Noc przed rozprawą sądową (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Noc przed rozprawą sądową
Podtytuł Opowiadanie podsądnego
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Ночь перед судом
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Noc przed rozprawą sądową
(Opowiadanie podsądnego)

— Ooo, panocku, jakieś niescęście bendzie — powiedział furman, odwracając się do mnie i wskazując batem zająca, który przebiegał nam drogę.
Wiedziałem bez zająca, że przyszłość moja jest beznadziejna. Jechałem właśnie do s-skiego sądu okręgowego, w którym za dwużeństwo zasiąść miałem na ławie oskarżonych. Pogoda była okropna. Gdym w nocy dojechał do poczthalterji, miałem wygląd człowieka naprzód oblepionego śniegiem, następnie oblanego wodą, wreszcie wysmaganego szpicrutą — do tego stopnia zmarzłem, przemokłem i zbaraniałem długiem, monotonnem tłuczeniem się bryczki. W zajeździe powitał mnie gospodarz. Był to mężczyzna wysoki, w kalesonach w niebieskie paski, łysy, zaspany i z wąsami, które, zdawało się, wyrastały z nozdrzy i przeszkadzały mu wąchać.
A trzeba przyznać, że było tam co wąchać!
Gdy osobnik ten, mrucząc, sapiąc i drapiąc się w kark, otworzył mi drzwi do „salonów“ zajazdu i milcząc wskazał łokciem na miejsce mego spoczynku, uderzył mnie nieznośny zaduch stęchlizny, laku i zgniecionych pluskiew, tak, że omal nie udusiłem się. Blaszana lampka, stojąca na stole i oświetlająca drewniane niemalowane ściany, kopciła, jak łuczywo.
— Ależ śmierdzi tu, signore — powiedziałem mu, wchodząc i stawiając walizę na stole.
Gospodarz pociągnął nosem i niedowierzająco pokiwał głową.
— Zwykły zapach — zawyrokował i podrapał się. — Panu się tak z mrozu zdaje. Furmani chrapią przy koniach, a państwo przecież powietrza nie psują...
Odprawiłem go i zacząłem oglądać swoje chwilowe locum. Kanapa, na której wypadło mi spoczywać, szerokości dwuosobowego łóżka, obita była ceratą zimną, jak lód. Oprócz kanapy w pokoju stał wielki piec żelazny, stół ze wspomnianą już wyżej lampką, czyjeś śniegowce, jakaś torba podróżna i parawan, zasłaniający kąt izby. Za parawanem ktoś spokojnie spał. Rozejrzawszy się, posłałem sobie na kanapie i zacząłem się rozbierać. Nos szybko mi się oswoił ze smrodem. Zdjąwszy surdut, spodnie i buty, przeciągając się straszliwie, uśmiechając, kurcząc, zacząłem skakać dookoła żelaznego pieca, podnosząc wysoko bose nogi... Ruch rozgrzał mnie nieco. Teraz pozostawało wyciągnąć się na kanapie i usnąć, ale właśnie tu zdarzyło się coś osobliwego. Rzuciłem przypadkowo wzrokiem na parawan i... proszę sobie wyobrazić moje zdumienie! Z za parawanu wyglądała główka kobieca z rozpuszczonemi włosami, czarnemi oczkami i wyszczerzonymi ząbkami. Krucze brwi poruszały się, na policzkach ukazały się milutkie dołeczki — a więc... uśmiechała się. Zażenowałem się. Spostrzegłszy, że ją zauważyłem, główka też się zawstydziła i ukryła się. Jak winowajca, spuściwszy oczy, skierowałem się grzeczniutko ku kanapie, położyłem się i okryłem futrem.
— Co za wypadek! — pomyślałem. — Z pewnością widziała mnie skaczącego! To — niedobrze...
Uprzytamniając sobie rysy ładnej twarzyczki, mimowoli zacząłem marzyć. Obrazki — jeden od drugiego ładniejsze i bardziej kuszące — przesuwały się przed mą wyobraźnią i... jakgdybym miał być ukarany za grzeszne myśli, uczułem na prawym policzku silny, kłujący ból. Uderzyłem się dłonią w policzek i choć nic nie złapałem, domyśliłem się o co chodzi: poczułem przykry zapach zgniecionej pluskwy.
— Cóż u licha! — usłyszałem w tej samej chwili głosik kobiecy. — Przeklęte pluskwy chcą mnie widocznie zjeść!
Hm... Przypomniałem sobie, że miałem dobre przyzwyczajenie zawsze zabierać w drogę proszek perski. I tym razem nie uchybiłem temu przyzwyczajeniu. Pudełko z proszkiem w mgnieniu oka zostało wyciągnięte z walizy. Wystarczyłoby mi zaproponować pięknej główce radykalny ten środek — i znajomość gotowa. Ale jak to uczynić?
— To — okropne!
— Szanowna Pani! — odezwałem się możliwie najsłodszym głosem. — O ilem dobrze zrozumiał ostatni okrzyk pani, panią gryzą pluskwy. Ja zaś mam perski proszek. Jeśli pani sobie życzy, to...
— O! bardzo proszę!
— W takim razie w tej chwili... włożę tylko futro — ucieszyłem się — i przyniosę...
— Nie, nie!... Niech mi pan poda przez parawan, a tu niech pan nie wchodzi!
— Sam wiem, że przez parawan. Niech się pani nie lęka, nie jestem żadnym zbójem.
— Kto to może wiedzieć! Ludzie przejezdni...
— Hm... A choćby i za parawan... Nic w tem niema osobliwego... A tembardziej, że jestem lekarzem — skłamałem — a przecież lekarze, komornicy i damscy fryzjerzy mają prawo wdzierać się do życia prywatnego.
— Czy pan aby mówi prawdę? Bez żartów! Czy pan jest lekarzem?
— Słowo honoru. Więc pozwoli mi pani przynieść proszek?
— No, jeśli pan jest lekarzem, to owszem... Ale po cóż ma się pan trudzić. Mogę przecież męża wysłać do pana... Fiedia! — powiedziała nieco ciszej brunetka. — Fiedia! Obudźże się, wałkoniu! Wstań i wyjdź za parawan! Pan doktór jest tak łaskaw, że proponuje nam proszek perski.
Obecność za parawanem „Fiedi“ była dla mnie nowiną oszałamiającą. Jakgdyby mnie kto obuchem po łbie zdzielił... Targnęło mną uczucie, jakiego prawdopodobnie doznaje cyngiel karabinowy, gdy się zatnie: i wstyd, i żal, i złość bierze. Owładnęło mną jakieś nieprzyjemne uczucie, a ten Fiedia, wyłażący z za parawanu wydał mi się takim szubrawcem, że o mały figiel nie zawołałem na pomoc.
Fiedia był to wysoki, żylasty mężczyzna lat pięćdziesięciu, z siwymi baczkami, zaciśniętemi ustami i niebieskiemi żyłkami na nosie i skroniach. Miał na sobie szlafrok i pantofle.
— Pan doktór jest bardzo uprzejmy... — powiedział, przyjmując odemnie proszek perski i wracając do siebie za parawan. — Merci... Czy pana też zaskoczyła zamieć śnieżna?
— Tak! — mruknąłem, kładąc się na kanapę i z wściekłością naciągając na siebie futro. — Tak!
— Taak... Zinoczka, po twoim nosku łazi pluskwa; pozwól, że ją zdejmę!
— Proszę cię bardzo — roześmiała się Zinoczka. — Nie złapał! Radca stanu, wszyscy się ciebie boją, a z pluskwą nie możesz sobie poradzić!
— Zinoczka! Przy obcym człowieku (westchnienie). Zawsze tak... Boże!
— Świnie, spać nie dają! — mruknąłem, złoszcząc się nie wiedzieć czemu.
Ale małżonkowie szybko się uspokoili. Zamknąłem oczy i starałem się o niczem nie myśleć, żeby zasnąć. Ale minęło pół godziny, godzina... a ja nie spałem. Wreszcie moi sąsiedzi zaczęli się ruszać i pocichu się kłócić.
— Ciekawe, nawet perski proszek nie pomaga! — mruknął Fiedia. — Tyle ich jest tych pluskiew! Doktorze! Zinoczka prosi, aby zapytać pana, czemu to pluskwy wydają taki ohydny zapach?
Rozgadaliśmy się. Mówiliśmy o pluskwach, o pogodzie, zimie rosyjskiej, medycynie, o której mam takie same pojęcie, jak o astronomji, pogadaliśmy o Edisonie...
— Zinoczka, nie krępuj się... Przecież to lekarz! — usłyszałem szept, gdy rozmowa o Edisonie urwała się. — Nie krępuj się i zapytaj... Niema się czego bać. Szerwecow nie pomógł, możliwe, że ten ci pomoże.
— Zapytaj sam — szepnęła Zinoczka.
— Doktorze — zwrócił się do mnie Fiedia — czemu to żonę moją tak coś w piersiach uciska? Kaszel, da pan wiarę, tak ją ściska, jak gdyby się tam coś paliło; daruje pan...
— Długoby o tem trzeba mówić. Tego tak na poczekaniu objaśnić nie można — probowałem się wykręcić.
— No to co, że długo? Mamy czas... i tak nie śpimy... Może ją pan łaskawie zbada? Muszę dodać, że leczy ją Szerwecow... To porządny człowiek, ale Pan Bóg go raczy wiedzieć! Nie mam do niego zaufania! Nie mam! Widzę, że pan nie ma ochoty, ale niech pan jednak będzie łaskaw! Pan ją zbada, a ja tymczasem pójdę do gospodarza i każę mu postawić samowar.
Fiedia zaszurgał pantoflami i opuścił pokój.
Wszedłem za parawan. Zinoczka siedziała na szerokiej otomanie, oparta o mnóstwo poduszek i przytrzymywała koronkowy kołnierzyk.
— Proszę pokazać język — zacząłem, siadając przy niej i marszcząc brwi.
Pokazała i roześmiała się. Język był zupełnie zdrowy i czerwony. Zacząłem badać tętno.
— Hm... — mruknąłem, nie odnalazłszy pulsu.
Nie pamiętam, jakie jeszcze pytania zadawałem, patrząc w tę śmiejącą się twarzyczkę; faktem jest, że w końcu mojej konsultacji zidjociałem do tego stopnia, iż odeszła mnie zupełnie ochota zadawania dalszych pytań.
Wreszcie znalazłem się w towarzystwie Fiedi i Zinoczki przy samowarze. Trzeba było napisać receptę, to też machnąłem ją według wszelkich zasad sztuki lekarskiej:
Rp. Sic Transit 0,15
Gloria mundi 1,0
Aquae distillatae 0,1.
Co dwie godziny po stołowej łyżce.
Dla pani Siełowej.
Dr. Zajcew.
Rano, gdym już, gotowy do odjazdu z walizką w ręku żegnał się na zawsze z moimi nocnymi znajomymi, Fiedia, trzymając mnie za guzik i wciskając mi dziesięciorublówkę, przekonywał mnie:
— O, nie, pan musi przyjąć! Zwykłem płacić za każdą uczciwą pracę! Pan się uczył, pracował! Wiedzę swą zdobył pan w pocie czoła i krwawym znoju. Ja to rozumiem!
Cóż miałem robić? Musiałem przyjąć dziesięciorublówkę!
Tak mniej więcej spędziłem noc przed rozprawą sądową. Nie będę opisywać uczuć, które mną miotały w chwili, gdy otworzono drzwi i woźny sądowy wskazał mi miejsce na ławie oskarżonych. Wyznam tylko, że zbladłem ze wstydu, gdy obejrzawszy się, spotkałem się z tysiącami zwróconych na mnie oczu; wyczytałem w poważnych, napuszonych, uroczystych twarzach sędziów przysięgłych swój wyrok...
Lecz nie jestem w stanie opisać, ani czytelnik wyobrazić sobie mojego przerażenia, gdy, spojrzawszy na stół nakryty czerwonem suknem, zauważyłem w fotelu prokuratorskim — kogo? Jak wam się zdaje? — Fiedię! Siedział i coś pisał. Patrząc na niego, przypomniałem sobie pluskwy, Zinoczkę, swoją djagnozę i... już nie mróz, a cały ocean Lodowaty przeszedł mi po ciele... Skończywszy pisaninę, podniósł oczy i spojrzał na mnie. Początkowo nie poznał mnie, po chwili jednak wybałuszył oczy; rozszerzyły mu się źrenice, zlekka opadła dolna szczęka... i ręce mu zadrżały. Zwolna podniósł się i wlepił we mnie ołowiane spojrzenie. Ja się też podniosłem — sam nie wiem po co i wpiłem w niego wzrok.
— Niech oskarżony wymieni sądowi imię i t. d., i t. d. — zaczął przewodniczący.
Prokurator usiadł i wypił szklankę wody. Zimny pot wystąpił mu na czoło.
— Uff! To ci będę miał łaźnię! — pomyślałem.
Sądząc z wszelkich pozorów, prokurator postanowił mnie „wrobić“. Cały czas irytował się, grzebał w zeznaniach świadków, kaprysił, zrzędził...
Jednak czas już skończyć. Piszę to wszystko w gmachu sądowym podczas przerwy obiadowej... Za chwilę przemawiać ma prokurator.
Co to będzie?...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.