Na polu chwały/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Na polu chwały
Podtytuł Powieść historyczna z czasów króla Jana Sobieskiego
Data wydania ok. 1906
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda Synów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Na polu chwały-Inicjał str. 327.jpg

Jakże to? — mówił ksiądz Woynowski na uczcie, którą dla Jacka wyprawiło towarzystwo. — Za pięć albo sześć dni ruszamy, możesz na wojnie zginąć; zali tedy opłaci ci się brać ślub przed wyprawą, zamiast szczęśliwego końca jej doczekać i dopiero potem spokojnie się ożenić?
Lecz towarzysze, usłyszawszy te roztropne słowa, nuż w śmiech; niektórzy aż brali się za boki, inni zaś poczęli chórem wołać:
— Oj! opłaci się, dobrodzieju! a właśnie dlatego, że może zginąć, tem więcej się opłaci!
Ksiądz gniewał się nieco, lecz gdy trzystu drużbów z pod chorągwi, nie wyłączając pana Cypryanowicza, nalegało, a Jacek ani chciał słyszeć o zwłoce, musiało tak być, jak sobie życzył. Odnowione stosunki z dworem i łaska obojga królestwa ułatwiły wielce sprawę: Królowa Jejmość oświadczyła bowiem, że przyszła pani Taczewska zostanie przez cały czas wojny pod jej opieką i przy jej boku, a sam Jegomość obiecał być z asystencją na ślubie i o grzecznem wianie przy wolniejszej głowie pomyślić. Pamiętał on, ile majętności Sienińskich przeszło swego czasu do Sobieskich i jak przodkowie jego na tem wyrośli, czuł się więc zobowiązany względem sieroty, która prócz tego ujęła go swą urodą, a zarazem wzbudziła w nim litość niedolą i nieszczęściami, przez które przeszła.
Pan Matczyński, przyjaciel z dawnych lat księdza Woynowskiego, a zarazem i królewski, obiecał też często dziewczynę panu przypominać, ale po wojnie, gdyż teraz, gdy na barkach Jana III spoczywały losy całej Europy i całego chrześcijaństwa, nie wolno go było żadną prywatą zajmować. Ksiądz Woynowski ucieszył się jednak z tej obietnicy tak, jakby Jacek już „zacne starostwo“ otrzymał, wiedziano bowiem powszechnie, że na każdem słowie pana Matczyńskiego można było polegać jak na słowie Zawiszy. On też, właściwie mówiąc, był sprawcą wszelkiego tego dobra, które pannę Sienińską w Krakowie spotkało, on przypomniał księdza Woynowskiego królestwu, on wreszcie zjednał dla dziewczyny królowę, która, lubo w upodobaniach zmienna i kapryśna, od pierwszej chwili poczęła okazywać jej szczególną, aż prawie zbyt nagłą przyjaźń i łaskę.
Otrzymanie indultu od zapowiedzi poszło łatwo przy protekcyi dworu i łasce księdza biskupa krakowskiego. Przedtem jeszcze pan Serafin wystarał się dla przyszłych państwa młodych o piękną kwaterę u pewnego kupca krakowskiego, którego dziadowie handlowali swego czasu z Cypryanowiczami, gdy ci jeszcze mieszkali we Lwowie i sprowadzali bławaty ze Wschodu. Piękna też to była kwatera, jakiej przy natłoku cywilnych i wojskowych dygnitarzy w mieście nie miał niejeden wojewoda. Stanisław Cypryanowicz, który postanowił sobie, aby tych kilka dni przed wyprawę przyjaciel Jacek spędził tak właśnie, jakoby w prawdziwem niebie, ozdobił ją nadzwyczajnie makatami i świeżem kwieciem; inni zaś towarzysze pomagali mu w tem gorliwie, wypożyczając co kto miał najlepszego z tyftyków, kobierców i tym podobnych kosztownych rzeczy, które w bogatych chorągwiach husarskich zabierano nawet w pochód z sobą.
Słowem, wszyscy okazywali młodej parze jak największą życzliwość i pomagali jej, jak kto mógł i w czym był mocen, z wyjątkiem tylko czterech panów Bukojemskich. Ci w pierwszych dniach po przybyciu do Krakowa przychodzili czasem i po dwa razy na dobę do Cypryanowiczów, do Jacka i pod wiechy do kupców, u których piło towarzystwo z pod chorągwi królewicza Aleksandra, ale potem jak w wodę wpadli. Ksiądz Woynowski myślał, że piją po przedmieściach, gdzie ich istotnie czeladź pewnego wieczora widziała — gdzie miody i wina były tańsze niż w samem mieście — ale właśnie zaraz potem słuch o nich zaginął. Księdza i panów Cypryanowiczów gniewało to ich postępowanie, mieli bowiem dla pana Serafina obowiązki wdzięczności, o których nie powinni byli zapominać.
— Żołnierze mogą być z nich dobrzy — mówił ksiądz — ale to lekkoduchy, na których stateczność wcale liczyć nie można. Znaleźli pewnie jakąś hultajską kompanię, w której im lepiej niż między nami.
Posądzenie to okazało się jednak niesłuszne, gdyż właśnie w wigilię ślubu Jacka, gdy w kwaterze pełno było znajomych, którzy przychodzili składać życzenia i podarki, czterej bracia pojawili się, przybrani w najpiękniejsze jakie mieli szaty, uroczyści i z twarzami spokojnemi, ale pełnemi tajemniczości.
— Cóż się takiego z wami działo? — zapytał pan Serafin.
— Szlakowaliśmy zwierza! — odrzekł Łukasz.
Lecz Mateusz dał mu w tej samej chwili sójkę w bok i rzekł:
— Cicho! nie powiadaj przed czasem.
Poczem spojrzał na księdza, na obu Cypryanowiczów, wreszcie zwróciwszy się do Jacka, począł odchrząkiwać, jak człowiek, który zamierza dłużej przemówić.
— Nuże! poczynaj wraz! — zachęcali go bracia.
Lecz on spojrzał na nich osowiałemi oczyma i zapytał:
— Jakże miało być?...
— Cóżeś to? zapomniał?...
— Zacięło mi się...
— Czekaj... już wiem — zawołał Jan — zaczynało się: „Przezacny nasz...“ Dalej!
— Przezacny nasz Piłacie... — począł Mateusz.
— Dlaczego „Piłacie“? — przerwał ksiądz — może było „Pyladzie“?
— W sednoś dobrodziej utrafił! — krzyknął Jan — było: „Pyladzie“, jako żywo!...
— Zacny nasz Pyladzie! — zaczął z otuchą powtórnie Mateusz. — Choćby nie żelazny Borysten, ale sam złotonośny Tagus przez rodzinne nasze ziemie przepływał, to jako exulowie z pod najścia barbarorum, nic, prócz serc naszych, gorejących przyjaźnią, ofiarować byśmy ci nie mogli, ni też żadnym wdzięcznym upominkiem nie zdołalibyśmy dnia dzisiejszego uczcić należycie...
— Tak ci gada, jakby orzechy gryzł! — zawołał z zapałem Łukasz.
Lecz Mateusz powtórzył jeszcze kilka razy: „należycie... należycie... należycie...“ — i właśnie zaciął się, począł więc spoglądać na braci, wzywając oczyma ich ratunku, ale i oni zapomnieli w ząb, co miało być dalej.
Towarzysze poczęli się śmiać, a panowie Bukojemscy marszczyć, co widząc pan Serafin, postanowił im przyjść z pomocą.
— Kto wam tę mowę ułożył? — zapytał.
— Pan Gromyka, z pod chorągwi pana Szumlańskiego — odrzekł Mateusz.
— Otóż to. Cudzy koń najłatwiej dęba stanie i na miejscu się zatnie; uściśnijcie tedy Jacka i powiedzcie poprostu, co macie powiedzieć.
— Pewnie, że tak najlepiej.
I poczęli kolejno brać Taczewskiego w objęcia, poczem Mateusz rzekł:
— Jacuś! nam wiadomo, żeś nie żaden Piłat, a tobie wiadomo, że po odpadnięciu Kijowszczyzny chude z nas pachołki, a krótko mówiąc, golcy. Masz-że! przynosim ci, na co nas stać, a ty przyjmij, choć i to, wdzięcznem sercem.
To rzekłszy, wręczył mu jakiś przedmiot, zawinięty w kawałek czerwonego atłasu, a przez ten czas trzej młodzi bracia powtarzali z rozrzewnieniem:
— Przyjmij, Jacusiu! przyjmij! przyjmij!
— Przyjmuję i Bóg wam zapłać! — odpowiedział Jacek.
Tak mówiąc, położył przedmiot na stole i począł odwijać atłas — nagle cofnął się i zakrzyknął:
— Dla Boga! ucho ludzkie!
— A wiesz czyje? Marcyana Krzepeckiego! — zagrzmieli bracia.
— Cha!
Obecni zdumieli się tak okrutnie, że nastała chwila milczenia.
— Tfu! — zakrzyknął wreszcie ksiądz Woynowski.
I przemierzywszy jednego po drugim surowym wzrokiem, nabrał ich z góry.
— Cóżeście to Turcy, abyście mieli uszy pobitych nieprzyjaciół prezentować? Wstyd czynicie temu chrześcijańskiemu wojsku i wszystkiej szlachcie. Choćby Krzepecki sto razy na śmierć zasłużył, choćby nawet heretykiem albo zgoła poganinem był, jeszcze byłaby niewypowiedziana hańba taką rzecz czynić. O, toście Jacka udelektowali, że aż spluwa tę ślinę, która mu do gęby popłynęła! Ale ja wam powiadam, że za takowy uczynek nie żadnej wdzięczności, jeno wzgardy się spodziewajcie, a w dodatku hańby; bo nie masz takiej chorągwi w całej jeździe, ba, nawet takiego regimentu w piechocie, któryby podobnych barbarusów jako kommilitonów przyjąć zechciał!
Na to Mateusz wystąpił przed braci, i płonąc wielkim gniewem, tak mówić począł:
— Oto wdzięczność, oto zapłata, oto sprawiedliwość ludzka i sąd ludzki, który, gdyby kto świecki wypowiedział toby się pewnie i drugie ucho znalazło z pierwszem do pary, ale gdy osoba duchowna tak mówi, to niechże ją Pan Jezus sądzi i za niewinnością się ujmie! Pytasz, jegomość: „cóżeście to Turcy?“ a ja spytam: cóż to jegomość myślisz, że myśmy trupowi ucho obcięli?... Bracia rodzeni! sieroty wy niewinne, na toż wam przyszło, żeby z was Turków, nieprzyjaciół wiary, czyniono!... Co?...
Tu głos mu zadrżał, albowiem żałość gniew przemogła, pozostali zaś bracia, wzruszeni niesłusznem posądzeniem, poczęli wołać również żałośnie:
— Turków z nas uczyniono!
— Nieprzyjaciół wiary!
— Pogan bezecnych!...
— To powiadajcie, u licha, jako było! — rzekł ksiądz.
— Łukasz obciął Marcyanowi ucho w pojedynku.
— Skąd się Krzepecki tu wziął?
— Przyjechał. Od pięciu dni już tu był... Za nami przyjechał...
— Niech jeden mówi. Mów ty, jeno do rzeczy.
Tu ksiądz zwrócił się do najmłodszego Jana.
— Znajomek nasz, towarzysz z chorągwi ks. Biskupa sandomierskiego — począł Jan — powiedział nam przypadkiem przed trzema dniami, że widział w winiarni na Kazimierzu jakoweś dziwo: „Szlachcic — powiada — jak pień, z ogromną głową, tak wciśniętą w kadłub, że mu ramiona do uszu sięgają; na krótkich (powiada) krzywych nogach, a pił jak smok. Bezecniejszej małpy (powiada) w życiu nie widziałem!“ A my, jako że nam Pan Jezus to już od urodzenia dał i że w lot wszystko pomiarkujem, zaraz spojrzelim po sobie: Nuż to to Krzepecki? Dopiero ja do towarzysza. Zaprowadzisz do winiarni? — Zaprowadzę. I zaprowadził. Ciemno już było, ale patrzym: aż tu czerni się coś w jednym kącie za stołem. Łukasz podszedł i nuż krzesać iskry przed samemi ślepiami temu, co się tam krył: „Krzepecki!“ — krzyknie — i cap go za kark! My do szabel, ale ów się wyrwał i, widząc, że niema rady, bośmy byli od strony drzwi, kiedy to nie zacznie skakać przed nami! To tak ci podskakiwał raz po raz jak kogut! — Cóż (powiada) zabijaki, myślicie, że się boję?! W pojedynkę jeno ze mną, nie kupą! chyba, żeście zbójcy, nie szlachta?
— Szelma! — przerwał ksiądz — a sam to cóż lepszego z nami chciał uczynić?
— Tak mu też rzekł Łukasz. „O! takiej matki synu — powiada — któż to całą watahę zbójów na nas najął? Katu (powiada) wartoby cię za to oddać, jeno że krócej będzie tak!...“ To powiedziawszy, zaraz natarł — i poczęli się ścinać. Za trzeciem czy czwartem złożeniem kiedy to nie zajedzie mu w bok głowy! Patrzym, aż ucho na ziemi. Podniósł je zaraz Mateusz i krzyczy: „Nie obcinaj drugiego, ostaw nam. To (powiada) będzie dla Jacka, a tamto dla panny Sienińskiej.“ Ale Marcyan upuścił szablę, bo go krew okrutnie zaczęła uchodzić — i omdlał. Leliśmy mu na łeb wodę, a w gębę wino, myśląc, że się ocknie i następnemu stanie, wszelako nie mogło to być! Ocknął ci się wprawdzie i powiedział tak: „Skoroście sami sprawiedliwość uczynili, to innej szukać wam nie wolno“ — potem znów omdlał. Myśmy też poszli, żałując drugiego ucha. Łukasz powiada, że mógł go zabić, ale nie uczynił tego umyślnie, żeby się dla nas, a w końcu i dla Jacka zostało... I nie wiem, czy kto potrafi postąpić polityczniej, bo nie grzech to taką gadzinę zgnieść, ale widać — nie płaci teraz polityka, skoro za nią jeszcze cierpieć musimy.
— Prawda! słusznie mówi! — wołali inni bracia.
— No! — rzekł ksiądz — jeśli tak, to co innego, ale zawsze niesmaczne to jest donum.
Bracia poczęli spoglądać na się ze zdziwieniem.
— Jakto niesmaczne? — zapytał Marek — dyć my nie do zjedzenia Jackowi to ucho przynieśli.
— Dziękuję wam z duszy za waszą życzliwość — odpowiedział Taczewski — gdyż tak mniemam, że nie przynieśliście tego i do schowania.
— Jużci, że trochę pozieleniało: chybaby w dymie uwędzić!
— Niech je pachołek zaraz zagrzebie — rzekł surowo ksiądz — bo zawdy chrześcijańskie to ucho.
— Lepsze my rzeczy w Kijowszczyźnie widzieli — mruknął Mateusz.
— Krzepecki niechybnie po to przyjechał — rzekł Jacek — aby nowy jaki zamach na Anulkę uczynić!
— Z dworu królowej jejmości przecie jej nie porwie — odpowiedział roztropny pan Serafin — ale nie myślę, żeby on po to tu przyjeżdżał. Napaść mu się nie udała, więc suponuję, że chciał się tylko przekonać, czy wiemy, że to on ją urządził, i czyśmy go już oskarżyli, czy nie. Stary Krzepecki może o imprezie synowskiej nie wiedział, ale może i wiedział, a jeśli tak, to wielce obaj muszą być teraz niespokojni i wcale mi to nie dziwno, że się Marcyan na zwiady tu wybrał.
Stanisław Cpyryanowicz począł się śmiać.
— No — rzekł — ale że nie ma on szczęścia do Bukojemskich, to niema!
— Bóg z nim! — zawołał Taczewski — bo jam mu dziś gotów wszystko przebaczyć.
Więc Bukojemscy i Stanisław Cypryanowicz, którzy znali zawziętość młodego kawalera, spojrzeli na niego ze zdziwieniem, a on, jakoby w odpowiedzi im, dodał:
— Bo Anulka wraz będzie moja, a jutro rycerzem będę chrześcijańskim i wiary obrońcą, który serce powinien mieć wszelkich nienawiści i prywat próżne.
— To cię za to Bóg pobłogosławi! — zawołał ksiądz.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.