Mróz (Junosza, 1879)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Mróz
Podtytuł Podług legendy ludowej
Pochodzenie „Kurjer Warszawski“, 1879, nr 259
Redaktor Wacław Szymanowski
Wydawca Gustaw Gebethner
Data wydania 1879
Druk Drukarnia „Kurjera Warszawskiego“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MRÓZ.
(PODŁUG LEGENDY LUDOWEJ)
PRZEZ
KLEMENSA JUNOSZĘ.





Pan jeden groźny, co mu Mróz na imię,
Przyszedł i ziemię uśpioną uścisnął;
I na pociechę siostrzycy swej Zimie,
W tysiącznych igłach na drzewach zawisnął,
A miljon iskier po śniegach rozprysnął...
...........
Srebrzysty miesiąc z gwiazdeczki złotemi
Na modrem niebie jasnością się mienił,
I blady promień powłóczył po ziemi,
A światłość jego z blaskiem lodów żenił
I zdał się igrać ze śniegi białemi...

Wesoła rzeczka zakowana w pęta
Już się nie bawi z kwiaty i nie szemrze,
Lecz jest jakoby wiecznym snem ujęta,
Jakoby lilja, co zwiędnie i zemrze,
Błyszczącą kosą, w wiośnie dni, podcięta.

Ogołocone z bujnych listków drzewa
Do kościotrupów stały się podobne,
A gdy północny wiatr niemi powiewa.

To każde jęczy... chwieje się... a śpiewa
Pieśni posępne, grobowe, żałobne...

I obumarły wszystkie — jedno sosna
Została zawsze świeża i zielona.
I tej Mróz nawet groźny nie pokona,
Bowiem w niej jednej mieszka wieczna wiosna,
Silna jak miłość i trwała jak ona.
............
Czyś ty widziało Mróz? moje pacholę,
Czyliś słyszało, jak ten mocarz srogi
Jedzie na wiatrach przez zamarłą rolę,
Jak mu się śniegi ścielą po pod nogi,
A Zawierucha toruje mu drogi?

Czyś ty widziało Mróz? tego olbrzyma,
Co świat przygniata jakoby ołowiem,
Co jednem tchnieniem rzekę w biegu wstrzyma
Co jest jak kamień i litości nie ma?
Nie — nie widziałoś — a więc ci opowiem...

Raz, o północy, Mróz on wyszedł z lasa.
Zawyły wilki od strasznego chłodu,
A on, brat Nędzy, Zarazy i Głodu
Miał długą brodę białą, aż do pasa,
A w niej włos każdy wyrzeźbiony z lodu...

Wzrostem najwyższej dorównał topoli,
Na głowie dźwigał całą górę śniegu,
I szedł ku ludzkim siedzibom powoli,
Krocząc po twardej, skamieniałej roli,
Po wartkich rzekach, zatrzymanych w biegu.
 

Skrzydlate wichry na rozkaz mocarza
Konary dębów wyniosłych szarpały,
I dziko wyły wśród krzyżów cmentarza,
I ze strzech ludzkich wątłą słomę rwały,
A przed swym panem niosły tuman biały.

Hejże! Wędrowcze, wstrzymaj się w pochodzie.
Bo oko twoje od wichrów oślepnie...
Idź — szukaj ognia w najbliższej gospodzie,
Bo zesztywniejesz w tym północnym chłodzie,
A krew gorąca w żyłach ci zakrzepnie...

Drugiej nie znajdziesz w śnieżystej zamieci,
Wicher ci oddech na ustach zamrozi,
A jasny miesiąc ścieżki nie oświeci,
Bo mu wichura tumanem zagrozi,
Więc się w manowcach splączesz niby w sieci...

O! bo okrutny jest ów tyran groźny,
Twardy, jak w kryształ ścięta bryła lodu,
Siwy, jak starzec u życia zachodu,
A jak kamienne serce, taki mroźny,
A jak wystygła dusza — pełen chłodu...

A skoro zstąpić zamierza na ziemię,
Ucieka ptactwo przed tem jego przyjściem,
Woda lodowej tarczy dźwiga brzemię,
Roznieca ognie słabe ludzi plemię
I nagie drzewo już nie śpiewa liściem...

Jestże sroższego co w całej naturze
Nad tego króla lodów i północy?
Nad jego wichry, ryczące jak burze,
Nad ciemność w dzikiej zawieruchy chmurze?
— Jest straszniejszego coś... w doli sierocej...

.............
Dziad siwowłosy w łonie ziemi twardem
Świeżą mogiłę dla kogoś wybierał;
Zmarznięte bryły rozbijał oskardem...
I sił ostatki do tej pracy zbierał...
A z zmarszczonego czoła pot ocierał...

Wiatr mu rozwiewa długą brodę białą
I między krzyże cmentarne się wślizgał,
I wśród przybytku śmierci igrał śmiało,
Starcowi w oczy ostrym śniegiem bryzgał,
A nad sąsiednim grobem drzewo drżało...

W zmarzniętej ziemi szła praca powoli,
A wiatr ze starca jakby się natrząsał...
Jakby się gniewał na niego i dąsał,
Bo go za brodę targał w tej swawoli,
I po policzkach pomarszczonych kąsał...

Ale nie zważał na to dziad cmentarny,
Oskard uchwycił silnie w ręce obie,
I wciąż wyrzucał bryły ziemi czarnej;
A choć mu psoty czynił wiatr figlarny,
On już do pasa zagłębił się w grobie...

Grób! smutny koniec wędrówki człowieczej,
Ostatnia stacja życiowej podróży,
I port wytchnienia po światowej burzy;
I wieczny spokój co wsze smutki leczy
Znajdzie w nim kiedyś i mały i duży...

Komuż? grabarzu, ostatnią siedzibę
Gotujesz dzisiaj przy takiej zawiei:
Czy rolnikowi, co pruł ziemi skibę,

Czy myśliwemu, co zwierza gnał w kniei?
Kogóż? grabarzu, chowasz dziś z kolei?...

Może tu starzec spocznie siwobrody,
Co się już życiem nacieszył dowoli,
Co go złamały troski i zawody?
Pan? albo cichy pracownik na roli?
Sędziwa babka? czy parobczak młody?

Ej nie podobno! nie takich dziś gości
Oddawać będziem dobrej matce ziemi,
Lecz kwiat jej damy podcięty w młodości,
Śliczną kobietę, z oczami modremi,
Pełnemi niegdyś ognia i miłości.

Któż nie pamięta złotowłosej Hanki,
Jej miłych piosnek, co na łąkach brzmiały.
Któż nie pamięta tych ust co się śmiały,
Tej pięknej twarzy łagodnej i białej,
Tej miłej główki ustrojonej w wianki...

Ej uganiali się też za nią chłopcy,
Bo i dziewoja była dziwnie cudna,
Nad wszystkie we wsi — a wieś nasza ludna —
Szaleli za nią i swoi i obcy,
Tak była wdzięczna i taka ułudna...

Wyszła więc za mąż wprędce — rok nie minął,
Aliści czasy Bóg dał niespokojne.
Tatarzyn krwawą chorągiew rozwinął,
I mąż Hanusi poszedł też na wojnę
I niewiadomo czy żyje? czy zginął?..

Wioski zmieniono w zgliszcza i popioły,
Krzywda się działa i Boska obraza,

Poganin łupił zamki i kościoły
I nie zostawił chaty ni stodoły,
Aż naostatek przyszła i Zaraza...

Królewscy żwawo na pogan natarli,
Spokój powrócił do naszej siedziby,
I rolnik pługiem nowe orał skiby,
Gdy tatarzyna-łupiezcę odparli;
Ale ludziska biedni — srodze marli.

Marność marności! cóż znaczy bogactwo,
Czem jest ułuda cudnej dziewic krasy?
Porozpędzały ludzi wrogie czasy.
Mąż Hanki poszedł po śmierć, lub tułactwo,
A po niej małe zostało biedactwo!
...........
Wiatr niósł na skrzydłach pieśni żałobliwe
I „Dies irae“ brzmiało w całej grozie,
Biała trumienka leżała na wozie,
A wóz ciągnęły zwolna woły siwe.
Na końcu dziecię jakieś szło trwożliwe...

Złożyli ludzie trumnę w świeżym dole,
I zasypali ją zmarzłemi bryły,
A potem wszyscy wracali przez pole,
Tylko dziecina siadła u mogiły,
Skarżąc się cicho na swoją niedolę...

— Matko — szeptała — wróćmy już do chatki,
Bo tutaj straszno i zimno w tym śniegu. —
Wiatr niósł tę skargę wśród mogił szeregu,
Niósł aż do chaty, co stała na brzegu...
Lecz odpowiedzi nie było od matki...
 

W siedzibach ludzkich światełka już gasną,
Noc się zrobiła — iskrzą gwiazd miljony,
Tuli się dziecię do brzozy schylonej,
I wzrok lękliwy rzuca na wsze strony,
A księżyc w pełni przyświeca mu jasno.

Od drzew na śniegu pokładły się cienie,
Wiatr ucichł nieco i skrył się w głąb boru,
I było pięknie wśród tego wieczoru,
A złoto-blade miesiąca promienie
Słyszały ciche sieroty westchnienie.

Wychodzi dziecię za cmentarne wrota
I już ku wiosce rodzinnej się zbliża,
Już na gościńcu stanęło u krzyża,
Lecz pies zajadły wyskoczył z za płota
I drogę dziecku zagrodził, niecnota.

Głaszcze go dziecię swoją rączką drobną,
A stary brytan tę proźbę zrozumiał...
Więc puścił do wsi sierotkę żałobną,
Nawet się łasił i cieszył jak umiał,
Jakby nad ludzką niedolą się zdumiał.

Ale do ludzi, sieroto zbłąkana,
Nie tak to łatwo jest trafić po nocy,
Snadniej podobno ugłaskać brytana,
Niż znaleźć serce, chętne ku pomocy,
Lub ramię, coby dźwignęło z niemocy.

Płacze u okna dziecię przeziębnięte,
Obchodzi wszystkie lepianki wśród sioła
Ale daremnie kołacze i woła,

Serca kamiennym snem jakby ujęte
A wszystkie chaty, jak twierdze, zamknięte.

Cicho dziecina na swój los się żali,
Srebrny jej głosik rozpływa się w skargach,
Że jej wołania ludzie nie słuchali;
A imię matki, wciąż mając na wargach,
Idzie jej szukać, biedna, coraz dalej....

Lecz nie zlitował się nikt nad sierotą,
Każdy był głuchy na jej płacz i jęki,
Nikt jej do chaty nie przyjął z ochotą
I nikt z pomocą nie wyciągnął ręki
Do tej dzieciny wątłej, tej maleńkiej.

Aż z boru wyszedł Mróz, ów tyran groźny,
Twardy jak w kryształ ścięta bryła lodu,
Siwy jak starzec u życia zachodu,
A jak kamienne serce, taki mroźny,
A jak wystygła dusza, pełen chłodu...

Gdzie stąpił, wszystko w twarde bryły kował,
A nawet gwiazdy drżały przed nim złote,
Szedł — a na drodze znalazłszy sierotę,
Wnet się jej doli gorzkiej umiłował
I w same usta dziecko pocałował...

Czoła dzieciny dotknął dłonią skrzepłą,
Potem ją tulił do piersi wystygłej,
Na rzęsy kładł jej drobne, srebrne igły,
A dziecię czuło, że mu jakoś ciepło,
Że jest w błogości stanie niedościgłej...
 

I pieścił dziecię, usiadłszy pod sosną,
Ten srogi tyran co strumienie pęta;
Dziecina była błogo uśmiechnięta,
Bo Mróz jej szeptał, jak to kwiatki rosną
I jak rozkosznie jest na świecie z wiosną...

On jej ukazał wnętrze ciepłej chatki
I ożywczego ognia odblask złoty,
On jej dał widzieć łagodną twarz matki,
Jej uśmiech słodki, serdeczne pieszczoty
I oczy modre — a pełne tęsknoty.

Potem ją odział w śniegowe kryształy.
On — co się doli dziecka umiłował,
Raz jeszcze drobne usta ucałował
I powstał wreszcie, w swej grozie wspaniały,
Gdy ku obłokom płynął anioł biały...

I odszedł. Wichry na rozkaz mocarza
Konary dębów wyniosłych szarpały
I dziko wyły wśród krzyżów cmentarza
I ze strzech ludzkich wątłą słomę rwały,
A przed swym panem niosły tuman biały.
..........
Gdy ranne słońce wyjrzało z za chmury,
A wichry w borach jękły smutnem echem,
Od wioski człowiek przechodząc niektóry
Znalazł pod drzewem, u stóp śnieżnej góry,
Zmarznięte dziecię, z anielskim uśmiechem.

Wrzesień 1879 r.

Koniec.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.