Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie... męża!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Julian Morosz
Tytuł Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie... męża!
Wydawca W. Dyniewicz
Publishing Company
Data wydania 1911
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Nie miała baba kłopotu,
kupiła sobie... męża!
Powiastka Ludowa
Napisał Julian Morosz.
Celina Gładkowska - Nie miała baba kłopotu page01.jpg


Chicago, Ill.
Drukiem i nakładem W. Dyniewicz Publishing Company
1911.



Cała wieś znała Magdę dziobatą, jako najlepszą robotnicę. Zawsze na wszystko czas miała i nigdy żadna pilna robota nie czekała jutra: każda jej się w rękach paliła. Czy to wyszła z sierpem na pole, czy do ogrodu z rydlem, czy do siana z grabiami, zawsze Magda była najpierwsza...
Podrostkiem była jeszcze, gdy ją matka do dworu za dziewkę oddała. Z początku przeznaczono ją do pasienia cieląt i posługi przy kuchni czeladniej, potem wzięto do mleczarni — i przez wszystkie stopnie służby folwarcznej doszła wreszcie aż do godności gospodyni, którą piastowała od lat dziesięciu.
Miała pod sobą cztery dziewki; te jej nie cierpiały, bo je wciąż napędzała do roboty. Magda złościła się szczególniej, jeśli która gdzie w kątku do parobków zęby szczerzyła. Biedaczka miała się zpyszna wtedy! Magda ją tak przy wszystkich wyśmiała, tak wstydem okryła, że biedna dziewka, łzami oblana, przysięgała jej wieczną nienawiść, a sobie przezorność i ostrożność większą.
Magda przy każdej sposobności okropnie wymyślała na mężczyzn. Franek fornal co miał gębę nie od parady, mówił, że ona mści się na chłopach za to, że nigdy żaden, nie zalecał się do niej. Może to była i prawda... Tymczasem Magda ząb za ząb kłóciła się z parobkami, gdyż jej grymasili przy jedzeniu, i skarżyli się, że za często na wieczerzę daje im kartofle, a do krupniku czy klusek żałuje omasty. Brała się wtedy pod boki, stawała przed kominem, i czerwona od gniewu, wywijając groźnie warząchwią, na całe gardło wrzeszczała, zaręczając, że “póty dobrze na świecie nie będzie, póki tych łotrów chłopców nie wywieszają co do jednego”. Dopiero wtedy zapanuje na świecie porządek i święta zgoda na wieki, gdy same baby zostaną. Zwycięstwo było zawsze po stronie Magdy, bo przed jej ostrym językiem w końcu musiał ustąpić każdy, nawet Franek fornal, który zawsze przegadany z placu boju umykał, przeklinając wszystkie baby kłótliwe.
Magda była wielka, koścista, chuda, jakby jej kto nożem mięso z kości oskrobał, — a silna, jak parobek. Oczy miała piwne, małe, błyszczące, brwi czarne, krzeczaste, czoło niskie, usta ogromne, twarz bladą, żółtawą, piegami zasianą, a tak dziobatą, jakby dyabeł na niej próbował groch młócić. Podobno niegdyś była to wcale ładna dziewucha, ale w trzynastym roku ospa tak ją oszpeciła, że w całej wsi nie nazywano ją inaczej, jak tylko “dziobatą Magdą”.
Chłopcy też nie garnęli się do niej. Gdy poszła do karczmy na muzykę, żaden parobek jej nie brał do tańca. Choć z początku zapraszała niejednego na kieliszek wódki albo kufelek piwa, to jednak nie skutkowało. Śmieli się urwisy z tej wielkiej, dziobatej dziewki, której tak tańczyć się chciało, że aż była gotowa za to płacić, — ale jej do tańca nie brali. Ledwo czasami taki, co na niego wszystkie inne krzywo patrzały, posunął się do niej; ale znów Magdzie wstyd było takiego niezdary, — wolała siedzieć w kącie i patrzeć zazdrośnie, jak o inne dziewczęta dobijali się chłopcy jeden przez drugiego. Do niej żaden nie zbliżał się nigdy. Bo Magda nie dosyć, że brzydka, że była córką biednej wyrobnicy, ale jeszcze wszyscy wiedzieli, że zła jak osa, i każdemu się dała we znaki... Nie miała też szczęścia do nikogo, — oj! że nie miała, to nie! wszyscy jakoś jej nie lubili. Z początku żal jej tego było. Chciała się garnąć do ludzi, do chłopców szczególniej. Ale ci się tylko z niej śmiali. Magda prędko poznała się na tem.
Widząc, że jej częstunki nie zdadzą się na nic, że ani myślą chłopcy zalecać się, zaprzestała chodzić na tańce, gdzie doznawała tylko upokorzenia. Za to wzięła się zajadłe do roboty; nie wypoczywała ani chwili. Brała do domu przędzenie i szycie, a przędła ślicznie, i wszystkie gospodynie chętnie jej robotę dawały. Zarabiała dużo, a każdy grosz zapracowany składała troskliwie, nie wydając go, chyba w ostatniej potrzebie. Potrzeb zaś tych nie było wiele. Umiała zasłużyć się pani i panienkom, często od nich dostała jaskrawą spódnicę, biały fartuszek, chustkę na głowę lub kolorowe paciorki. Nie potrzebowała też nie na swoje ubranie wydawać.
Magda była niezmiernie uczciwa. Choć skąpa a na grosz chciwa, nigdy nie ruszyła cudzego, a swoją służbę pełniła sumiennie. To też gdy dawna gospodyni odeszła, Magda po niej miejsce wzięła i od tej pory powodziło jej się świetnie. Ludzie mówili, że gdyby Magda widziała człowieka umierającego z głodu, to by go nie poratowała ani kawałkiem chleba. Może to była i prawda. Magda nie lubiła prawie nikogo. Ale czyż ją lubił kto kiedy? czy prócz wyśmiewania i upokorzeń doznała czego od rówienników swoich? Nigdy. Czy ludzie jej co dobrego zrobili? i to nie. Za cóż miała im dobrze życzyć? Ona lubiła przecie panią, i panienki, bo te były dobre dla niej i zawsze mile umiały przemawiać, bez przycinków nie tak, jak ludzie ze wsi. Co roku wracając z Warszawy, przywoziły jej ładny podarek. Gdy panienki wychodziły za mąż, każda chciała zabrać Magdę ze sobą na nowe gospodarstwo. Lecz ona pani rzucić nie chciała. Dobrze jej było we dworze, z dniem każdym lepiej. Ludzie jej zaczynali zazdrościć, bo się dorobiła majątku. Miała się z czego dorabiać. Gdy starsza panienka szła za mąż, pani Magdzie darowała krowę, z tej krowy co rok był przychowek, który hodował się z bydłem dworskiem. Miała też Magda uzbieranych sporo pieniędzy za nabiał i za cielęta; trzymała własne kury, co przecie także dawały trochę dochodu, utrzymanie zaś ich nic nie kosztowało. A wieprzek, co go podpasła, każdego roku na pańskiej osypce! Brała sześćdziesiąt rubli zasług rocznych, przytem najmniej czterdzieści uskładała sobie z innych dochodów; że zaś była oszczędna bardzo, zebrała sobie już okrągłe 800 rubli przez lat dziesięć, co była gospodynią we dworze. Za te pieniądze pan jej kupił listy zastawne, bo mówił, że to najpewniejsze, nie przepadnie, a jeśli zły człowiek ukradnie, nie będzie miał z tego pociechy, bo go po numerach odkryją. Takie było Magdy bogactwo. A co miała ślicznych wełnianych spódnic, jakie korale, jakie piękne chustki na głowę z frędzlami, jaki kaftan futrem oszyty, jakie na korkach trzewiki, a co pościeli, — to jakby ekonomowa jaka!
I jeszcze, gdy się lat dziesięć jej gospodarskiej służby skończyło, a dwadzieścia, jak była we dworze, pan kazał drzewa z lasu zwieźć i wystawił jej śliczną chatynkę, oddzielił kawał ogrodu, żeby na stare lata nie potrzebowała się tułać po obcych. Teraz Magda poczuła się całą gębą panią. Póki była młodą dziewczyną, nikt nie myślał do niej swatów przysłać. Kto by tam brał za żonę dziewkę brzydką, bez grosza i złą do tego. Ale gdy wieść się po wsi zaczęła rozchodzić, że dziobata Magda już ma duże pieniądze i jeszcze ciągle grosz składa do grosza, sypnęli się zalotnicy do trzydziesto-kilkoletniej dziewki, z początku zaczęli się zgłaszać wdowcy, którym trzeba było gospodyni, bo dzieci małe w chacie im piszczały; pijacy, którzy chcieli skądkolwiek wyrwać grosza kawałek, żeby go na wódkę przepić, albo tacy, co mieli długi, a nie mieli czem ich zapłacić. Potem, w miarę, jak Magdy pieniądze rosły, zgłaszali się młodzi gospodarze, co musieli pospłacać z gruntu i chaty rodzeństwo, lub też trzymać je ciągle przy sobie, mieszkać razem i kłócić się ciągle. Aż wreszcie gdy po dziesięciu latach gospodarskiej służby Magda chatę i ogród dostała, gdy przeniosła tam starą matkę, i do pomocy jej sprowadziła z drugiej wioski siostrzenicę sierotę, poznali się wszyscy na niej... Ani jednego w całej wsi nie było już teraz, coby nie posłał swatów natychmiast, gdyby tylko dziobata Magda wyjść chciała za niego...
Ale Magda pomądrzała od tego czasu, gdy kupowała chłopakom wódkę i piwo, żeby z nią tańcowali. Ona teraz nie chodziła na tańce, choć wiedziała, że jej tam zalotników nie braknie, że teraz nie ona dziewczętom, lecz one jej zazdrościć będą pięknych strojów, na które je niestać było. Magda wzruszała ramionami, gdy ją do karczmy na muzykę ciągnęli, a gdy o mężczyznach mówiła, z obrzydzeniem spluwała na ziemię.
Właśnie w tym czasie panicz sobie przywiózł od szwagra, co mieszkał koło Olkusza, dziarskiego chłopaka do koni. Staszek miał lat dwadzieścia, smukły był a giętki jak topola, czarny wąsik sypał się mu nad malinowemi ustami, a czarne oczy patrzyły na świat śmiało, zuchwale. Gdy się po swojemu ubrał, czapeczkę czerwoną z pawiem piórkiem nałożył, na czarne kędziory i tak się przed kościołem lub w karczmie na tańcach pokazał, to dziewczęta czerwieniły się, jakby im kto ukropem w twarz pryskał, i każda by za nim poszła w ogień i w wodę.
Ale Staszek na dziewczęta nie patrzał. Dworak to był od dziecka we dworze chowany; nie smakowało mu życie wiejskie i z wiejską dziewczyną nie myślał się żenić. Bałamut, urwis z pod ciemnej gwiazdy, lubił zaglądać do kieliszka a i do kart mu się oczy świeciły. Ulubieniec panicza, więc dużo mu było wolno we dworze i używał też swojej wolności...
Przewąchał on Magdy pieniądze i prędko zrozumiał, ile to w nich uciech się mieści. Magda z razu stawiała się hardo. Gdy Staszek wpół ją objąwszy, chciał pocałować, poczęstowała go kułakiem, aż odleciał o kilka kroków i jeszcze wymyślała brzydko. Ale hultaj pokorną, minkę ułożył i jakby nic — przy sposobności powtórzył to samo. Tym razem Magda tylko go odepchnęła lekko i zamyślona odeszła.
Staszek umiał się wkraść w jej łaski. Gdy z paniczem jeździł do miasta, przywoził jej zawsze podarek: piernik złocony, to garść czerwonych karmelków, albo też coś podobnego. Trwało to dłużej niż przez rok. Powoli, powoli zawziętość dziobatej Magdy zaczęła topnieć w ogniu, czarnych oczu Staszka. Wstydziła się tego z początku i ukrywała to przed innymi. Codzień jednakże odkładała dla chłopca coś dobrego na obiad, i często usmarzyła mu jajecznicy z kiełbasą, gdy głodny wrócił z paniczem. Przy nim nie kłóciła się z parobkami, i łagodniała, — tylko dla dziewek jeszcze surowszą się stała, a gdy spostrzegła, że jedna z nich mizdrzy się po kątach do Staszka, tak jej zaczęła dokuczać na każdym kroku, że biedna dziewczyna musiała aż służbę porzucić...
Bałamut, Staszek wiedział jak się trzeba zabierać do dziewki. I w końcu postawił na swojem. Przyszło do tego, że wszyscy po wsi rozpowiadali już sobie, jak to dziobata Magda szaleje bez pamięci za ślicznym Staszkiem, co drwi z niej, jak z dziurawego buta, choć w oczy jej mówi, że ją kocha, choć niby z nią żenić się pragnie. Pani ramionami wzruszyła i ciągle przestrzegała Magdę, że sobie gotuje nieszczęście. Ale co to gadać do zakochanej, gdy ta dawno przestała być młodą, a idzie o chłopca ślicznego, jak malowanie, za którego wszystkie dziewczęta oczy wydzierają sobie! Nie pomogło żadne gadanie. Stało się to, co można było przewidzieć od początku. Magda zadurzyła się w ślicznym chłopaku, a odciąganie jej od niego robiło akurat, to samo, co oliwa rzucona na ogień.
Wtem Staszek ostygł dla Magdy nagle, jak zimną wodą oblany. Już jej nie całował pa kątach, nie przywoził jej złoconych pierników ani czerwonych cukierków, przestał nawet do czeladni chodzić. Mówili, że chce posłać w swaty do Hanki żołnierki, której męża zaraz po ślubie wzięli do wojska, i tak się nieszczęśliwie zdarzyło, że na mustrze, nie umiejąc się z bronią obchodzić, tak się jakoś szkaradnie skaleczył, że w tydzień go na mogiłki zanieśli. Hanka była ładna i młoda, niebiedna wcale; zalotników było pełno koło niej i mogła się podobać Staszkowi...
Biedna Magda jak trup teraz chodziła. Oczy jej wpadły głęboko, twarz jak wosk zżółkła, usta od gorączki się spiekły. Teraz już nie za nią Staszek, ale ona za nim latała, przypominając przysięgi, błagając by ich dotrzymał. Na błaganie oszalałej z bólu i zazdrości dziewki ramionami wzruszył, tłómacząc, że kochanie jej przejdzie, jak jemu przeszło. Po co mają wiązać się ślubem? Jemu się odechciało ożenku... Gdy go bardzo dziewczyna napastowała, drwił z niej i odpędzał od siebie, choć niemal mu się u nóg włóczyła...
Nakoniec gdy Staszek poznał, że dziewkę zaprowadzi, gdzie tylko zechce, zgodził się słowa dotrzymać, ale postawił warunek. Zaraz przy ślubie Magda na niego chatę z ogrodem przepisze, pieniądze od pana odbierze i jemu odda, a nie rzuci służby we dworze. On także w służbie zostanie. Po co im daremnie gospodarstwo swoje prowadzić, kiedy mogą nic na życie nie wydać i jeszcze dobrze zarobić? a praca lżejsza niż u siebie!
Biedna Magda na wszystko przystała. Jej tak straszno było stracić chłopaka, że gdyby on zażądał, aby po drabinie lazła do nieba i stamtąd zdjęła mu księżyc i gwiazdy, ona by przystała na to. Daremnie państwo jej przekładali, że robi głupstwo wierutne, że już kiedy się jej gwałtem zachciało, niech za mąż idzie za Staszka, choć sobie gotuje, — ale przynajmniej niech mocno w garści trzyma pieniądze, bo póty ją mąż będzie szanował, póki ich u niej starczy. Ale Staszek tylko pod swoimi warunkami zgadzał się na ślub — i Magda aby go nie stracić, na jego żądanie przystała, choć jej oczy zachodziły łzami na myśl, że w swojej nowej chacie ona gospodynią nie będzie.
Wyprawiono jej sute wesele i przez cały tydzień po ślubie chodziła jak oczarowana tem szczęściem swojem ogromnem. Ale to nie długo trwało...
Oj! dostała się Magda dziobata, dostała w gorszą niewolę, niż w kryminale! Mąż w mieście zgrywa się w karty, hula z przyjaciółmi, a gdy wraca do domu, to zawsze złość spędza na żonie. Już teraz nie ona sama odbiera zasługi od państwa, ale czarnooki Staszek, któremu wciąż braknie pieniędzy. Magda teraz nie ma ani grosza przy duszy, bo jej pilnuje starannie i zaraz pieniądze wszystkie zabiera. Gdy mu się Magda czasem sprzeciwi, to on zaraz do kija się bierze. Próbowała z początku hardo się stawiać; ale cóż, kiedy on silniejszy i biedna kobieta często chodzi z podbitem okiem, z sińcami na plecach...
Gdybyż choć dobrym był dla niej, dał dobre słowo, popieścił, pocałował czasami, spojrzał raz chociaż, jak dawniej, swemi ognistemi oczami, od których aż się robi gorąco! Ale nie, — to największy bałamut ze wsi, a dziewki i mołodyce aż giną za nim, do jego czarnych oczu i ust malinowych. On codzień inną bałamuci, a biedną żonę poniewiera gorzej od psa, wyrzucając jej ciągle, że go gwałtem do ożenku zmusiła, kiedy on się wypraszał od tego, — że mu cały świat zawiązała, bo ona stara baba, a przed nim cały świat otwarty. Magda wtedy wypłakuje oczy, i wszystko na świecie by oddała, żeby choć na jedną godzinę być tak śliczną, aby on za nią szalał. Ale to niepodobna przecie. Darmo tylko ciągle do znachorek chodzi...
Oj! gdzie jej dawna swoboda, gdzie się dawne życie podziało? Czemu jej taka czarna dola w udziale przypadła? czemu ona urodziła się taką, że nikt nie kochał jej nigdy, a ten najmniej, dla któregoby ona czartowi zaprzedała duszę, gdyby to na co zdać się mogło?
Tak już widać jej było sądzone... A ludzie śmieją się z Magdy dziobatej, i wytykają palcami babę, której na starość zachciało się młodego chłopca. Za to dobrze trzeba płacić...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Celina Gładkowska.