Nad modrym Dunajem/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W rok potem młodzi państwo Rżewscy, zaraz po ślubie, obyczajem nowym puścili się w podróż za granicę, aby wspomnienia najszczęśliwszych dni życia rozsiać po oberżach i gościńcach i puścić na cztery wiatry. Tak chce moda...
Wyjechali więc na Wiedeń i Tryest do Wenecyi, gdzie w hotelu San Marco pod Prokuracyami, mieli już zamówione pokoje. W przejeździe jednak przez stolicę, Aniela chciała się koniecznie z Dyzią zobaczyć. Chodziły o jej losach jakieś niepokojące wieści. Pan Eljasz, który dotrzymał czego jego charakter kazał się po nim spodziewać, był w istocie najpowolniejszym i najlepszym z mężów, całował ręce żony i robił święcie co kazała. Kochał ją szalenie i zawczasu sobie wygodne miejsce pod pantofelkiem zamówiwszy miał nadzieję, nigdy nie być ztamtąd wyrugowanym...
Aniela kochając, zarazem widziała potrzebę władania nim, miał bowiem tyle tylko energii, ile mu jej rozkazy nadawały. Bez Anieli nie umiałby sobie rady dać na świecie.
Stryj August zawczasu widać poznawszy to usposobienie, tak pragnął go ożenić po swej myśli i oddać w ręce zacnej, dobrej istoty, coby woli i rozumu miała za dwoje.
Choć więc pan Eliasz różne dosyć niepochlebne rzeczy słyszał już o Dyzi, nie sprzeciwił się wcale żonie, gdy zażądała się z nią widzieć, i przyrzekł nawet zostawić je sam na sam dla rozmowy.
Młoda pani Rżewska miała adres przyjaciółki, która do niej pisywała, zatelegrafowała więc, o której będzie w Wiedniu i w godzinę po przybyciu, dwie panie już się serdecznie ściskały, siedząc w osobnym pokoju pod „Węgierskim królem.“
Dyzia, która się nic a nic zmieniła i mimo zmartwień, na jakie się uskarżała, wyglądała jak różyczka, a strojną była jak dama dworu cesarzowej Eugenii, padłszy w objęcia Anieli, wśród powinszowań jej, dopytywań i t. p. rozpłakała się rzewnie nad swoim losem...
— Ale powiedzże mi, co się z tobą dzieje? co to jest? z listów twoich nic zrozumieć nie mogłam...
— Zaczekaj — powiem ci wszystko, nie będę nic ukrywać, lecz naprzód ty mów mi o ojcu, o sobie — jak się to wszystko skończyło — jak się ma twój biedny stary... czy choć ty jesteś szczęśliwa...
— Dotąd, moja Dyziu nie dziw wcale że szczęśliwą jestem — odpowiedziała Aniela z uśmiechem, kilka dni dopiero po ślubie — lecz mam nadzieję że i w kilka lat powiem to samo. Mój Eljasz jest miły, dobry, spokojny i łagodny... kocha mnie jak ja jego, może nawet trochę więcej... czegoż pragnąć mogę?
Gdyśmy ztąd w przeszłym roku wyjeżdżali, byłam w śmiertelnej trwodze o ojca... lękałam się jego gniewu gdy się o podejściu dowie... Szczęściem nader mała okoliczność dopomogła do otwarcia mu oczów i przekonania, że nagły ów patryotyzm stryja Eustachego, był umyślnie przybrany, aby doprowadził go do celu... Na jednej ze stacyi, na której dłużej musieliśmy się zatrzymać, wpadła panu Augustowi w ręce gazeta, zawierająca urzędową wiadomość o nominacyi Eustachego szambelanem, o co naturalnie starać się musiał... Rżewski użył jej jako środka do otwarcia oczów ojcu, i poparł to świadectwem na piśmie Dr. S., który opisywał swą rozmowę ze stryjem tego dnia, gdy wieczór ów był umówiony...
Ojciec zrazu był przybitym tak że mówić długo nie mógł, — wiadomość ta podziałała nań gwałtownie, i rozchorował się nam tak, żeśmy go ledwie do Krakowa dowieźli... Tu musieliśmy wezwać doktorów, rozwiązała się gorączka niebezpieczna — kilkanaście dni był między życiem a śmiercią.
Naówczas to poznać mogłam tych poczciwych Rżewskich, serce dobre mojego Eljasza, rozum pana Augusta, obu ich poświęcenie bez granic... Im byłam winną że ojciec po przebyciu kryzys, nietylko przyszedł do zdrowia, ale zupełnie uleczony został z tego obłąkania lekkiego, któremu był uległ wprzódy. — Nie wiem czy mu pozostała pamięć tego stanu, o którym nigdy więcej nie wspominał, ale od tej pory był i jest zupełnie przytomnym. Nimeśmy wrócili do domu posłałam naprzód ażeby portret Hetmana Koniecpolskiego, który u nas wisiał w sali jadalnej, wyniesiono i schowano... Zastąpiłam go innym obrazem.
Gdyśmy do domu przybyli, ojciec wszedłszy do sali, nieśmiało oczy podniósł na ścianę, na której wisiał portret ten nieszczęśliwy — a zobaczywszy, że go tam niema, odetchnął lżej i z jakimś pół uśmiechem spojrzawszy na mnie, nic nie mówiąc, uściskał...
Z niezmiernym zapałem wziął się potem do gospodarstwa swojego i czynnego życia, a wkrótce wybrano go do Rady powiatowej, której jest jednym z najczynniejszych członków.
Eliasz zaczął bywać u nas coraz częściej, w pół roku oświadczył mi się, przyjęłam go, ojciec mój także... naznaczono termin ślubu... i oto masz całą historyę najszczęśliwszej z młodych mężatek...
— A stryj? zapytała Dyzia...
— Stryj, — będziesz się śmiała gdy ci powiem, pogodził się z nami. Oburzał się okrutnie na potwarz jaką nań rzucono, dowodził, że doktor S. — go nie zrozumiał, i chciał mu proces wytoczyć... ale do tego nie przyszło. Uradziliśmy wszyscy, że przyjmujemy za dobre co mówił, że szło tylko o opieką czułą, o ratowanie nas, i że źli ludzie z siebie sądząc, obmówili go niegodziwie. Wprawdzie widujemy się rzadko z p. Eustachym, ale stosunki zostały zawiązane nanowo... i przeszłość się szczęśliwie zawarła...
No — ale ty Dyziu? ty — mów że mi o sobie...
Dyzia zaczęła od tego, że sobie batystową chusteczką śliczne oczki zakryła, i chciała koniecznie zapłakać, co jej jakoś się nie udawało.
— Wystaw sobie, mój aniele — zawołała — wystaw sobie co to za nikczemny ten Anzelm mój, co za niewdzięcznik z tego człowieka, którego ja kochałam, któremu poświęciłam wszystko. Pamiętasz, naówczas nasz spacer po Praeterze.. spostrzegłam go z aktorką z Leopoldstadtu, proszę cię — o sześć lat starszą odemnie, i osławioną. Zrobiłam mu zaraz awanturę, ale mi się zaparł i zaklął. Śledziłam jegomości... i schwytałam nietylko czułe a dowcipne liściki, które do siebie pisywali, ale ich samych na wieczorku tête a tête. Tego już było nadto. Anzelm mi jeszcze zrobił awanturę... Poczekajże! kiedy tak, to tak. Mówiłam ci wówczas o tym adoratorze, który mnie krok w krok ścigał. Chciałam Anzelma nastraszyć tylko i dozwoliłam mu się zbliżyć do siebie. Nigdym sobie nie wyobrażała, ażeby miłość mogła być tak gwałtowną... nie mogłam się jej oprzeć.
Aniela krzyknęła przestraszona.
— Dyziu! co ty mówisz..
— Porzuciłam Anzelma — musiałam. Nasze charaktery się nie godziły. Zdradzał mnie nie z jedną, ale nie wiem z ilu zalotnicami wiedeńskiemi.
To mówiąc zarumieniła się Dyzia. Aniela ostygła, zimna, pomięszana, patrzała na nią z politowaniem i zgrozą zarazem.
— On się ze mną ożeni, jak tylko rozwód otrzymamy, — dodała żywo Dyzia. To jeniusz! Moja droga, czem były te nędzne, wiecznie jedne dowcipy, powtarzające feljetony Anzelma: przy obrazach mojego drogiego Tomy. Jak on maluje! jak maluje! Gdybyś widziała jak ze mnie zrobił Kleopatrę, a potem nymfę wodną, a wreszcie portret cudowny... a! to oszaleć, patrząc! a taki czuły... kładnie się u moich nóg, a ja go depczę, i to mu największą robi przyjemność. Dokazujemy w atelier jak dzieci — to — nie do opisania.
Spojrzawszy na Anielę spoważniałą i milczącą, mogła się przekonać Dyzia, że to było nietylko nie do opisania, ale przed nią i — nie do opisywania... zamilkła więc, spoglądając nieśmiało.
— Ty, świeżo po ślubie... jesteś rygorystka i purytanka — moja Anielko, westchnęła po chwili — to inaczej być nie może. Ja już mam gorzkie życia doświadczenie. Nie gorsz się mną i nie łaj mnie. Nie mogło być inaczej? Proszęż cię... patrzałam codzień jak ten niegodziwy Anzelm oszukiwał mnie ze wszystkiemi rękawiczniczkami, aktorkami... nie wiem tam kim... i miałam się zapłakiwać cnotliwie! To szło nad siły. Zaraz w pierwszych czasach, niewiedząc co począć, bo mi się w głowie zawracało z desperacyi, poleciałam wszystko wyznać mojej przyjaciółce, radczyni Meyer. Ta mi się w nos rozśmiała, ramionami ruszając. — Jakie ty jesteś dziecko — zawołała — mąż cię zwodzi... i ty to nazywasz nieszczęściem.
A któryż z nich inny? Pytasz się co masz robić? Przecież czuć powinnaś, że go masz w ręku, i że jesteś wolna, a zyskujesz prawo oddać mu wet za wet!
Otóż widzisz, Anielciu, ja nie chciałam potajemnie go oszukiwać... słowo ci daję. Gdyby nawet był nie zastał u mnie wieczorem Tomy... byłabym mu otwarcie powiedziała, że go kocham...
Aniela słuchając łamała ręce...
— Na Boga. Dyziu kochana, jesteś na drodze najniebezpieczniejszej! Przyspiesz-że, przyspiesz przynajmniej rozwód, ślub... ci artyści są płosi...
— A! on mnie tak kocha — Anielciu — on by życie dał za mnie! O! ten nie zrobi jak Anzelm...
— Któż wie? kocha może w tobie model do Kleopatry? moja Dyziu! I westchnęła Aniela...
Przyjaciółka ażeby ją przekonać, iż przywiązanie Tomy było szalone, namiętne i straszliwe, a zatem dające według niej, rękojmie wiekuistej trwałości — puściła się w opisy, których tu powtarzać nie śmiemy.
Aniela w końcu musiała odwrócić rozmowę i dosyć chłodno zaprosić Dyzię do pokoju, w którym pan Eliasz czekał na nie z herbatą.
Dziwnie się to jakoś składało, że Rżewski zwykle herbatą się zajmował w miejsce żony i wyręczał ją w wielu innych małych gospodarskich zatrudnieniach.
Przy herbacie rozmowa zwróciła się na inne przedmioty, a Dyzia umiała ją urozmaicić, bo wiedziała o wszystkich niemal ziomkach, żyjących lub przebywających w Wiedniu...
Od niej dowiedziała się Aniela, że hrabia Panter był niemal od roku szczęśliwym trzecim małżonkiem oficjalnym baronowej Hellerowej, i już się przecie ze stolicy nie ruszał, spodziewając tu wyrobić sobie stanowisko urzędowe w Galicyi... Niewiadomo tylko jeszcze było, czy mu je w ministeryum sprawiedliwości, czy w wydziale administracyjnym dać miano. — Paschalski także żonatym był już z bankierówną Rozenmayer i zajmował się fundacyami różnych interesów które bardzo zręcznie puszczał między ludzi, spiwszy z nich śmietankę... Słowem do powszechnego uszczęśliwienia nie brakło nic, tylko, żeby Dyzia dostała rozwód i wyjść mogła za swojego drogiego Tomę...
Z późniejszych jednak wiadomości okazuje się, że chociaż rozwód otrzymała, z Tomą w najokropniejszy się sposób rozstać musiała, znalazłszy w jego atelier Włoszkę, model... który nową namiętność obudził w artyście... Opłakawszy tę nieszczęśliwą omyłkę, Dyzia wyjechała na rok do Włoch, nie wiemy w czyjem towarzystwie, i niedawno dopiero zmuszoną została, dla odpoczynku sercu i duchowi, oddać rękę poważnemu Radzcy ministerjalnemu, którego wiek stateczny, zabezpieczał ją od zdrady...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.