Nad modrym Dunajem/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Pana Aniela szła oparta na ręku pana Augusta, milcząca i przybita, oczów nań podnieść nie śmiejąc. Przed jedną z kawiarni, których krzesła wystawione na ulice zapraszają przechodniów, znużona, słabym głosem poprosiła o chwilę spoczynku... Nie było tu nikogo prawie, pan August zrobił miejsce, i kazał podać wody, której zażądała.
— A, panie — rzekła patrząc w ziemię panna Aniela, co pan myślisz o mnie! W jakiem położeniu znalazłam się zmuszona bronić ojca! Daruj mi pan! Rozpacz mi to podyktowała... Zaklinam go, ani słowa o tem panu Eljaszowi... Pan znasz położenie moje.. Straciłam głowę...
Pan August chwycił ją za rękę i łysą głowę odkrywszy, pocałował w milczeniu, z poszanowaniem.
— Niechże się pani uspokoi — rzekł — ja tylko pozwolę sobie powiedzieć jedno słowo, że to coś pani rzekła, gdyby się mogło sprawdzić, jabym do nóg jej upadł za mojego Jaszka szczęście dziękując, a za niego i siebie ręcząc, iż najczulszą opieką otoczylibyśmy jej ojca.
Lecz niech się pani nie lęka, abyśmy nadużyli jej położenia, abyśmy chcieli korzystać z niego. Masz pani przed sobą ludzi czystej myśli i sumienia...
— A! radź że mi pan co mam począć? co robić? jak się bronić? Co powiedzieć ojcu, aby go od tego wieczora odciągnąć, nie czyniąc mu przykrości, nie pobudzając rozdrażnienia?
Pan August się zamyślił długo.
— Radziłem się doktora — rzekł — mówiliśmy z nim obszernie... I on i doktor S... są tego zdania, że w chorobie podobnej z wielkim skutkiem użyć można oddziaływania silnego przez rzeczywistość na fantazyę... Nie śmiem pani powiedzieć, cośmy uradzili — lekarstwo wyda się może nazbyt heroicznem, ale zbawiennem być może.
— Cóż to jest? — zapytała panna Aniela.
— Musimy się dopuścić kłamstwa.. — mówił pan August. — Trzeba skomponować telegramem, że u nich w Zerebach dwór, zabudowania, sterty, obory... słowem wszystko spłonęło. Wyjazd natychmiast okaże się koniecznością. Pozwolicie nam towarzyszyć sobie. Ja w drodze potrafię pana Modesta zwolna do tego przygotować, by mu odkryć prawdę całą. Sprzeciwić się odwiedzeniu brata w inny sposób, niepodobna, mogło by go to wyexagerować. Strata znaczna zmusi go myśleć o sobie i wrócić do rzeczywistości.
Panna Aniela nie zdawała się podzielać zdania doradcy, dziwnie jej ono brzmiało w uszach, lękała się, aby wiadomość o klęsce nie podziałała szkodliwie.
Opór jej wszakże był słabym, bo nie wiedziała co czynić — a najpilniejszem było myśl starego odciągnąć od zajęcia tym wieczorem, do którego się z niecierpliwem przygotowywał upragnieniem.
Po chwili spoczynku i dłuższem jeszcze roztrząsaniu podanego przez pana Augusta wniosku, panna Aniela wstała, aby powrócić do domu. Umówiono się, aby telegram zmyślny przyszedł za parę godzin. P. August brał na siebie wykonanie.
U drzwi domu na Kärtnerringu, do którego weszła panna Słomińska, August pożegnał ją z zapewnieniem dyskrecyi względem synowca i najgorliwszej we wszystkiem pomocy.
Ojca zastała przechadzającego się wielkiemi krokami po salonie, i pół głosem rozmawiającego z sobą samym. Twarz miał zarumienioną, pałającą, oczy zaiskrzone. Dumną przybierając postawę, zdawał się szukać najwłaściwszych hetmańskiej dostojności ruchów i wyrazu. Witającą go córkę pocałował w głowę.
— Gdzieżeś ty tak długo była?...
— Na przechadzce... — odpowiedziała Aniela zdejmując kapelusz — dałam się skusić słońcu i majowemu powietrzu.
— A! to bardzo dobrze — rzekł Słomiński — jakkolwiek niespokojny byłem o ciebie — ale więcej jeszcze mam na sumieniu twe zdrowie, gdy przykuta siedzisz przy mnie.
— Radabym już powrócić na wieś — szepnęła Aniela — to miasto...
— A sama przecie chciałaś jechać, namawiałaś mnie do podróży... — rzekł Słomiński.
— Tęskno mi za wiosną naszą — i taka jestem niespokojna.
— Czego? o co? — spytał ojciec.
— Sama nie wiem doprawdy — radabym wrócić.
— Otóż to tak z wami zawsze — odezwał się ojciec. Któż was zrozumie? Na wsi wam się chce miasta, a w mieście tęsknicie za wioską.
Ruszył ramionami stary.
— Biedne my jesteśmy mój ojcze — to prawda — westchnęła Aniela.
Staremu może na myśl przyszło jakie dawne przysłowie o niewiastach, bo się uśmiechnął.
— E! ty to jeszcze jak ty — rzekł — ale ta twoja przyjaciółka Dyzia, to dopiero trzpiot nad trzpioty... Tej bym nie chciał być ani ojcem, ani mężem, ani bratem nawet...
— Ale śliczniuchna...
— Czysty szatanik! — rzekł Słomiński — i tak w Wiedniu zniemczała, że aż we mnie wstręt obudza....
Właśnie na te słowa, jakby wywołana niemi, wbiegła Dyzia, strojna niezmiernie, zarumieniona, jakby wracała z przechadzki i czegoś figlarnie wesoła jak nigdy... Tupała nóżkami nie mogąc ustać na miejscu spokojnie, patrzała szydersko na przyjaciółkę i uśmiechnęła się grożąc jej na nosku. Stary Słomiński, który jej nie lubił cofnął się zaraz, a śliczna pani, rzuciła się w objęcia Anieli...
— A! ty! ty! skryta, niedobra... — zaczęła szybko... Taka to z ciebie przyjaciółka? Trzeba, żebym ja z boku się dopiero, gdy już cały świat wie o tem, dowiadywała dopiero od obcych... A! to ślicznie...
— O czem? — spyta Aniela...
— Tak! tak! kryj, się jeszcze! kiedy już całe polskie towarzystwo wie o tem, że idziesz za Eljasza Rżewskiego, i że już z nim jesteś po przyrzeczeniu.
Aniela przestraszona usta jej zamknęła, łzy się jej w oczach kręciły.
— Kto ci to mówił?...
— Nie zapieraj że się...
— Ale kto ci mówił?
— Siedziałam w Stadtparku na ławce... Słyszę głosy za sobą męzkie. — Wiesz nowinę? — No? jaką... Byłem u tego starego Słomińskiego, mówił mi, że jego synowica panna Aniela idzie za Eljasza Rżewskiego. Obejrzałam się... Dwóch jakichś panów, — jeden tak trochę na żydka wyglądał, ale brunet wcale przystojny...
Dyzia spojrzała na przyjaciółkę i z przestrachem zobaczyła ją całą zalaną łzami...
— Dyziu — jak mnie kochasz — rzekła łkając — milcz o tem. — Jestem najnieszczęśliwszą w świecie.
Tego już wcale pojąć nie mogąc, piękna Wiedenka, z wielkiej wesołości przeszła w zamyślenie jakieś, w ogłupienie. — Trudno jej było wytłómaczyć sobie — co to znaczyć mogło, gdy — na szczęście zadzwoniono w tej chwili, i z jednej strony ukazał się Słomiński, a z drugiej pan August. Za nim tuż szedł Dr. Hurko...
— Dzień dobry ci Modeście — rzekł Rżewski — jak się masz... Wchodząc do ciebie, na dole spotkałem posłańca od telegrafu... Telegram do ciebie...
I oddał mu kopertę zapieczętowaną.
— Do mnie? telegram? — rzekł zdziwiony stary, i rozrywając kopertę, zbliżył się ku oknu. Oczy wszystkich zwróciły się na niego. Ze zmarszczoną brwią począł czytać powoli... twarz mu bladła, ręce się trząść zaczęły... i wzrok padł na córkę. Aniela zbliżyła się ku niemu, lecz przed nią chciał ukryć odebraną wiadomość, mrugając na Augusta i dając mu jakieś znaki.
Córka dopominała się mocno.
— To nic — to tak — to coś jest, w jakimś interesie, którego ja dobrze nie rozumiem. To ciebie nie obchodzi wcale.
— Ale mój ojcze!
Słomińskiemu zimny pot występował na czoło, zachwiał się... obejrzał na krzesło, schwycił za poręcz i padł na nie. Telegram wysunął mu się z ręki, porwała go Aniela przebiegając oczyma... i przybiegła ku ojcu, ściskając go i całując.
— Klęska — okropna, straszna klęska, zamruczał. Spaliliśmy się! mój Auguście — spłonęło wszystko... nie mamy nawet gdzie przytulić głowy.
— Mój drogi Modeście — żal mi cię niewymownie, ale klęski tego rodzaju są może najlżejszemi do zniesienia, bo się na pieniądze obliczyć dają.
— Nie wszystkie — odparł Słomiński — dwór, nasz dwór pradziadowski, poczciwe gniazdo nasze, którego każdy kątek był wspomnieniem, każda belka relikwią.
Umilkli wszyscy, odezwało się głośne łkanie, wesoła Dyzia, której stary nie lubił, wrażliwa jak dziecię, zanosiła się od płaczu. Słomiński spojrzał na nią z wdzięcznością.
— Mój ojcze — odezwała się Aniela — nie mamy, zdaje mi się, ani chwili do stracenia... dziś jeszcze wieczornym pociągiem, potrzeba nam powracać! Musimy!
— Dziś! dziś! jak to dziś? — zapytał pan Modest.
— Ja państwu towarzyszę — wtrącił August.
Słomiński podał mu rękę.
— Ale ja dziś...
— Czy komu przyrzekłeś się na dzisiaj? — zapytał p. August.
Stary spojrzał na córkę i zawahał się, zawstydził, jakby, że przed nią miał tajemnice.
Chwilę jakąś milczał zmięszany.
— Choćby nawet ojciec komu przyrzekł, w takim wypadku — każdy go będzie mieć za wymówionego.
— Niezawodnie — potwierdził Rżewski. — Słomińskiemu widocznie żal było straconego wieczora, ale Aniela nie dała mu długo nad tem rozmyślać, przypominając pożar i poniesione straty. Pan Modest nie przyznał się do niczego i zamilkł posępny.
Doktor Hurko nie mieszając się do rozmowy stał na uboczu i pilnie uważał chorego... Reakcya była silna, jednakże widział jak z nią walczył pan Modest, jak się od niej otrząsał, a w końcu pomyślawszy, — rzekł cicho.
— Mamże ja na moją boleć stratę! Archiwa Koronne w Petersburgu — Skarbiec i Korony Prusacy zabrali z Krakowa — cóż ta moja odrobina przy tych nieobliczonych klęskach narodu?
Nie można było dopuścić dłuższej o tem mowy i August przerwał mu wtrącając coś o kaplicy domowej, która spłonęła także wedle telegramu.
Pan Modest zamilkł, pocałował córkę w czoło, i zadumał posępnie.
Naglono o wyjazd, któremu się już nie sprzeciwiał, mówił niespokojny o dokumentach, które padłszy pastwą ognia, mogły być przyczyną znacznych nietylko strat ale procesów i trudności z sąsiadami.
Aniela nie odstępowała go na chwilę... Niespokojny skinął Słomiński na Augusta.
— Mój drogi, szepnął mu — ten poczciwy Eustachy prosił mnie dziś na wieczór — widzisz sam, że być na nim nie mogę... Musimy jechać... Bądź tak łaskaw, idź i wytłumacz mnie przed nim...
Natychmiast spełniając rozkaz, Rżewski wziął za kapelusz.
— Do Grand Hotel, niedaleko, rzekł, powracam natychmiast i nie odstępuję od tego, że państwu będę towarzyszyć.
Uśmiechnął mu się wdzięcznie Modest i panna Aniela. Dr. Hurko począł zagadywać, Dyzia utyskiwać, córka nie dawać ojcu w myślach się zatapiać, i tak pierwszy ten moment wrażenia, który był najgroźniejszym, przeszedł jakoś szczęśliwie. Słomiński w istocie zajęty swą klęską cały, coraz nową jakąś wynajdując w niej stronę boleśną, o swojem hetmaństwie zapominać się zdawał.
Rżewski tymczasem spieszył do Hotelu, i pana Eustachego... który jeszcze siedział rozmyślając o swej niefortunnej przegranej. W progu zobaczywszy nienawistnego człowieka, wstrząsał się cały.
— Przychodzę, odezwał się August, w poselstwie od p. Modesta. Odebrał w tej chwili telegram z domu i natychmiast wyjeżdża, służyć więc panu wieczorem nie będzie.
Rzuciwszy te słowa wyszedł.
Gdy powrócił nazad, Słomiński wstał dopytywać co brat mówił, a panu Augustowi nie zabrakło wyrazów na odmalowanie jego współczucia i żalu...
— Nie przyjdzie do mnie? zapytał pan Modest...
— Ma już gości jakichś, których się pozbyć nie może — odparł August, zdaje mi się, że jakiś interes... Kazał cię pożegnać.
Wieczorny pociąg zabierał z sobą do Krakowa Słomińskiego z córką... którym towarzyszyli dwaj Rżewscy... Oprócz tego przeprowadzała ich Dyzia i dr. Hurko.
Niespodzianie na dworcu kolei znalazł się hr. Panter i Paschalski, oba z kondolencyami, gdyż fama ich już doszła o nieszczęściu, jakie Słomińskich spotkało.
P. Modest zachowywał się spokojnie, wcale nie wydając się ze swą słabością i przygnębiony poniesioną stratą. Panter, który już był po danem słowie z Baronową, kazał sobie winszować i nie krył się wcale ze szczęściem swojem. Paschalski udawał dobry humor, żartując sam z siebie... a winszując Eljaszowi, który ramionami ruszał i wypierał się absolutnie małżeństwa, o którem już wszyscy mówili głośno.
— Byłem u pana Eustachego — szepnął Paschalski Augustowi — nie wiem jak sobie da radę z dzisiejszym wieczorem i zaproszonemi gośćmi, gdyż jak żyję’m go w humorze tak okropnym nie widział jeszcze... Nigdy też nie poszkapił się tak fatalnie jak dzisiaj...
Pan August nie chcąc przypuszczać do konfidencyi Paschalskiego, udał że nierozumie, o co chodzi. Pan Izydor rozśmiał się, ruszając ramionami.
— Co pan sobie myślisz? — rzekł — ja o wszystkiem wiem, bom każdy krok p. Eustachego śledził... i cały interes znam doskonale... mogę państwu powinszować, żeście istotnego uniknęli niebezpieczeństwa... Nigdym się nawet nie spodziewał, ażeby p. Eustachego tak łatwo pobić było można...
Nie okazując żalu do nikogo, panowie Panter i Paschalski przybyli na dworzec z bukietami i asystowali wsiadaniu Słomińskich do wagonu.
Gdy pociąg ruszył... pan Izydor odwrócił się do hrabiego z uśmiechem.
— Jesteś hrabia proszony czy nie do pana Eustachego? — zapytał, przyznaję się, że zazdroszczę tym szczęśliwym, co dziś na dekonfiturę jego patrzeć będą... Niemała to przyjemność widzieć, jak cnota zwycięża... a występek zostaje ukarany... Prawda, panie hrabio? Żywa powieść Marmontela? Jak mi Bóg miły!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.