Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzawszy na stół nakryty czerwonem suknem, zauważyłem w fotelu prokuratorskim — kogo? Jak wam się zdaje? — Fiedię! Siedział i coś pisał. Patrząc na niego, przypomniałem sobie pluskwy, Zinoczkę, swoją djagnozę i... już nie mróz, a cały ocean Lodowaty przeszedł mi po ciele... Skończywszy pisaninę, podniósł oczy i spojrzał na mnie. Początkowo nie poznał mnie, po chwili jednak wybałuszył oczy; rozszerzyły mu się źrenice, zlekka opadła dolna szczęka... i ręce mu zadrżały. Zwolna podniósł się i wlepił we mnie ołowiane spojrzenie. Ja się też podniosłem — sam nie wiem po co i wpiłem w niego wzrok.
— Niech oskarżony wymieni sądowi imię i t. d., i t. d. — zaczął przewodniczący.
Prokurator usiadł i wypił szklankę wody. Zimny pot wystąpił mu na czoło.
— Uff! To ci będę miał łaźnię! — pomyślałem.
Sądząc z wszelkich pozorów, prokurator postanowił mnie „wrobić“. Cały czas irytował się, grzebał w zeznaniach świadków, kaprysił, zrzędził...
Jednak czas już skończyć. Piszę to wszystko w gmachu sądowym podczas przerwy obiadowej... Za chwilę przemawiać ma prokurator.
Co to będzie?...