Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kaszel, da pan wiarę, tak ją ściska, jak gdyby się tam coś paliło; daruje pan...
— Długoby o tem trzeba mówić. Tego tak na poczekaniu objaśnić nie można — probowałem się wykręcić.
— No to co, że długo? Mamy czas... i tak nie śpimy... Może ją pan łaskawie zbada? Muszę dodać, że leczy ją Szerwecow... To porządny człowiek, ale Pan Bóg go raczy wiedzieć! Nie mam do niego zaufania! Nie mam! Widzę, że pan nie ma ochoty, ale niech pan jednak będzie łaskaw! Pan ją zbada, a ja tymczasem pójdę do gospodarza i każę mu postawić samowar.
Fiedia zaszurgał pantoflami i opuścił pokój.
Wszedłem za parawan. Zinoczka siedziała na szerokiej otomanie, oparta o mnóstwo poduszek i przytrzymywała koronkowy kołnierzyk.
— Proszę pokazać język — zacząłem, siadając przy niej i marszcząc brwi.
Pokazała i roześmiała się. Język był zupełnie zdrowy i czerwony. Zacząłem badać tętno.
— Hm... — mruknąłem, nie odnalazłszy pulsu.
Nie pamiętam, jakie jeszcze pytania zadawałem, patrząc w tę śmiejącą się twarzyczkę; faktem jest, że w końcu mojej konsultacji zidjociałem do tego stopnia, iż odeszła mnie zupełnie ochota zadawania dalszych pytań.
Wreszcie znalazłem się w towarzystwie Fiedi i Zinoczki przy samowarze. Trzeba było napisać