Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hm... Przypomniałem sobie, że miałem dobre przyzwyczajenie zawsze zabierać w drogę proszek perski. I tym razem nie uchybiłem temu przyzwyczajeniu. Pudełko z proszkiem w mgnieniu oka zostało wyciągnięte z walizy. Wystarczyłoby mi zaproponować pięknej główce radykalny ten środek — i znajomość gotowa. Ale jak to uczynić?
— To — okropne!
— Szanowna Pani! — odezwałem się możliwie najsłodszym głosem. — O ilem dobrze zrozumiał ostatni okrzyk pani, panią gryzą pluskwy. Ja zaś mam perski proszek. Jeśli pani sobie życzy, to...
— O! bardzo proszę!
— W takim razie w tej chwili... włożę tylko futro — ucieszyłem się — i przyniosę...
— Nie, nie!... Niech mi pan poda przez parawan, a tu niech pan nie wchodzi!
— Sam wiem, że przez parawan. Niech się pani nie lęka, nie jestem żadnym zbójem.
— Kto to może wiedzieć! Ludzie przejezdni...
— Hm... A choćby i za parawan... Nic w tem niema osobliwego... A tembardziej, że jestem lekarzem — skłamałem — a przecież lekarze, komornicy i damscy fryzjerzy mają prawo wdzierać się do życia prywatnego.
— Czy pan aby mówi prawdę? Bez żartów! Czy pan jest lekarzem?