante! — szepnął.
Polacy zaatakowali opuszczone przez Francuzów rowy na cmentarzu Souchez i zwarli się z Niemcami. Tymczasem cofającą się piechotę zatrzymano i rzucono im na pomoc. Z okopów nikt już nie powracał, lecz po chwili zjawiły się nad parapetem dwie płachty — jedna trójkolorowa ze złotemi wstęgami i druga — cała z łachmanach i strzępach, — szkarłatna z białą plamą w środku...
W nocy dopiero odnalazł Nesser sztab dywizji, walczącej na odcinku Notre-Dame-de-Lorette, i jął wypytywać o przebieg bitwy.
— 150-ty pułk, zdenerwowany początkowem niepowodzeniem naszego ataku, opuścił pierwszą linję... Sytuację naprawili niedobitki polskiej kompanji pułku cudzoziemskiego. Ruszyli samorzutnie do kontrataku, no — i prawie wszyscy wyginęli... Jednak pociągnęli za sobą naszych strzelców...
Przez całą noc szukał Nesser pobliskiego szpitala. Znalazł go w Aix-Noulette. Nikt tu nie mógł go poinformować o Polakach.
— Przyjęliśmy — mówili lekarze — tylu rannych, że leżą na podłodze, a nawet w sieniach domów i na strychach!
Nesser obchodził wszystkie lokale, gdzie umieszczono rannych i wykrzykiwał:
— Czy niema tu ludzi z 2-ej kompanji pierwszego pułku cudzoziemskiego!
Wreszcie w jakimś nieoświetlonym domku, z szeregu leżących na sianie ciemnych, okrytych płaszczami postaci słaby głos odpowiedział mu:
— Jestem! Podporucznik Szafraniec z 2 kompanji...
Nesser pochylił się nad rannym i zapalił latarkę elektryczną. Błysnęły złote zęby i źrenice męczeńskie, rozwarte szeroko.
— Dostało się panu? — spytał dziennikarz.
— Mam kulę w boku i przestrzeloną w dwóch miejscach rękę — odparł Polak cichym głosem. — Może mi pan da się napić? Nie miałem od rana ani kropli wody!
Nesser odszukał sanitarjuszkę i po chwili przyniósł kubek wody z sokiem cytrynowym.
— Dziękuję! — szepnął Szafraniec. — Ulżyło mi! Teraz mogę cierpliwie czekać na opatrunek.
— A tamci, których poznałem w okopach Souchez?.. — spytał dziennikarz.
— Polegli — odparł Polak spokojnie. — Jako nowomianowany podporucznik, prowadziłem ich do kontr-ataku...
— Bohaterowie! — zawołał Nesser.
— Nie, panie! To nie bohaterstwo, lecz sumienność. Napoleon, dla którego Polacy mają kult, mawiał, że „robi się dobrze tylko to, co się robi sumiennie“ — wyrzęził podporucznik i począł szczękać zębami, dygocąc cały.
Nesser podbiegł do lekarza i uprosił go, aby natychmiast zbadał rannego Polaka i zaopiekował się nim. Po tym wypadku w „Hałasie Ulicy“ zjawił się nakoniec feljeton „La Pologne toujours vivante“, a wywarł tak silne wrażenie, że nawet największe pisma przedrukowały go. Rumeur był szczęśliwy nad wyraz. Posiadał nietylko najlepsze i najściślejsze relacje z frontu, nietylko wyprzedzał całą prasę, podając opisy naocznego świadka, swego odważnego korespondenta, lecz mógł się pochwalić artykułami, wzbudzającemi zazdrość konkurencyjnych pism. Imię Henryka Nessera stawało się głośne. Kilka redakcyj zaproponowało mu korzystniejsze warunki, niż te, które mógł mieć w brukowcu.
Korespondent „Hałasu Ulicy“ odpowiedział na wszystkie propozycje krótkim listem:
— Nie jestem dziewką, sprzedającą się temu, kto płaci drożej!
Był to już idealizm, dla dziennikarzy zgoła niezrozumiały.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.