O ontologicznej beznadziejności logiki, fizykalizmu i pseudo-naukowego monizmu wogóle i o perspektywach koncepcji monadystycznej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł O ontologicznej beznadziejności logiki, fizykalizmu i pseudo-naukowego monizmu wogóle i o perspektywach koncepcji monadystycznej
Data wydania 1937
Wydawnictwo Warszawskie Towarzystwo Filozoficzne
Druk Piotr Pyz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ
O ontologicznej beznadziejności logiki, fizykalizmu i pseudo-naukowego monizmu wogóle i o perspektywach koncepcji monadystycznej
ODBITKA Z XL ROCZNIKA
PRZEGLĄDU FILOZOFICZNEGO
WARSZAWA
1937





Drukarnia: PIOTR PYZ i S-ka, Warszawa, Miodowa 8.





O ONTOLOGICZNEJ BEZNADZIEJNOŚCI LOGIKI, FIZYKALIZMU I PSEUDO-NAUKOWEGO MONIZMU WOGÓLE I O PERSPEKTYWACH KONCEPCJI MONADYSTYCZNEJ.

Wytworzyło się w ostatnich czasach przekonanie, że filozofja, jako tworzenie t. zw „systemów”, skończyła się, że miejsce jej musi zająć jakaś bliżej nieokreślona „synteza” nauk ścisłych, absolutnie pewnych w swych wynikach, lub też logiczna kontrola tychże nauk, prześwietlanie ich pojęciowych podstaw i tworzenie ścisłego języka znaczkowego, w którymby one bez żadnych niejasności bez reszty wyrażone być mogły. To ostatnie dążenie jest zrozumiałe i w istocie swej wartościowe. Niewiadomo tylko, czy samo, nawet do końca zrealizowane, jest w stanie usunąć wewnętrzne niezgodności i kwestje dotąd nierozstrzygalne, w obrębie każdej z poszczególnych nauk tych pojawiające się, a mające, mojem zdaniem, źródło swe w problemach ontologicznych. Co zaś do „syntezy” owej, okazało się jawnie, że jest ona niemożliwa do osiągnięcia bez rozstrzygnięcia wprzód zasadniczych konfliktów ontologicznych wobrębie samej filozofji np. problemu idealizmu i realizmu, kwestji stosunku poglądu fizykalnego i psychologistycznego, a dalej stosunku fizyki do bijologji, czy kwestji istnienia t. zw. „materji martwej” i żywej zindywidualizowanej — a inna jest niewyobrażalna. Poszczególne nauki, w miarę ich rozwoju we własnych ich zakresach, nawet bez przecinania się i zachodzenia jednych na drugie, wytwarzają swoiste problematyki, graniczące z wyżej wymienionemi zagadnieniami, które to ostatecznie powstają w swych rozwiniętych postaciach już na tle analizy związków nauk tych między sobą.
Niemożność absolutna sprowadzenia bijologji do fizyki, niemożność ominięcia jedności osobowości w psychologji (nawet u tego typu psychologa co Cornelius), mimo zapewnień Macha, że „ja”, to tylko „praktyczna jednostka” i wmawiań Russella, że „ja”, to „gramatyczna istność”, (ale skąd się bierze „praktyczność” w skupisku elementów i gramatyka w „neutral-stuff’ie”); dalej: kryzys fizyki i pojawienie się w niej obserwatora-operatora, który wyrzucony z niej jako stwór żywy i dla którego niema miejsca w czystym poglądzie fizykalnym, wlazł do niej znowu w teorji względności, a jeszcze bardziej w mikrofizyce, co wyraża się np. w operacyjnej teorji pojęć fizykalnych Bridgmana; następnie kwestja empiryzacji i psychologizacji logiki, a z drugiej strony jej pewien absolutyzm i to na tle formalizmu i konwencjonalizmu, a dalej jej ontologiczne zapędy w celu zniszczenia samej filozoficznej problematyki w zarodku jako nonsensu, jako czegoś, co nie może być wyrażone w zdaniach wogóle, bez uwzględnienia tego, że same korzenie logiki nie tkwią ani w przypadkowo takiej, a nie innej psychologji danych istot, ani w ich ograniczonej empirji, tylko w ontologji, poprzez ten fakt ogólno-ontologiczny, że logika, to prawodawstwo w sferze pojęć, a pojęcia, czyli znaki posiadające znaczenia, są wytworami społecznie żyjących istot żywych. Chodziłoby o wynikanie takiej, a nie innej logiki z praw ogólnych Istnienia, których nie przyjąćbyśmy nie mogli; to wszystko razem dowodzi, że w obrębie samych nauk sytuacja nie jest wyraźna, że nie pomoże tu nic jedynie jakaś ich synteza, bo same one potrzebują prześwietlenia w jakimś ogólnym poglądzie filozoficznym właśnie, t. zn. poza ściśle-naukowym, ściślej poza fizykalnym, któryby im dopiero wyznaczył właściwe miejsce i ograniczył włażenie jednych na tereny drugich, jako proceder beznadziejny, wytwarzający tylko pomieszanie pojęć i poglądów.
Konflikt nauki i filozofji datuje się od tych czasów, kiedy nauka, we wspaniałym swym zaiste rozwoju, zabrnęła w końcu w materjalistyczną ideologję i kiedy filozofja, opuściwszy świat realny, umknęła wszelkiej kontroli w balonie hypostazyjnego i zgoła werbalnego idealizmu. Konflikt ten jest do złagodzenia przez definitywne przezwyciężenie związanego z nim realizmu pojęciowego, który jest jego powolnym sługą i prowadzi do sfałszowania radykalnego psychologji przez teorję „aktów” i „intencjonalności”, a przez to tworzy pojęcia niby-ostateczne, które zagważdżają również filozofję, jak to się dzieje w fenomenologji Husserla, prowadzącej do odrealnienia świata i stworzenia fałszywego jego obrazu, jako rzadkiego względnie skupiska spirytualistycznych punktalnych, bezcielesnych w istocie monad, z niewiadomo jak przyporządkowanemi im „korelatami intencjonalnych przeżyć”, stanowiącemi właśnie ten odrealniony świat razem z ich ciałami. W pewien sposób, stojąc na stanowisku czystego „ja”, czyli jedności osobowości, jak Husserl i Cornelius, można stworzyć świat, jako korelat przeżyć i konieczny warunek istnienia tej osobowości, którąby się uznało za coś pierwotnego, absolutnie koniecznego. Ale nie można się na tem zatrzymać: trzeba następnie powiedzieć czem jest ten korelat sam w sobie, bez względu na spostrzegającą go osobowość, której przeżyciem on z jednej strony bezsprzecznie jest. To jest już przejście od idealizmu do realizmu, które musi być dokonane, o ile filozofja nie ma być tylko czystą zabawką umysłu, jakąś konstrukcją uspokojenia jak religja, ale jeśli ma naprawdę, mimo wszystkich niewygód, zdawać sprawę z tego świata, w jakim żyjemy w poglądzie życiowym, par excellence realistycznym, będącym zasadniczym magazynem pojęć pierwotnych tak dla filozofji, jak i dla nauk ścisłych. Tu występuje bezwzględna wyższość Corneliusa nad Husserlem, który to pierwszy pozostał w ramach osobowości, że tak powiem „od środka”, czyli jako bytu samego w sobie i dla siebie, bez implikowania idealistycznej metafizyki. Temniemniej psychologizm, nawet w tej najdoskonalszej swej, corneliusowskiej, postaci, osiągniętej poprzez Berkeleya, Macha i Avenariusa, jest nie-samowystarczalny, mimo, że część Prawdy Absolutnej o istnieniu zawiera.
Brak syntezy filozoficznej, o którym mowa w programie tematycznym dyskusji zjazdu III-go filozoficznego polskiego, pochodzi stąd, że ogólnie, a szczególniej u nas filozofja odwróciła się od ontologji, którą uprawiają przeważnie idealiści różnych rodzajów, pogłębiając przepaść między nauką a filozofją. Bo nic tu nie pomogą niewczesne radości idealistów na ten temat, że fizyka dzisiejsza rozbiła materję w puch i zmieniła ją faktycznie w jakiś niewyobrażalny korelat intencjonalny matematyków; że jakąś funkcję „psi”, nieprzestrzenną, a jednak będącą zdaje się podobno co do wartości swych w związku z energją i jej przestrzennem rozłożeniem, można utożsamić z formą arystotelesowską, czystą jaźnią idealistów, czy też z entelechją Driescha i tak wybrnąć z problemu stosunku materji martwej do materji żywej. To są chwilowe hybrydy takie ideje, za które niedługo nie będzie mogła wziąść odpowiedzialności ani nauka, ani nawet filozofja idealistycznego odłamu. Podobnie niewczesne są próby w rodzaju J. B. S. Haldane’a wybrnięcia z indeterminizmu fizykalnego, przez połączenie go z bijologją. Żaden bowiem objektywny, w istocie niepojęty jako taki właśnie, a nie ułomnościowy z naszej winy, indeterminizm, nie jest w stanie wytłomaczyć, bez jakichś tajemniczych pozaprzestrzenych entelechji, bijologicznego zdeterminowania organizmu żywego.
Z drugiej strony wyraźnie zły jest wpływ fizyki i logiki na filozofję w ostatnich fazach rozwojowych tych nauk. Nauki te operują pojęciami jednorodnemi: np. logika: pojęciami ogólnego przedmiotu, stosunku, części i całości, a dalej: pojęciami właściwości, stałych funktorów i zmiennych, a fizyka pojęciami: rozciągłości w ruchu — od drobiny do elektronu, czy paczki falowej, lub jeszcze dziwniejszego jakiegoś elementu — i sił działających między rozciągłościami, przy tendencji unifikacyjnej, wyrażającej się w pojęciu energji. Otóż pod wpływem tego stanu rzeczy nastąpiło zlekceważenie problemu osobowości, w dążeniu do osiągnięcia takiego pozornie doskonałego monizmu, jaki w naukach tych zdaje się panować. Nauki te są bezsprzecznie wspaniałe jako takie, ale zgubny jest wpływ ich na filozofję i wogóle rozwój myśli ludzkiej, gdy przekraczają granice swych kompetencji i chcą być jakiemiś hyper-ontologjami swego rodzaju, eliminującemi dowolnie problemy filozoficzne jako pozorne, czy też urojone.
W związku z tym stanem rzeczy występuje zjawisko tworzenia t. zw. przezemnie systemów „bezpłciowych”, zasadniczo jednopojęciowych, chcących par force opisać niezaprzeczalnie dwoiste Istnienie, jako coś, składającego się z elementów jednorodnych, czyli bez t. zw. przez Whiteheada bifurkacji. To ostatnie jest możliwe, ale tylko w pewnym rodzaju realistycznego monadyzmu, nie wykluczającego dwoistości zasadniczej, którą można przedstawić najprościej przez dwuczłonowe wyrażenie: 1) ja, cielesny, czujący i 2) świat, w którym są też takie jaźnie cielesne i prawdopodobnie czujące, na tle materji martwej; do tego dołącza się dwoistość z poprzednią ściśle związana, a która wyraża się w czaso-przestrzenności wszystkiego co istnieje: t. j. przedmiotów, żywych stworów i jakości w ich trwaniach. Do tego zagadnienia powrócę później.
Przedewszystkiem systemami takiemi bezpłciowemi są systemy: Macha i Avenariusa, rozwinięte najdoskonalej, ale już w pewnej transformacji, przez Corneliusa, który przyjmuje jedność osobowości jako istotną podstawę wszystkich związków, będących u Macha jednego jakby gatunku: stół i ja różnimy się tylko siłą powiązań. Ale już wprowadzenie samego pojęcia związku i dwóch, a z uczuciami, trzech rodzajów jakości, niszczy samą podstawę monistyczną systemu. Jako dalsze przykłady służyć mogą systemy: Whiteheada, Russella, Wittgensteina, a u nas Kotarbińskiego, nie mówiąc już o całej falandze następców dwóch przedostatnich i Macha — u punktu wyjściowego przynajmniej — skupionych w „Wiener Kreis’ie” i materjalistach mniej lub więcej prymitywnych w rodzaju Lancelota Hogbena i amerykańskich behaviorystach; do tego dołączają się subtelniejsi fizykaliści, którzy zamykają kółko, wracając do psychologizmu, czy idealizmu fizykalnego, t. zn. formuły: są przeżycia i przyporządkowane im grupy symboli.
Whitehead usiłuje uniknąć bifurkacji przez wprowadzenie jednorodnego pojęcia zdarzenia, jako pojęcia pierwotnego; w dalszych pracach wprowadza jednak pojęcie „aktualnej istności” (actual entity), którą mogą być zarówno żywe stwory, jak i elektrony. Zdarzenie rozdwaja mu się przez nazwanie aktualnego stanu ciała „zdarzeniem spostrzegającem”, a ciało w czasie staje się „spostrzegającym przedmiotem”. Uderzająca analogja do pseudo-monistycznego wybrnięcia u Kotarbińskiego, który istoty żywe nazwał „rzeczami doznającemi” i w ten sposób zamienił świat na jednorodną w swej istocie masę rzeczy. Pogląd ten styka się z psychologizmem, o ile własności rzeczy nazwiemy elementami czy jakościami, a rzeczy związkami. Russel stworzył „neutralną materję”, ale za cenę wielkich zaprzeczeń oczywistościom niezaprzeczalnym: sprowadzenia istnienia osobowości do gramatyki, istnienia jakości na równi z elektronami w mózgu jako zupełnego pêle-mêle, braku różnicy istotnej między wspomnieniami, a jakościami aktualnemi, „żywemi”. Są to zbyt wielkie poświęcenia za uzyskanie werbalnego czysto monizmu. Wittgenstein, przy pomocy pojęcia „faktu” wyeliminował podobnie jak Whitehead, osobowość, aby następnie mówić o zdaniach i logice, które są też faktami, ale nie wiadomo skąd się wzięły w świecie bezosobowym, w którym osoby są fikcjami, — fikcjami ale czyjemi, dla kogo i w stosunku do czego? Wszystko to są koncepcje zrobione na wzór fizyki i logiki i dlatego, przez swą pojęciową jednorodność nie są one zdolne do opisania świata takim, jakim jest, t. j. oczywiście dwoistym, ale przez to bynajmniej nie iracjonalnym. Sądy wypowiedziane tu o wymienionych autorach nie ograniczają się do tych kilku zdań, tylko opierają się o większe prace, a mianowicie o Kotarbińskim, Whiteheadzie i Wittgensteinie. W przygotowaniu jest praca o Rudolfie Carnapie.
Dziwny jest stosunek logistyków do problemów filozoficznych, które możnaby, bez żadnej metafizyki w złem znaczeniu, t. j. bez idealizmu, hypostaz i wszelkich werbalnych właśnie monizmów, określić jako następujące zagadnienia: 1) stosunku poglądu psychologistycznego, którego, jako części Prawdy Absolutnej o Istnieniu odrzucić nie można, do poglądu fizykalnego, który również narzuca się nam jako konieczny częściowy opis istnienia, pewnego wycinka jego, raczej kupiury, a następnie 2) stosunku t. zw. materji martwej, dowolnie w poglądzie fizykalnym wyidealizowanej i odrealnionej, czy brutalnie materjalistycznej — to wszystko jedno — chodzi o martwość rozciągłości w ruchu, bez których żaden fizyk się nie obejdzie — do zindywidualizowanej materji żywej, obdarzonej zorganizowanemi czuciami. Poprzez ich metodę formalizowania zagadnień i mówienia o wyrażeniach, zamiast o ich odpowiednikach, w związku z tem co nazywam „metafizyką mowy”, a właściwie składni, zupełnie zlekceważają logistycy narzucający się ontologicznie stan rzeczy. Problem polega na sprowadzalności jednego z wymienionych poglądów do drugiego, a z drugiej strony na sprowadzalności zinterpretowanych w pewien sposób w tych poglądach materji: martwej i żywej.
Wiadomo, że cały pogląd fizykalny daje się bez reszty wyrazić w terminach przeżyć, czyli następstwa kompleksów jakości: na tem polega idealizm fizykalny, wyznawany dziś przez większość fizyków. Z drugiej strony wiadomo, że nie można bez reszty wyrazić materji żywej, podzielonej na indywidua — a inna jest niewyobrażalna — w terminach materji martwej, od drobiny aż do ostatniego, jak chcą niektórzy, objektywnie niezdeterminowanego — co jest znów jawnym nonsensem i sprzecznością — elementu fizykalnego. Nawet same takie elementy nie stworzą konstruktywnego, do pewnych celów przeznaczonego organizmu żywego. Jeśli założymy, że znamy wszelkie ruchy wszystkich fizykalnych cząsteczek w mózgu, czyli więcej niż nam dzisiejsza nauka pozwala, organizm, poruszający się dowolnie według swego poczucia w wymiarach makro, czujący, ew. myślący, co jest w nominalistycznem ujęciu sprowadzalne również do następstwa jakości, będzie w pewnym sensie tajemnicą.
Pojęcie tajemnicy jest według mnie pojęciem ścisłem, wyrażającem niemożność podania nieskończonego szeregu definicji pojęć, czyli konieczność przyjęcia pojęć pierwotnych, oznaczających elementy bytu ostateczne. Widzimy, że nie zyskujemy nic, przyjmując pojęcie tajemniczego również w swej istocie martwego elementu fizykalnego, jako ostatecznego elementu Istnienia; bo fizykalnie odtajemniczyć to znaczy tyle co rozłożyć na elementy, wskazać ich konfiguracje, szybkości, przyśpieszenia i kierunki ich ruchów, a element prosty z założenia jest nierozkładalny.
Dlatego to twierdzę, że lepiej przyjąć za element świata stwór żywy, t. j. monadę, ale nie leibnizowską, tylko istotnie cielesną, bo z wielkiej ilości stworów żywych bardzo małych mogę skonstruować, na zasadzie Wielkich Liczb, czyli statystyki, materję martwą, która będzie w zupełności odpowiadać, w danym rzędzie wielkości, wymaganiom każdej fizyki, a odwrotność tego procederu, t. j. konstrukcja żywego stworu z materji martwej, nawet indeterministycznej, jest niemożliwa. Chyba, że nadamy jej cząstkom życie — ale wtedy jesteśmy monadystami, a nie fizykalistami czystymi. Tajemniczość zaś cząsteczki fizykalnej t. j. rozciągłości w ruchu i monady, niezależnie od kwestji sprowadzalności, jest tego samego stopnia, bo i w jednym wypadku i drugim problem najjadowitszy: aktualnej nieskończoności tak w małości jak i w wielkości pozostaje nierozstrzygniętym. Podobno i logika, jak to przypuszczałem, rezygnuje z rozważania zagadnień z nim związanych.
Mimo, że materjaliści opierają się na niespełnialnych obietnicach przyszłych doświadczeń, które nigdy nie nastąpią, część logików, wychodząc nota bene z psychologistycznego poglądu, t. zn. z bezpośrednio danych, a następnie odwracając twierdzenie o sprowadzalności poglądu fizykalnego do poglądu psychologistycznego, twierdzi zupełnie gołosłownie, że wszystkie pojęcia poglądu psychologistycznego dadzą się sprowadzić do pojęć poglądy fizykalnego, co jest oczywistym fałszem. Przedmiot bowiem rzeczywisty, a dalej pochodny od niego w prostej linji elektron, mogę określić jak skrót pojęciowy dla następstwa moich aktualnych, lub pod pewnemi warunkami mogących nastąpić przeżyć, przyczem warunki te będą również pewnemi przeżyć tych następstwami, ale żebym nie wiem jak podstawiał za czerwone np. jakieś drgania, to czerwonego jako takiego nie usunę. Może być tu mowa o przyporządkowaniach, ale nie o zupełnej sprowadzalności, polegającej na eliminacji przez podstawienia. Ten stan rzeczy wyraża to, że cielesna osobowość jest rzeczą pierwszą w istnieniu, a reszta to wszystko jej pochodne różnych rodzajów. Twierdzenie więc, że w t. zw. „języku fizykalnym ” — zaznaczę, że według mnie język jest jeden, a zato są różne terminologje zależnie od odpowiednich dziedzin — mówić można o wszystkiem tak, jak w psychologistycznym, jest jawnym fałszem i góry całe znaczków i kalkiulowych zasad na to nic nie pomogę. Dalej następuje u wiedeńczyków, oparte na tym fałszu, przejście do materjalizmu, czy też subtelnego fizykalizmu uznanego za jedyny sensowny, bo sprawdzalny pogląd i wyeliminowanie — mimo wyjścia z bezpośrednich danych — to jest najdziwniejsze t. zw. „cudzych przeżyć” (a swoich nie — więc chyba solipsyzm machowski?) i traktowanie zachowaniowe (behaviorystyczne) wszelkich żywych stworów, jako jakichś agregatów przedmiotów fizykalnych („naukowych przedmiotów” Whiteheada), martwych cząsteczek dowolnego stopnia sublimacji poglądu fizykalnego. I ten fantastyczny wprost jako metafizyka światopogląd oparty jest na logistyce! Niewiadomo tylko czy w sposób konieczny, bo bez logistyki można go zupełnie dobrze sformułować, w logistyce zaś jest tak, że co się w nią wpakowało, to musi z niej wyjść, a jeśli nie t. zn. że nastąpiło cudowne rozmnożenie znaczków ponad formalistyczno-konwencjonalistyczne, w gruncie rzeczy ogólno-ontologiczne wymagania. Logistycy twierdzą, że, budując odpowiedni „język”, mogą problemy filozoficzne jako bezsensowne zupełnie usunąć, ale przedstawiając, jak np. Carnap, co za te problemy uważają, dają poznać, że tego chyba naprawdę nie wiedzą i że to, co oni dogmatycznie przyjmują, t. j. sprowadzenie poglądu psychologistycznego do fizykalnego i zindywidualizowanej materji żywej do materji martwej, jest właśnie problemem, który należy inaczej rozwiązać, bo ich rozwiązanie jest nawet przy założeniu ostatecznego rozwoju nauk niemożliwe. Pozatem w obrębie samej logistyki nie wszystko jest jeszcze zupełnie określone i niewiadomo czy wszystkie problemy jej tak bez reszty się w jej własnych terminach wyjaśnią, jak to jej twórcy początkowo myśleli. Wyrażenie całej matematyki w terminach logistycznych bez sprzeczności byłoby wielkiem zadaniem, ale robienie z logistyki, która się pozornie od ontologji całkowicie oderwała, jakiejś wyroczni ontologicznej właśnie, a w szczególności na tle jej niewykończenia ostatecznego i dowolności w pewnych granicach pojęć i założeń pierwotnych, jest conajmniej lekkomyślnością. Według logistyków można tworzyć dowolny język logistyczny, byle tylko wyżej opisane ogólnikowo filozoficzne problemy, rozstrzygnięte musiały być również w wyżej opisany sposób, t. zn. uznane za pozorne. Pozatem niewiadomo co kieruje przyjęciem takich albo innych znaczków, które mimo całego sformalizowania jakieś znaczenia w znaczeniu możności podstawień mieć muszą, jak i pierwsze twierdzenia, bo inaczej aparat taki nie dałby się stosować do rzeczywistości. Czysty konwencjonalizm formalny wydaje się ułudą swych twórców, bo jakiżby był potem związek czystego pozornie dowolnego w swych zasadach kalkiulu z danemi stanami rzeczy? Jestem za ontologizacją logiki; nie empiryzm, nie psychologizm, nie konwencjonalizm, tylko razem wzięte te 3 teorje, przejaśnione w swych tajemniczościach przez ontologję, czyli że konieczne zasady istnienia, konieczne pojęcia i twierdzenia, których nie przyjąć nie możemy, muszą leżeć u podstawy wyboru pierwszych znaczków i pierwszych ich połączeń. Dotąd jest to poza analogjami z matematyką, którą następnie przez teże znaczki się wyraża, zupełnie nieuzasadnione: inicjalna w swojej sferze dowolność, a potem apodyktyczna pewność w sferze logistyce jako takiej z założenia obcej, t. j. w ontologji. Moja teza co do logiki brzmiałaby tak: struktura rzeczywistości jest taka — a inna być nie może — że pewne formy logiczne w sposób konieczny powstać muszą; dalszy ich rozwój zależy od założeń, jakie się przyjmuje w ontologji. Logistycy, płynąc w balonie pozornie od rzeczywistości oderwanym, wydają bezwzględne wyroki o tem, co może, a co nie może być o tej rzeczywistości powiedziane i to jeszcze w jakim języku powiedziane, daleko już poza kwestją logicznej niesprzeczności w dawnem znaczeniu. A do tego zgóry konstruują języki, które mają na celu, przez odpowiedni dobór znaczków, wytłamszenie odwiecznych problemów jako bezsensownych. Otóż ten bezsens należałoby jakoś udowodnić w języku ludzkim, a nietylko znaczkowym, który ostatecznie jest tylko szeregiem wygodnych skrótów dla zbyt zawiłych i przewlekłych operacji, a w istocie jest umyślnie według dowolnych do pewnego stopnia założeń, w celu tego dowodu skonstruowanym. Zamiast dowodu dostajemy zwykłą, już nie zamaskowaną niczem materjalistyczną dogmatykę, z powołaniem się na doświadczenia przyszłości. Doświadczenie wielką jest rzeczą: zrobiliśmy białko, zrobimy zczasem i komórkę, a wtedy...? Otóż to właśnie, że wtedy nic, bo jeśli komórka mogłaby być zrobiona, to jeszcze wtedy tajemnica jej reakcji i czuć pozostałaby w stosunku do poglądu fizykalnego ta sama. Co zaś do kryterjów wyboru pierwszych znaczków i postawienia pierwszych twierdzeń, logistycy nie dają żadnych wyjaśnień. Do tego logistyka nie daje nam naprawdę żadnych kryterjów wyboru między istniejącemi kierunkami w filozofji, opierającemi się o istotne elementy istnienia, tylko brane w różnych proporcjach ich ważności, od solipsyzmu, poprzez idealizm, aż do realizmu i reizmu. Ona je wszystkie w czambuł z, wyjątkiem fizykalizmu na równi deprecjonuje. Jest tak dlatego, że logika, tak jak fizyka, stoi po jednej stronie istnienia, nie uznając jego oczywistej dwoistości. Ale w gruncie rzeczy, jeśli się podstawowe pojęcia tych nauk zanalizuje, ale nietylko logicznie, jak mówią wiedeńczycy, ale ontologicznie, to widać, że one obie razem implikują tę dwoistość, której się pozornie, w pewnej już odległości od swych podstaw, niby wyrzekają. Czcząc głęboko obie te dziedziny, twierdzę, że kompetencje ich muszą być ograniczone i sądzę, że ogólnikowo ukazałem do tego podstawy. Logicy twierdzą, że w postaci swych systemów tworzą narzędzia dla badań filozoficznych! Że tworzą faktycznie machiny o szalonej precyzji i komplikacji w dalszych ich rozwinięciach to jest fakt. Ale co do podstaw i prawdziwej użyteczności ich, o której nic prawie istotnie nie słychać, to inna jest zupełnie sprawa: nie widać, aby sami dotąd użyli narzędzi swych w sposób rewelacyjny i płodny. Bo to, co mówią da się i zwykłym językiem powiedzieć i niema w tem nic nowego, przyjąwszy zgóry, że będą mówić językiem fizykalnym, jednostronnym, o jednorodnych pojęciach i to jeszcze o ile to wogóle jest możliwem, sformalizowanym, a więc jeszcze raz ujednorodnionym. A jeśli przy pomocy obecnej logistyki absolutna słuszność fizykalizmu udowodnić się nie da, co jest pewnem, logistycy, jak i materjaliści, mogą zawsze odwołać się do przyszłości. Ale ludzie zaczynają już wierzyć, że to, co, jak się to mówi, przez logistykę „przepuszczone” nie było — zupełnie jak przez jakąś maszynę do robienia kiełbas — na serjo traktowanem być nie może. Ale aby się o tem, i to w wielce niedoskonały jeszcze sposób, przekonać trzeba nauczyć się logistyki — i tu występuje pytanie: „jakiej?” — i przeczytać „Syntax” Carnapa — mała rzecz. Tego zresztą w części dokonałem. W logice, tak starej jak nowej, nie przeontologizowanej, poza tem, że trzeba się jej zasad normatywnych absolutnych absolutnie trzymać, żadnej ontologicznej nadziei niema. Trzeba zająć się ontologją realistyczną, a ta według mnie prowadzi prostą drogą do monadyzmu, w którym tak stara, jak nowa fizyka, na tle statystyki, mieści się doskonale.
Tajemniczość żywego stworu, jako elementu pierwotnego Istnienia pozostaje, wobec jego niesprowadzalności do elementów fizyki, ta sama, ale przynajmniej materję martwą możemy w tej koncepcji wyrazić w terminach materji żywej zindywidualizowanej, bez reszty i bez sprzeczności z jakąkolwiek fizyką. Bo materja żywa osobowa jest, że tak powiem, rzeczywistością pierwszą, którą sami jesteśmy, a za którą idzie dopiero świat zjawiskowy, świat przedmiotów, w których niektórych gatunkach domyślamy się słusznie podobnych do nas istot żywych. Na tem polega niemożność logicznego odparcia solipsyzmu i wyższość psychologizmu nad fizykalizmem.
Ale te przedmioty, aby być czemś dla nas, muszą być czemś same dla siebie. To widzimy bezpośrednio nieomal doznając istnienia żywych stworów istniejących poza nami i musimy przypuścić to w inny jakiś sposób o przedmiotach martwych. Ten problem: czem są przedmioty poza naszem spostrzeganiem jest istotą realizmu i reizm nie może się od niego wymigać. Jedynym bytem samym w sobie, który przedstawić sobie możemy, jest nasz byt własny, i to cielesny, to znaczy istnienie nasze jako istnienie ciał czujących siebie od środka i czujących świat zewnętrzny poza granicą ciała, dany również w kompleksach jakości, ale innych, które w ciele zlokalizowane być nie mogą, z wyjątkiem jednej jakości dwoistej zasadniczej, zewnętrznego dotyku, w którym czujemy i siebie i to, co jest poza nami.
Rozdział jakości na wewnętrzne i zewnętrzne, który przyjął, choć z lekceważeniem, nawet sam Mach, jest najistotniejszym faktem dla filozoficznej problematyki, z którego krańcowi moniści zupełnie sprawy zdać nie mogą i nawet nie próbują. Przyjmują psychologizm w najpierwotniejszem sformułowaniu bez analizy konsekwencji i dlatego nie widzą jego nie-samowystarczalności i sprzeczności wewnętrznej. „Takość”, a nie inność Istnienia sprzeciwia się wszelkiej sztucznej unifikacji. Nie można deformować świata, aby go opisać; rzeczywistość tego nie lubi i mści się potem założeniami dodatkowemi, w których się wprowadza tylnem wejściem, i to gruntownie zamaskowane, wszystkie pojęcia ostentacyjnie wyrzucone przez front.
Beznadziejne, z punktu widzenia filozoficznego w znaczeniu poprzedniem, są problemy dzisiejszej fizyki. Prowadzą one niektórych do koncepcji niezdeterminowanych martwych rozciągłości w ruchu, co jest podwójnie bezsensownem, bo byt sam w sobie martwej rozciągłości jest już pojęciem sprzecznem, gdyż same w sobie i dla siebie, t. zn. w trwaniu, istnieć mogą tylko stwory żywe. Inne pomysły dają jakieś fałszywe perspektywy na bijologję w związku z indeterminacją właśnie i pachną poprostu jakimś animizmem: wyeliminowany stwór żywy powraca w dziwnie pomieszanem przebraniu, aby dopełnić nieprawości filozoficznej niektórych myślicieli, bojących się monadyzmu, ale nie mających żadnego wstrętu do absolutnie niepojętych pół-żywych pół-martwych urojonych hybryd. Pociecha jest ta, tylko to, że w każdym razie wychodzi się bądźcobądź z fizyki, interpretując naiwnie realistycznie jej dziwności czysto matematyczne, które tylko pośrednio rzeczywistości przyporządkować można.
Problemy te znajdują swoje zupełne rozwiązanie w koncepcji monadystycznej. Niema potrzeby przyjmować determinizmu absolutnego, takiego jak np. w teorji kinetycznej gazów, gdzie, mimo statystyki, teoretycznie ruch każdej drobiny ściśle jest zdeterminowany. Względnie absolutny, determinizm panuje w pewnym rzędzie wielkości — raczej małości elementów, licząc od nas np. — elementów, które w ostateczności są skupieniami Istnień Poszczególnych, t. zn. stworów żywych, jako elementów ostatnich Bytu, t. zn. w naszej np. materji martwej. Jest to determinizm fikcyjny, zjawiskowy, złudzeniowy, jak i cały byt tejże materji, która jest w tej koncepcji konieczną statystyczną złudą na tle wielości Istnień Poszczególnych różnych rzędów wielkości, w związku z nieskończoną w granicy podzielnością istnienia. W świecie rządzi istotnie nie-absolutnie-dokładny determinizm bijologiczny: poza bijologję deskryptywną tę jedyną adekwatną naukę i sprowadzenie bijologji do fizyki do pewnego nieprzekraczalnego, a wyznaczonego małością elementów stopnia, nasze tak zwane „poznanie”, czyli opis rzeczywistości, wyjść nie może. Możemy dalej badać tylko możliwości tego, w co możemy „racjonalnie wierzyć”, jak mówi James Ward, zmarły profesor uniwersytetu angielskiego Cambridge, którego koncepcja monadystyczna jest w swym materjalizmie, ale nie w możliwościach teizmu, zbliżona do mojej, choć nie tak szczegółowo rozwinięta.
Wartość danych systemów w filozofji poznaje się po ostatecznych konsekwencjach, rozciągniętych na wszystkie możliwe problemy, konsekwencjach, które w większości wypadków nie są do ostateczności właśnie rozwijane. Ogólnikowo podałem swój pogląd w pracy pod tytułem „Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie Istnienia”, wydanej przez Kasę Mianowskiego 1935. Szczegółowiej rozwinięte konsekwencje monadyzmu realistycznego, czyli materjalizmu bijologicznego, znajduje się w pracach, uzupełniających wspomniany t. zw. mój „główniak” czyli „Hauptwerk”. O ile mnie się zdaje, nie natrafiłem w nich na sprzeczność ani z logiką, ani z żadną nauką ścisłą należycie zinterpretowaną, ani z t. zw. „zdrowym rozsądkiem ”, czyli esencją pojęciową poglądu życiowego. Mam wrażenie, że, po oddaleniu przez eliminację innych kierunków myśli, jako niezgodnych z realistycznem nastawieniem poglądu życiowego, a wymagających zbyt wielkich deformacji świata, w imię jednolitej konstruktywności nieosiągalnego w istocie monizmu, a mianowicie: idealizmu ontologicznego, materjalizmu fizykalnego i kierunków monistycznych „bezpłciowych”, maskujących tylko dualizm, zostaje nam jeszcze mało zbadana i niewyzyskana droga monadyzmu, jako jedynego wyjścia z bezwyjściowej pozornie sytuacji, którą jedynie można ominąć, przez rezygnację z jakiegokolwiek jednolitego, niesztucznego systemu. W każdym razie w obrębie realistycznego, bijologicznego monadyzmu, nie poświęcając nic ze zdobyczy nauk obecnych i najdalej możliwych, a szczególniej fizyki, pozostajemy w obrębie rzeczy znanych nam z codziennego dnia, t. zn. nas samych jako jedności osobowości i naszych przeżyć, rozkładalnych na kompleksy jakości, w których terminach możemy wyrazić nasze najbardziej pozornie oderwane procesy myślowe i całą fizykę i nasze ciało dla nas, które obserwowane „z boku”, nie jako samo dla siebie, przedstawia się nam jako celowo skonstruowany organizm. Celowość jest poprostu synonimem życia, a nie jego jakąś podwójnie tajemniczą właściwością, którą stwarzamy na wzór celowości naszych wytworów.
Wartoby zbadać, czy monadyzm, w obrębie którego dochodzimy, przez przyjęcie jednego elementu, t. j. monady, czyli Istnienia Poszczególnego, mogącego być rozpatrywanem jako istniejące samo dla siebie, lub niejako z boku jako organizm, do pewnego naturalnego monizmu, nie kryje w sobie utajonych niemożliwości przyjęcia go. Obecnie jest zdaje się po śmierci Rénouviera, raczej choć niezupełnie monadysty spirytualistycznego w rodzaju Husserla i Jamesa Warda, tylko dwóch monadystów, o ile mogę, obok Wildona Carra, profesora Uniwersytetu Londyńskiego, na którego teorję niezupełnie się godzę, wymienić siebie, jako filozofa nieoficjalnego, bez naukowego stopnia. Mam przekonanie, że dyskusja na temat ostatecznych konsekwencji monadyzmu, jak i niemożliwych według mnie do przyjęcia systemów, mogłaby doprowadzić do rezultatów niezwykle ciekawych. Zapoczątkowana jest polemiką między Tadeuszem Kotarbińskim a mną, w zeszycie II rocznika XXXIX „Przeglądu Filozoficznego”.[1] [2]


Przypisy

  1. Polemika ta może być, nawiasem mówiąc z pewnem samochwalstwem, wzorem tego, jak można uczciwie 1 bardzo ostro walczyć, pozostając w granicach dżentelmeństwa, a nawet przyjaźni. Oczywiście jest to możliwem, o ile wróg wykazuje najwyższe ludzkie właściwości, jak to ma miejsce z moim antagonistą.
  2. Jednak, na podstawie wypowiedzi Kotarbińskiego w związku z odczytami mojemi na III-cim zjeździe filozoficznym polskim (IX, 1936) i w Towarzystwie Filozoficznem Warszawskiem (XII, 1936), jakoteż dalszego ciągu dyskusji w korespondencji prywatnej i rozmowach, doszedłem do wniosku następującego: Kotarbiński, który był łaskaw przeczytać wszystkie moje prace niedrukowane, w krytyce mego systemu opiera się o założenia reistyczne, które poddałem krytyce w dyskusjach i w pracy (przeszło 200 str. maszynopisu) o całokształcie jego poglądu. Na podstawowe zarzuty nie dostałem jeszcze odpowiedzi. (Kwestje: określenia rzeczy poza ich naszem spostrzeganiem, sensu czy bezsensu pojęcia „dla”, potrójnych źródeł reizmu: pogląd życiowy, fizyka i logika (teorja pojęć i sądów), „rzeczy doznającej” i stosowania kryterjów logicznych” poza-normatywnych w ontologji i t. d.). Dopóki Kotarbiński nie odeprze moich zarzutów, krytycyzm Jego, mimo całej jego „interesującości”, muszę narazie traktować jako dla mnie nieważny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.