Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy osobnik ten, mrucząc, sapiąc i drapiąc się w kark, otworzył mi drzwi do „salonów“ zajazdu i milcząc wskazał łokciem na miejsce mego spoczynku, uderzył mnie nieznośny zaduch stęchlizny, laku i zgniecionych pluskiew, tak, że omal nie udusiłem się. Blaszana lampka, stojąca na stole i oświetlająca drewniane niemalowane ściany, kopciła, jak łuczywo.
— Ależ śmierdzi tu, signore — powiedziałem mu, wchodząc i stawiając walizę na stole.
Gospodarz pociągnął nosem i niedowierzająco pokiwał głową.
— Zwykły zapach — zawyrokował i podrapał się. — Panu się tak z mrozu zdaje. Furmani chrapią przy koniach, a państwo przecież powietrza nie psują...
Odprawiłem go i zacząłem oglądać swoje chwilowe locum. Kanapa, na której wypadło mi spoczywać, szerokości dwuosobowego łóżka, obita była ceratą zimną, jak lód. Oprócz kanapy w pokoju stał wielki piec żelazny, stół ze wspomnianą już wyżej lampką, czyjeś śniegowce, jakaś torba podróżna i parawan, zasłaniający kąt izby. Za parawanem ktoś spokojnie spał. Rozejrzawszy się, posłałem sobie na kanapie i zacząłem się rozbierać. Nos szybko mi się oswoił ze smrodem. Zdjąwszy surdut, spodnie i buty, przeciągając się straszliwie, uśmiechając, kurcząc, zacząłem skakać dookoła żelaznego pieca, podnosząc