O życiu, dziełach i zasługach Ks. Piotra Skargi/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Czesław Pieniążek
Tytuł O życiu, dziełach i zasługach Ks. Piotra Skargi
Wydawca Towarzystwo im. Piotra Skargi
Data wydania 1912
Druk Drukarnia Zakładu Nar. im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Największy z naszych poetów. Mickiewicz, powiedział:
„W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę. Trudniej dzień przeżyć, niż napisać księgę“.
A Skarga nie jeden dzień, ale całe życie dobrze przeżył, bo nie tylko kazaniami i pismami nauczał, jak żyć trzeba ku chwale Bożej, ku pożytkowi narodu i dla własnego szczęścia, ale i życiem swojem, przykładem, który z niego brać było trzeba i brać dziś należy.
Na urzędzie kaznodziei królewskiego przebył lat 24, zrazu w Krakowie, potem w Warszawie, gdy Zygmunt III. stolicę Polski tam przeniósł. Zbliżony do osoby królewskiej, poważany, czczony przez króla i dostojników koronnych, nie popadł nigdy ni w pychę, ni w zarozumiałość nawet. Nauczał: nie wynoś się nad innych“ i sam się też nie wynosił. Zawsze cichy, skromny, pełen pokory zakonnej, unikał wszelkiego zbytku, a nawet dostatku.
Zniewolony mieszkać na królewskim zamku, jako kaznodzieja królewski, usuwał się od wystawnych przyjęć dworskich, a tęsknił za klasztorną celą, i o ile mógł, chronił się do niej i w niej z radością przebywał, a do zamku dojeżdżał.
W tej ulubionej celi swojej mógł spokojnie pracować i praca była dla niego najmilszą zabawą.
Żył skromnie, na małem poprzestawał, a co miał, rozdawał biednym. Wyszukiwał nędzarzy, pocieszał ich, z nędzy dźwigał. Chorych odwiedzał, lekarzy im sprowadzał, biednym lekarstwa kupował. Do szpitalu codziennie prawie zaglądał, cierpienia koił, a zawsze pogodny, łagodny, przyjacielski, serdeczny.
Nie zapominał o więźniach, choćby najcięższych zbrodniarzach. Pobudzał ich do skruchy, a skruszonych pocieszał. Skazanym na karę śmierci na miejsce stracenia towarzyszył, i w ostatniej chwili życia niósł im pociechę, i modlił się za nich i z nimi.
Wierny wyznawca Chrystusa Pana, naśladował w pokorze i przebaczanie uraz, zniewag, krzywd, obelg rozlicznych, których doznawał od zaślepionych wrogów Kościoła katolickiego.
Raz się zdarzyło, że dworzanin księcia Radziwiłła, nazwiskiem Ślepowroński, religii kalwińskiej, słyszał, jak Skarga z ambony karcił hulanki, wyuzdanie obyczajów i różne wybryki, jakich się różni dworzanie wielkich panów dopuszczali. Ten Ślepowroński sam był hulaką i w opilstwo się często zapuszczał, więc go złość ogarnęła na Skargę, że tak surowo przeciw hulactwu przemawia. Złością zdjęty, napada raz Skargę na ulicy, obsypuje go obelgami i w twarz uderza.
Powstało zbiegowisko, dworaka ujęto i do księcia zaprowadzono, aby go ukarał. Książę, acz sam kalwin, rozgniewał się i skazał napastnika na surową karę. Skarga spieszy do księcia i gorąco prosi, aby wybaczył gwałtownikowi, a prosi dopóty, dopóki książę kary nie odwołał.
Skruszony dworzanin pada Skardze do nóg i ze łzami w oczach błaga o przebaczenie. Skarga nie okazał mu najmniejszego gniewu, jeno upomniał, aby od hulanek odwykł i nadal żył przykładnie.
Innym razem znowu dworzanin królewski, katolik, oburzył się kazaniem, w którym Skarga przeciw zbytkom występował i wychodzącego z kościoła kaznodzieję także w twarz uderzył. Skarga spojrzał na dworzanina łagodnie i rzekł miłościwie: Jeżeli ci się podoba, to uderz i w drugi policzek”.
Król chciał ukarać niegodziwca śmiercią, ale Skarga wyprosił mu życie i przebaczenie królewskie.
To znowu jakiemuś półpankowi niespodobało się kazanie o rozrzutności, bo sam rozrzutnikiem był wielkim, więc i on uderzeniem w twarz kaznodzieję znieważył. Znieważony Skarga rzekł do niego: Jeżelim źle mówił, daj świadectwo złemu“ i przed nikim się nie poskarzył. Zawstydzony półpanek upokorzył się potem przed Skargą i o przebaczenie błagał.
Nienawidzili Skargi wszelacy burzyciele powszechnego spokoju, jak się okazało w rokoszu Zebrzydowskim.
Rokosz ten jest jaskrawym pojawem samowoli, burzliwości, rozkiełzania w narodzie.
Dopóki żył Jan Zamoyski, znakomity mąż, dzielny hetman i sprężysty kanclerz koronny, tak bardzo ceniony przez króla Stefana, a czczony przez naród, w Polsce narzekano wprawdzie na króla Zygmunta III., ale nie zrywano się jawnie przeciw niemu. Lecz po śmierci Zamoyskiego niechęci do króla wzmagały się coraz bardziej, bo ich nie miał kto poskramiać.
Podniecał je Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda sandomierski i kilku innych panów. Mikołaj Zebrzydowski pałał nienawiścią do króla za to, że go odsunął od dworu swego, za różne wybryki; a tak się uzuchwalił, że gdy mu król rozkazał wyprowadzić się z kamienicy, w której miał za darmo od króla mieszkanie, hardo odpowiedział: „Ja pójdę z kamienicy, lecz król pójdzie precz z królestwa“.
Wnet zaczął Zebrzydowski przyciągać ku sobie gromady niesfornej szlachty i wypowiedział posłuszeństwo królowi, zwoławszy szlachtę na zjazd do Stężycy.
Senatorowie doradzili królowi, aby wysłał do Zebrzydowskiego Skargę z upomnieniem. Podążył Skarga, ale uporczywego rokoszanina nie przekonał, rokoszowi zaradzić nie zdołał, jeno straszną nienawiść Zebrzydowskiego na siebie ściągnął.
Zebrzydowski zwołał drugi zjazd do Lublina, dokąd też przybył możny pan Stadnicki, zwany Djabłem. Słynął on w całej Polsce z popełnianych gwałtów, z krzykactwa i warcholstwa. Wyroki sądowe ścigały go za różne niegodziwe sprawy, ale on drwił sobie ze wszystkiego, mając na zawołanie tłum, podobnych do siebie, rozkiełzańców. Ten popierał teraz Zebrzydowskiego i obaj stanęli niby to „w obronie wolności“, a właściwie: w obronie swawoli i bezprawia.
Taki to Zebrzydowski i taki Stadnicki domagali się między innemi także i tego, aby król usunął Skargę ze stanowiska kaznodziei. Nie dziw, że im Skarga zawadzał, bo w kazaniach potępiał swawolę, bezprawie, a nawoływał do ładu, do poszanowania prawa, do posłuszeństwa władzy królewskiej.
Na to Skarga udaje się do Wiślicy, gdzie, po zjeździe w Lublinie, znaczna część szlachty się zgromadziła i tak do niej przemówił, tak ją poruszył, tak przekonał, że odstąpiła rokoszan i przyrzekła bronić króla.
Ale to była tylko mniejsza część szlachty, przez Zebrzydowskiego pozyskanej, większa wytrwała przy rokoszu.
Gdy upomnienia nie pomagały, król uderzył na rokoszan pod Guzowem dnia 7. lipca 1607 r. i rozbił ich zupełnie tak, że w popłochu się rozprószyli, a pierwszy uciekł ów djabeł Stadnicki. Szlachta wróciła do swych siedzib, a dowódcy rokoszu przeprosili króla i zyskali przebaczenie.
Nieprzyjaciół miał Skarga, napastnicy go znieważali, możni panowie, jak oto taki Zebrzydowski i Stadnicki, usunąć go chcieli, ale to była tylko garść złych, przewrotnych, garść mała, nikła; naród go czcił, a chociaż nie zupełnie poszedł drogą przez niego wskazywaną, to bodaj pozostawił przykłady piękne, jak się przejmował nauką Skargi o miłości bliźniego, o miłości ojczyzny, o poświęcaniu się dla dobra publicznego.
Mimo kłótni, niesforności i łamania karności wojskowej, niesiono z zapałem życie i mienie ojczyźnie w ofierze, bo brzmiały w sercach i sumieniach płomienne upomnienia Skargi.
Oto biskup Rozrażewski ofiarował cały majątek na zakupno armat i uzbrojenie ludzi, dla obrony Kamieńca Podolskiego przeciw Turkom. Książę Korecki, że był chory i nie mógł iść na wojnę, posłał hetmanowi Chodkiewiczowi tysiąc żołnierzy, ubranych i uzbrojonych swoim kosztem. Szlachcic Wiesiołowski darował wieś dla żołnierzy, okaleczałych na wojnie. Inny szlachcic, Targowski, darował wieś, aby za nią dać Turkom okup za jeńców polskich, w niewolę wziętych. Na wykupno jeńców biskup Lipski połowę majątku przeznaczył.
Inni oddawali całe majątki swoje na wdowy i sieroty po żołnierzach, na broń dla wojska, na przybory wojenne.
To znowu pojawia się piękny przykład miłości synowskiej. Tatarzy uprowadzili w niewolę matkę Krzysztofa Strzemskiego. Dobry syn sprzedał, co tylko miał i pojechał do Tatarów, by matkę wykupić z niewoli. Ale zastał ją umierającą, więc tyle miał pociechy, że go pobłogosławić przed śmiercią zdołała. Nie zostawił ciała zmarłej, lecz zapłacił za nie, jakby za żywą osobę i włożywszy ciało do trumny, do Polski odwiózł, aby pogrzebać na ojczystej ziemi. Sami Tatarzy podziwiali tę miłość synowską.
A wszystko to wyrastało z Bożego posiewu, co padał z ust Skargi!
W czasie wojny z Moskwą, gdy król zajęty był oblęganiem Smoleńska, przebywał Skarga przez dwa lata w Wilnie, skąd odbył pielgrzymkę do słynącej cudami N. Maryi P. w Trokach na Litwie, w kwietniu 1611 r. i modlił się o zwycięstwo Polski, poczem wrócił do Warszawy 22. kwietnia 1611 r. i pożegnał dwór królewski, bo uczuwał brak sił i odpocząć mu było potrzeba. Na pożegnanie wystąpił z kazaniem tak tkliwem, tak rzewnem, że wszyscy w kościele wybuchli płaczem.
Wracał do ulubionej celi zakonnej w Krakowie. Po drodze wstąpił do Sandomierza, pożarem zniszczonego. Wypowiedział tu trzy kazania o miłości i miłosierdziu, czem pobudził zamożnych mieszkańców do wspomagania ubogich pogorzelców. Nareszcie przybył na odpoczynek do Krakowa i tu zamieszkał w klasztorze jezuickim przy kościele św. Piotra.
Ale niedługo używał odpoczynku na ziemi, bo mu już Pan Bóg przeznaczył wieczny odpoczynek w niebie.
Przywykły do pracy, kochający pracę, nie odpoczywał w bezczynności. Nie próżnowanie było mu odpoczynkiem, jeno cisza klasztorna i spokój, a w tej ciszy pisał, czytywał, oprawiał książki, wyrabiał z drzewa szkatułki, odlewał świece woskowe do kościoła.
Jedną z nich wysłał do Częstochowy z prośbą, by ją zapalono przed cudownym obrazem N. Maryi Panny. W chwili, gdy owa świeca się dopalała, Skarga Bogu ducha oddał, dnia 27. września 1612 roku.
Zapłakała Polska cała, gdy wieść się rozeszła o zgonie tego wielkiego człowieka. Ciało złożono w grobowcu, w kościele św. Piotra w Krakowie, ale Skarga żyje od trzech wieków w narodzie, żyje swemi dziełami, swą miłością ojczyzny, przykładem, jaki dawał, nauką, której użyczał, i żyć będzie wiecznie w pamięci narodu.
Znakomity nasz poeta, Wincenty Pol, powiada:

„Bo z pokolenia przejdzie w pokolenie:
Bóg i ojczyzna, język i sumienie“.

Niechże w pokolenie nasze i w pokolenia najdalsze przejdzie taka wiara w Boga i taka miłość Boga, jaką miał Skarga i jaką w naród wpajał. Niechże w nas i w następcach naszych zapłonie i płonie wieczyście taka miłość ojczyzny, jaką Skarga miał i szczepił w sercach i rozumach narodu.
Czcijmy tak mowę ojczystą i tak nią starajmy się władać, jak to Skarga czynił.
Stawajmy tak na straży czystości sumienia, jak Skarga strzegł uczciwości sumienia narodu całego.
Ale bądźmy posłuszniejsi głosowi wielkiego, proroczego kaznodziei, niż byli ojcowie nasi. Nie słuchali go należycie i poprawy nie było rzetelnej, całkowitej, toż proroczym duchem przepowiedział upadek królestwa, poniewierkę korony polskiej, niedolę narodu.
Obejrzyjcie się na te szkody i utraty, które wam z niezgody urastają“.
Sejmy, które powinny być lekarstwem na choroby kraju, w jad i w truciznę się obróciły, bo na nich więcej niezgody, niż narady. Z nich z większem rozwaśnieniem wyjeżdżacie, a niżeli na nie przyjeżdżacie“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nastąpi postronny nieprzyjaciel i mówić będzie: rozdzieliło się serce ich, teraz poginą“.
I ta niezgoda przywiedzie na was niewolę, w której wolności wasze utoną i w śmiech się obrócą“.
Ziemie Królestwa się rozerwą i rozpadną. Język swój i naród pogubicie. Będziecie nie tylko bez króla własnego, ale i bez ojczyzny, wygnańcy, wszędzie wzgardzeni, ubodzy, włóczęgowie, których nogami popychać będą ci, co was przedtem poważali i was się lękali“.
Będziecie nieprzyjaciołom waszym służyli w głodzie i pragnieniu“.
Ustawicznie się mury królestwa rysują, a wy mówicie: nic, nic; Lecz gdy się nie spodziejecie, królestwo upadnie i was wszystkich potłucze“.
Tak się popsuje i wniwecz obróci i w dym i w perzynę pójdzie chwała wasza i wszystkie dostatki i majętności wasze“.
Jedni z was poginiecie głodem, drudzy mieczem, a trzeci się po świecie rozprószycie“.
Spadnie korona z głowy naszej, biada nam!“
I spełniło się!
Nie ma korony polskiej, rozdarte królestwo swawolnych przodków naszych, ale naród nasz został, i chociaż w pognębieniu pod rządami obcymi, żyje, żyć pragnie i żyć może, bylebyśmy, nauczeni doświadczeniem, szli za głosem Skargi. A wtedy spełni się za łaską Bożą, to, co Skarga na pocieszenie powiedział:
Umie Pan Bóg odmienić wyroki swoje, jeśli my odmienim złe życie nasze... Ożywi nas i po dwóch dniach, trzeciego dnia wzbudzi nas. Pierwszy dzień niech będzie żałości i skruchy... drugi poprawy... a trzeci dzień będzie usprawiedliwienia naszego“.
Nie dość nam czcić Skargę, nie dość go wspominać, lecz usłuchać go trzeba, uwierzyć mu i strzedz się tego, przed czem przestrzegał, czynić tak, jak czynić nakazywał.
Bóg, który stworzył narody, życia im nie zabroni jeżeli żyć będą umiały.
Umiejmy żyć!
Po trzech wiekach głos Skargi niech zabrzmi echem po wszystkich ziemiach polskich i uczy nas takiego życia, które posiada moc stworzenia niepodległości.
Niech nauka Skargi i proroctwo jego wiodą nas do lepszej doli, aby się stało, jak powiedział wieszcz Krasiński, że:
„Dnia trzeciego się rozwidni i na wieki będzie rano!“

W Krakowie, w lutym 1912.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Czesław Pieniążek.