Menexen (1857)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Platon
Tytuł Menexen
Pochodzenie Pokłosie: zbieranka literacka na korzyść sierot 1856 R.5, str. 129-158.
Wydawca Ludwik Merzbach
Data wydania 1857
Druk Ludwik Merzbach
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Bronikowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

PLATONA
MENEXENOS
przekładał z greckiego
Antoni Bronikowski.
(Wyjątek z dopełnionego już do połowy tłómaczenia wszystkich dzieł Platona).

PLATONA
MENEXEN.
Osoby Rozmowy:
Sokrates i Menexenos.

Sokrates. Z Rynku, czy zkądże to Menexenos?
Menexen. Z Rynku, Sokratesie, i to z Rady. Sokr. Cóżeś ty w Radzie miał do czynienia? Albo też jawna, że sądzisz się już u kresu wykształcenia i milośnictwa mądrości, i jako w tem dostatnio wyćwiczony ku większym sprawom zamyślasz się zwrócić i nad nami, o przedziwny, starszymi, w tym oto wieku jeszcze będący[1], rządy objąć kusisz się, ażeby wzdy nie podupadł dom wasz, zawsze jakiegoś opiekuna nad nami dostarczający? Menex. Jeżeli ty, Sokratesie, na to zezwalasz i radzisz, abym jął się rządów, będę się o nie ubiegał; jeżeli przeciwnie, zaniecham. Teraz wszakże przybyłem jedno na Radę wieścią wiedziony, iż zamierza wybrać męża, nad poległymi mówić mającego; boć wiesz, że gotują publiczne pogrzeby. Sokr. Owszem, ale kogoż wybrano? Menex. Nikogo, lecz odroczono do jutra; mniemam atoli że padnie los na Archina albo Diona[2]. Sokr. Zaprawdę, Menexenie, piękną z wielu względów zdaje się poledz na wojnie. Bo i pięknego i wspaniałego dostępuje się pogrzebu, i choćby ktoś ubogim umarł, pochwałę zyskuje, gdyby nawet nikczemnym był, i to od mądrych i nie błacho wielbiących, ale w długim czasie mowy swe sposobiących, którzy nadto tak znamienicie sławią, że i to co jest i czego nie masz w każdym wynosząc a prześlicznie jakoś słowami zdobiąc czarują nasze dusze, i Miasto wraz zaszczytami udarzają na wszystkie sposoby: gdy nietylko poległych na wojnie, ale i przodków naszych wszystkich uprzednich i nas samych jeszcze żyjących chwalą; tak iż ja przynajmniéj, o Menexenie, wielbiony przez tych mężów, za każdą razą w nadzwyczajną zacność podrastam, i stoję zachwycony rozumiejąc, żem w téj chwili większym, szlachetniejszym i nadobniejszym stał się. A jak to po największéj części, towarzyszą mi i słuchają razem sprzymierzeńcy pewni gościnni, w obliczu których ja tedy wraz uroczystym się wydaję; bo i oni zdają mi się tak względem mnie jako względem reszty Miasta tego samego doznawać uczucia, iże większego je teraz podziwu godném sądzą jak pierwéj, a to wszystko przez krasomówcę. I to uczucie dumy pozostaje mi więcéj jak trzy dni i tak wrażliwie mowa i dźwięk mówcy wciska się w uszy, iż zaledwie czwartego lub piątego (dnia) dopiero przypominam się sam sobie i poznaję, w którém miejscu ziemi znajduję się, dotąd zaś mniemam nieledwo mieszkać na wyspach błogosławionych; takich to zręcznych mamy słów szafarzy. Men. Zawsze ty, Sokratesie, żartujesz sobie trochę z tych mówców. Wszakże tą razą mniemam sam, że wybranemu nie nader się powiedzie; zgoła bo raptownie ten wybór wypada, tak iż podobno zniewolonym będzie przyszły mówca prawić bez przygotowania. Sokr. Zkądżeż, mój dobry! Ma z nich każden w zapasie gotowe mowy, lubo i od ręki wyłonić coś podobnego nie tak trudna. Gdyby bowiem wypadało występować Ateńczykom w Peloponnezie, albo Peloponnezyjczykom w Atenach, tedyby dzielnego potrzeba mówcy, ażeby przekonał i zajaśniał; kiedy przecież ktoś między tymi tu w szranki wybiega, których oraz chwali, nic podobno wielkiego, prawić tutaj dobrze. Menex. Nietrudném myślisz, Sokratesie? Sokr. Bynajmniéj, na Zeusa! Menex. Czyż sądzisz się zdolnym mówić sam, gdyby wypadało i gdyby cię Rada wybrała? Sokr. I ja, nic dziwnego, Menexenie, gdybym potrafiił mówić, który przecież mam wcale niepoślednią nauczycielkę wymowy, ale owszem która i innych i wielu ukształciła mówców, a jednego nad wszystkich Greków, Peryklesa syna Xantippa. Menex. Któraż to, alboż widna że Aspazja? Sokr. Tak jest, ona i Konnos, syn Metrobijosa: to bowiem moi dwaj mistrze, jeden w muzyce, druga w krasomówstwie. Tak tedy karmionemu mężowi żaden dziw, dzielnym być władzcą słowa. Ale i ten, któryby mniéj dobrze jak ja był wychowanym, w muzyce od Lamprosa ćwiczony, w krasomówstwie przez Antifonta Rhamnuzyjskiego, przecieżby zdolnym był sławiąc Ateńczyków w Atenach zebrać oklaski. Menex. I cóżbyś ty powiedział, Sokratesie, gdyby ci wypadło mówić? Sokr. Sam tak od siebie może nic, ale słuchałem jeszcze wczoraj Aspazją dokończającą pogrzebowéj mowy na tych tu poległych. Dowiedziała się bowiem tego co mówisz, to jest że Ateńczykowie zamierzają wybierać mówcę; zatem częścią bez przysposobienia zaraz prawiła przedemną, coby powiedzieć wypadało, częścią ułożone i wyćwiczone dawniéj ustępy, jak mi się zdaje, odłamki pewne z mowy pogrzebowéj Peryklesa[3] wtedy pochwycone i w jedność znitowane powtarzała. Men. czy potrafiłbyś przypomnieć sobie, co mówiła Aspazja? Sokr. Jeżeli nie zawinię; boć od niéj saméj uczyłem się i zaledwo chłosty nie odebrałem, gdy tu i owdzie coś zapomniałem. Menex. Czemuż więc nie powtarzasz? Sokr. Ależ, żeby się nie gniewała mistrzyni, iże rozgłaszam jéj mowę. Men. Bynajmniéj, Sokratesie, tylko praw, bo bardzo mi dogodzisz, czy to Aspazji czy którego innego pracę mi podając, mów jedno. Sokr. Lecz może mnie wyśmiejesz, gdy ci już jako starzec wydam się bawić błahościami. Menex. Jak najmniéj, Sokratesie, tylko mów pod każdym względem. Sokr. Toć trzeba, a jeszcze ciebie zadowolnić, o mało bo niedogodziłbym ci, gdybyś mi kazał rozebrać się i tańczyć, skoro sami jesteśmy. Słuchaj więc. Podjęła tedy, jak mi się zdaje, słowo, poczynając od samych poległych w ten sposób.
W uczynku tedy dzierżą ci oto tutaj, co im od nas przystało, czego dostąpiwszy udają się przeznaczoną przedwiecznemi wyroki drogą, uroczystym pochodem publicznie zaszczyceni przez miasto, i z osobna przez swoich; mową zaś oddać jeszcze ozdobę mężom, i prawo nakazuje i powinnością jest; z mowy bowiem nad dzieły dzielnie dokonanemi pięknie wypowiedzianéj pamięć i zaszczyt działaczom przybywa od słuchaczy. Potrzeba takiéj tutaj (mowy), która pomarłych wystarczająco uwielbi, żyjących przychylnie upomni, potomkom ich i braciom cnotę tychże naśladować poleci, ojców zaś i matki, i jeżeli którzy z starszych pozostają jeszcze, pocieszy. Zkądeż nam taka mowa wyjawi się? Alboli zkądże to jak należy poczniemy sławić mężów dzielnych, którzy za życia ucieszali swą odwagą swoich, a śmierć za ocalenie żyjących zamienili? Wydaje mi się konieczną po konieczności rzeczy, jako dobrymi zrodzili się, tak i chwalić onychże: dobrymi zaś byli, ponieważ poczęcie z dobrych wzięli. Zacny ród ich tedy nasamprzód uwielbmy, następnie wychowanie i ćwiczenie, do tych dokonanie czynów przystósujemy okazując, jak piękném i godném tamtych je przedstawili. Do zacności więc rodu nasamprzód dopomógł im początek ojców nie przybyszowym będący, ani tychże potomków jako przesiedlonych w krainie, gdy sami zkądinąd przybyli, wskazujący, ale jako tubylców i po prawdzie w Ojczyznie zamieszkujących i żyjących, niekarmionych przez macoszą jak inni, ale przez macierzystą ziemię w któréj bytowali, a teraz po zgonie spoczywających w rodzinnych miejscach téj, która ich urodziła, wykarmiła i przyjęła. Najsłuszniéjszą zatem najprzód poczcić matkę samą, z tém bowiem łączy się poczczenie ich własnéj zacnorodności.
Jest przecież godną ta kraina, ażeby od wszystkich ludzi uwielbianą była, nietylko od nas; tak z wielu innych względów, jako z tego pierwszego i najwalniejszego, że jest Bogom miłą. Świadczy naszéj mowie zwada i rozsąd bóstw, które o nią spór wiodły[4]. Którą tedy Bogowie pochwalili, jakżeżby ta od przewszystkich ludzi sprawiedliwie sławioną nie była? Drugą przynależną jéj chwałą ta będzie podobno, że w czasie owym, w którym cała zienia wynurzyła, się na powierzchnią i różnorodne twory wydawała, zwierzęta dzikie i skoty, w tymże nasza niepłodzącą dzikich zwierząt i czystą od nich okazała się, wybrała zaś z istot i wyłoniła człowieka, który poznaniem przewyższa wszystkie inne i wyłącznie czci sprawiedliwość i Bogów. Wielkim dowodem twierdzenia, że ta kraina praojców tych poległych i naszych urodziła, w téj prawdzie, że wszelka rodzicielka dostatni dzierży pokarm, dla tego co na świat przyniosła. Czem wszakże wydaje się prawdziwa lub podrzucająca dziecię matka, niemająca zdrojów wyżywienia dla płodu. To też stawia ten dowód dostatecznie nasza ziemia i matka, jako rodzicielka ludzi: jedna bo z wszystkich i pierwsza w owych czasach strawę ludzką na jaw wyniosła w owocach pszenicy i jęczmienia, czem nawyborniéj i najlepiéj płuży rodzaj ludzki, jako istotna matka tego żywotworu. Wszakże bardziéj jeszcze na rzecz ziemi jak niewiasty te poznaki przyjmować przystoi; nie ziemia bowiem niewiastę, ale niewiasta ziemię naśladuje zachodzeniem w brzemienność i rodzeniem. Tego zatem owocu ziemia nasza nie zajrzała innym, lecz owszem udzieliła. Następnie twór oliwy, obronę znojów, wydobyła dla swoich dzieci. Wykarmiwszy je i w wzrost pomnożywszy aż do dojrzałości, na przewodników i nauczycieli, Bogów im sprowadziła, których imiona tutaj godzi się pominąć; wiemy bowiem, którzy to żywot nasz usposobili do codziennego bytu, pierwsi nas przyzwoitych sztuk wyuczywszy, a do straży nad krainą broni nabytek i jéj użycie wskazawszy.
Zrodzeni i tak wychowani ojcowie tych tu, mieszkali sprawieni w ustawodawstwo, o którém stósowna wspomnieć po krótce. Ustawodawstwo bowiem karmicielką jest ludzi, piękne dobrych, przeciwne nikczemnych. Jako więc w pięknych rządach wychowani zostali poprzednicy nasi, konieczną jest wyświecić; dla których to i oni dobrymi byli i dzisiaj żyjący, których ci tu oto polegli synami są. To samo ustawodawstwo tedy co teraz i wtedy istniało, rząd najprzedniejszych (aristokracja), w którém przez wszystek czas od owego żyjemy po największéj części. Zowie je przecież jeden ludowładztwem (demokracją), inny jak mu się podoba, inaczéj; jest ono atoli po prawdzie, z uczczeniem ludu panowaniem najprzedniejszych. Królów bowiem zawsze posiadaliśmy, jakkolwiek owowieczni z rodu, dzisiajsi z wyborów powstają; lecz przemożny w władaniu miastem po większéj części lud, wszakże władze i moc oddaje on zawsze najlepszymi zdawającym się, a nie usuwany jest nikt ani z powodu niemocy, ani ubóstwa, ani niskiego pochodzenia przodków, ani téż pomiędzy przeciwne godności pomieszczonym, jako to widzimy w innych miastach; lecz jedna jest granica: uznany za mądrego lub dobrego, włada i rządzi. Powodem zaś tego ustawodawstwa u nas jest równość rodu. Inne bowiem miasta z różnoplemiennych ludzi i niewłaściwych urządzone zostały, tak iż i ich ustawodawstwa niewłaściwe, tyranie lub rządy pojedyńczych (oligarchie); mieszkają tedy z sobą jedni za niewolników, drudzy za panów siebie uważając: my zaś i nasi, z jednéj matki wszyscy bracią wyrodziwszy się, nie pożądamy ani niewolnikami ani panami być siebie, lecz równorodność nasza przyrodzona równouprawnienia i w ustawach szukać nas zmusza, i żadnemu drugiemu między sobą nie ustępować jak tylko w chwale, cnoty lub rozumu.
Ztąd to też w wszelkiéj wykarmieni wolności ojcowie tych tutaj i nasi, i oniż sami a pięknie zrodzeni, wiele rozgłośnych między wszystkich ludzi dzieł dokonali i z osobna i publicznie, uznawszy za obowiązek walczenia za wolność z Grekami za Greków, a z Barbarami w obronie wszystkich Hellenów. Jaki tedy stawiali opór, gdy Eumolpos i Amazony naszli krainę i jeszcze dawniéjsi od tych, i jako posiłkowali Argejom naprzeciw Kadmejczykom, a Heraklidom naprzeciw Argejom; to godnie opowiedzieć czas nie dozwala, i oraz poeci cnotę ich już dostatecznie pieśniami wynuciwszy, na wszystkie pokolenia rozgłosili; gdybyśmy więc usiłowali gołą mową to samo zdobić, wnetbyśmy w drugim pono rzędzie pokazali się (t. j. pośledniéjszymi). Tę sprawę zatem z téj przyczyny niechać mi się zdaje, skoro i mają odpowiednią nagrodę; o których przecież ani poeta właściwego godnym nie powziął mniemania, i które dotąd w zapomnieniu pogrzebane, o tych okazuje mi się konieczną wspomnieć z uwielbieniem i wyzwaniem innych, ażeby w pieśni i inne rodzaje poezyi zamieścili je, odpowiednio działaczom. Stoją zaś na czele tych czynów, o których mówię, następujące: Persów przewodniczących Azyi a ujarzmiających Europę, powstrzymali potomkowie téj oto ziemi a Rodzicy nasi, których to też słuszna i konieczna nasamprzód wymienić wspomnieniem i cnotę ich posławić. Trzeba ją wszakże widzieć, jeżli kto ma nadobnie poczcić, przeniesionemu w owe czasy, kiedy cała Azja służyła trzeciemu już królowi, z których pierwszy oswobodziwszy Persów, swoich współobywateli, dzielnością ducha wraz panów ich Medów podwładnymi uczynił i nad resztą Azyi aż do Egyptu zapanował, syn zaś jego nad Egyptem i Libiją, jak daleko podołał w niéj postąpić; trzeci nareszcie Dariusz lądem aż do Skythów panowanie rozciągnął, nawami zaś nad morzem zadzierżał i nad wyspami tak, że nikt nie pożądał stawić mu czoła: zdania wszystkich ludzi spętanemi zostały; tyle tak wielkich i bitnych pokoleń ujarzmiła była moc Perska. Oskarzywszy nas tedy i Eretrejczyków Dariusz, pozornym powodem, że czychaliśmy na Sardes, i wyprawiwszy pięć kroć sto tysięcy na łodziach i nawach, a okrętów trzysta pod wodzą Datisa, nakazał mu wracać przywodzącemu jeńcami Eretryjczyków i Ateńczyków, jeżeli chce zatrzymać głowę swoją.
Ten popłynąwszy do Eretryi na mężów, którzy najsłynniejszymi w sprawach wojny między ówczesnymi Grekami byli i nie szczupli, tychże w trzy dni poczynił niewolnikami, splądrował wraz ich krainę, ażeby żaden nie ratował się ucieczką, następnym sposobem. Żołnierze jego przybywszy na granice ziemi Eretryjskiéj, od morza do morza rozciągnąwszy się i związawszy ręce, przebiegali całą krainę, ażeby mogli donieść królowi, iż żaden mieszkaniec im nie wysunął się. Z tém samém usposobieniem z Eretryi do Marathonu przybili, jak gdyby przygotowanem już było dla nich, iżby i Ateńczyków w tę samą konieczność spętawszy, uprowadzili wraz z Eretryjczykami. Gdy to się działo, częścią przysposobiało, ani Eretryjczykom żaden z Greków, ani Ateńczykom, wyjąwszy Lakedemończyków, pomocy nie przynosił. Ci wszakże nazajutrz po bitwie przybyli, inni wszyscy przerażeni, przenosząc ocalenie chwilowe, pokoju pilnowali. W tym to tutaj czasie zrodzony, mógłby był poznać, jakimi okazali się cnotą owi co pod Marathonem przyjęli potęgę Barbarów i skarcili wyniosłość całéj Azyi i pierwsi wystawili znaki zwycięzkie nad Barbarami, przewodnikami i nauczycielami stawszy się innym, jako nie jest niezłomną moc Persów, lecz, że wszelkie tłumy i wszelkie bogactwo męstwu ustępuje! Ja tedy twierdzę, że oni mężowie nie tylko ciał naszych rodzicielami są, ale i wolności naszéj i przedwszystkich na lądzie tym stałym; na ono dzieło bowiem obzierając się, i w następne walki o wolność puszczać odważali się Grecy, uczniami mistrzów Maratońskich zostawszy. Pierwsze więc wieńce mowy owym nakładać należy, drugie wszakże pod Salaminą i pod Artemizjum rozprawiającym się na nawach i zwyciężającym. Bo i o tych mężach wieleby było do powiedzenia, i jakie niebezpieczeństwa wytrzymali na lądzie i morzu idące na nich, i jak je odparli; lecz ja o jednym czynie, który mi się pomiędzy temi najpiękniejszym wydaje, tylko namienię, to jest: że dopełnili dzieła Marathońskiego. Marathońscy bowiem mężowie tyle jedno pokazali Hellenom, że możebną jest na lądzie bronić się naprzeciw Barbarom, nie wielu naprzeciw tłumom; czy i na okrętach, to jeszcze niewiadomém było, i jeszcze dzierżyli Persowie sławę niezwyciężonych na morzu i liczbą i bogactwem i sztuką i siłą. To więc godzi się wysławić o mężach, którzy wówczas na nawach rozprawili się, że odjęli Grekom ciążącą na nich obawę i uwolnili ich od trwożenia się przewagi okrętów i ludzi. Od obojga przecież, tak od onych lądowych pod Marathonem, jako od tych morskich zapaśników pod Salaminą, przypada słusznie wychowanie innych Hellenów, że i od pierwszych i od drugich wzięli naukę i wzwyczajenie się nie lękania odtąd Barbarów. W trzeciém miejscu kładę dzieło pod Platejami, i liczbą i cnotą ocalające Grecyą, już spólne Lakedemończykom i Atteńczykom. Otóż największe i najtrudniejsze niebezpieczeństwo ci wszyscy odwrócili, i dla téj to odwagi i teraz tu od nas są wielbieni i w następnym czasie będą od potomnych. Po tych wypadkach wiele jeszcze miast greckich było po stronie Barbarów, i o samym zwiastowano królu, iż zamierza powtórnie pokusić się na Hellenów. Sprawiedliwą tedy abyśmy i o tych wspomnieli, którzy dziełom poprzedników dopełnienie oswobodzenia przydali, wyczyściwszy i wyrugowawszy wszelkie barbarzyństwo z morza. Byli to zaś owi co nad Eurymedontem na nawach bój stoczyli, co do Kypru wyprawę podjęli, co do Egyptu popłynęli i w mnogie inne strony, o tych należy namienić i wdzięcznością ku nim przejąć się, iże trwogę wrazili królowi, aby nad własném odtąd czuwał bezpieczeństwem, a nie czychał na zgubę Hellenów.
I ta to wojna przez całe miasto przewalczoną została za wolność jego obywateli i innych jednéj mowy używających naprzeciwko barbarom; gdy zaś pokój nastąpił i miasto czci doznawało, przyszła na nie, co zwykło spotkać w powodzeniu zostających, najprzód zazdrość, z zazdrości zaś nienawiść. Owoż, co to oto miasto mimowolnie w zapasach z Hellenami postawiło. Gdy zatém wszczęła się wojna, spotkali się nasi za wolność Bojotów walcząc pod Tanagrą, a gdy wątpliwie wypadła walka, rozsąd dały następne wypadki: ci (t. j. Lakedemończykowie) bowiem uszli, porzuciwszy tych, którym posiłkowali, nasi zaś dnia trzeciego w Onofytach zwycięztwo[5] odniósłszy, nieprawie wygnanych sprawiedliwie napowrót do miasta odwołali. Ci to wzdy pierwsi po wojnie perskiéj Grekom już za wolność naprzeciw Grekom pomocnicząc, mężami dzielnymi stawszy się i oswobodziwszy tych, którym pomoc przynieśli, pod tym pomnikiem przez to miasto uczczeni, pierwsi złożeni zostali. Gdy późniéj wielkie zawrzały zapasy, i wszyscy Hellenowie za broń uchwycili i krainę pustoszyli i niegodnie odpłacali się miastu; tedy pogromiwszy ich w bitwie morskiéj nasi wojownicy, i zabrawszy w niewolę pod Sfagią[6] przywódzców Lakedemońskich, choć ich mogli śmiercią ukarać, przebaczyli im, zwrócili jeńców i pokój zawarli, sądząc, że naprzeciw równoplemieńcom aż do zwycięztwa tylko bojować należy, a nie dla zapalczywości pojedyńczego miasta ogół Hellenów gubić; przeciwko Barbarom zaś aż do zagłady. Tych tedy mężów godzi się powielbić, co tę wojnę przebywszy leżą w tych grobach, ponieważ pokazali, gdyby kto zachwiewał się w zdaniu, azali w dawniejszéj wojnie naprzeciwko Barbarom nie inni pewni dzielniejszymi byli od Ateńczyków, żeby fałszywie wzruszał swoje mniemanie. Ci bowiem tutaj nieprawdę tego okazali, zrokoszowaną Grecyę wojną opanowawszy, przewodniczących innym Grekom pod władzę swą podbiwszy, i z którymi niegdyś Barbarów społem pokonali, tych z osobna sobie powolnymi uczyniwszy. Trzecia wojna po tym pokoju niespodzianie i groźnie wybuchła, w któréj wielu dzielnych głowy położywszy tutaj spoczywa, wielu na Sycylii bardzo mnogie zwycięstwa znaki wzniósłszy za wolność Leontinów, którym posiłkując dla przysiąg[7], popłynęli w owe okolice, dla odległości przecież drogi morskiéj w niedostatek podawszy rodzinne Miasto, gdy im służyć nie mogło, tém zbici na sile, niefortunności ulegli: tych wrogowie i przeciwnicy oręża[8] większą chwalę dzierżą umiarkowania i cnoty nad przyjaciół innych: wielu w bojach morskich nad Hellespontem, w dniu jednym wszystkie nawy wrogów zabrawszy, wiele nadto innych pokonali. Przez grozę zaś i nadspodzianość wojny téj to rozumiałem, iże do tego stopnia współzawodnictwo naprzeciw miastu naszemu zapędzili się inni Hellenowie, że aż nie wzdrygnęli się do najnienawistniejszego króla wyprawiać poselczych heroldów, i którego społem z nami wyrzucili z kraju, tego zosobna znowu barbarzyńcę sprowadzać napowrót na Greków, i zgromadzać naprzeciw temu tu Miastu wszystkich Hellenów i Barbarów. Ale tu téż zajaśniała siła i cnota Miasta. Gdy bowiem mniemano że już pogromioném jest na głowę, a okręta pod Mityleną obsadzone były, obywatele pomoc niosąc na sześćdziesięciu nawach, sami wstąpiwszy na pokłady i jednogłośnie najdzielniejszymi mężami stawszy się, powaliwszy wrogów, oswobodziwszy sprzymierzeńców, nie zasłużonemu ulegając zatém losowi, nie wyłowieni z morza[9], tutaj spoczywają. Tych zawsze pamięci podawać i sławić należy: przez ich bowiem odwagę zwycięzcami zostaliśmy nietylko w ówczesnéj bitwie morskiéj, ale w całéj dalszéj wojnie, gdy Miasto sławę zyskało niezdobytego nigdy, przez wszystkich nawet ludzi. I sprawiedliwie ją zyskało, gdyż własną zatratą upadamy, a nie przez innych; nie pokonalnymi bo do dziś dnia jesteśmy przez tamtych; ale sami siebie przemogliśmy i zbezwładnili. Gdy zatém cisza i pokój z obcymi nastąpił, domowe boje tak między nami rozewrzały, że, gdyby przez losy naznaczoném było ludziom rokoszować, niktby inaczéj chorem swego Miasta nie zapragnął. Jakżeż to przychylnie i poufale i nad oczekiwanie innych Hellenów, zadawali się z sobą obywatele Pireju i Miasta, i wojnę naprzeciw owym w Eleuzinie jakżeż umiarkowanie załagodzili! A tego wszystkiego nie co innego przyczyną jak ono prawdziwe pokrewieństwo, przyjaźń trwałą i jednoplemienną, nie słowami lecz czynem zdarzające. Trzeba atoli i o tych w téj wojnie bratnią ręką poległych zachować wspomnienie i jednać ich, czém możem, błaganiami i ofiarami w takich okolicznościach przygodnemi, do zwycięzcy ich prośby wznosząc, skoro i myśmy się pojednali. Nie z nikczemności bowiem ani z nienawiści jęli się siebie, lecz nieszczęściem oćmieni. Świadkami tego jesteśmy sami przy życiu pozostali: tymi samymi bowiem będąc rodem co oni, przebaczenie wzajem bierzem i dajem za to, cośmy uczynili i ucierpieli wzajem.
Gdy zatém zupełne między nami stanęło przymierze, Miasto wiodło pokój, przebaczając Barbarom, gdy klęski poniosłszy od niego, nie leniwo je odpierali, lecz oburzone na Greków, pomnąc jaką mu za doznane dobra odpłacili podzięką, zespoliwszy się z Barbarami, wydarłszy mu nawy, które ich niegdyś ocaliły, i mury zburzywszy, za to żeśmy ich grodom upaść nie dozwolili. Postanowiwszy tedy Miasto nie bieżeć już w obronie Grekom, czy to wzajemnie się ujarzmiającym czy przez Barbarów, w tym stanie trwało. Kiedyśmy przecież w tym rozmyśle zostawali, Lakedemończykowie rozumiejąc, żeśmy obrońcy wolności już upadli, i że już ich dziełem teraz niewolnikami uczynić innych, ku temu się rzucili. Ale pocóż mi mowę przeciągali? Ani starodawne ani wielu pokoleń sprawy podobno wymieniałbym, które zatém nastąpiły. Sami bo wiemy, jak przerażeni przyszli w potrzebę pomocy naszego Miasta pierwsi między Grekami, Argeje, Bojoty i Korinthianie, ale co najwięcéj boskiém ze wszystkiego, że i Król Persów do tego stopnia ucisku przywiedzionym został, iż nie pozostało mu zkąd inąd więcéj wybierać ocalenia, jak z tego grodu tutaj, który tak chętnie wprzódy podkopywał. A gdyby wzdy zapragnął kto słusznie pomówić Miasto, o to jedno sprawiedliwie by je pomówił, że zbyt litującém się zawsze i sługą uciśnionego okazywało. To téż i w onym czasie nie podołało wytrwać stanowczo i dotrzymać co postanowiło było, lecz wzruszyło się i dało pomoc, i jednych Hellenów samo posiłkując, uwolniło od jarzma, tak iż swobodnymi powstali, dopóki sami się znowu w służby nie podali nawzajem, Królowi zaś samo pomocy dać nie odważyło się, wstydząc się znamion zwycięskich Marathonu, Salaminy i Platejów, tylko zbiegom i ochotnikom jednym dopuściwszy posiłkować, jednozgodnie go wybawiło. Wszakże otoczywszy się murami na nowo i okręty zbudowawszy, przyjęło bój, do którego zmuszoném zostało, i w obronie Paryjczyków walczyło z Lakedemończykami. Ale król uląkłszy się Miasta, gdy ujrzał Lakedemonów w zapasach morskich ulegających, i pragnąc wyłamać się od przymierza, zapytywał Greków na stałym lądzie, których mu przedtém Lakedemończycy wydali, azali ma pomocniczyć nam i innym sprzymierzeńcom, sądząc że nie przyzwolą na to; aby tedy pozorny powód miał do odpadnięcia od nas. I nie zawiódł się na innych sprzymierzeńcach — chcieli mu bowiem uledz oni, i zobowiązali się i zaprzysięgli Korinthianie, Argejowie, Bojotowie i inni sprzymierzeńcy, że mu poddadzą Greków na stałym lądzie, jeżeli pieniędzy im dostarczy — my jedni nie odważyliśmy się ani wydać ani zaprzysięgać.
Taki to rdzeń tego miasta zacnym, wolnym, mocnym i zdrowym jest i z przyrodzenia nienawistnym barbarzyństwu, dla czystości swój helleńskiéj i niezmięszania z Barbarami. Ani bowiem Pelopowie, ani Kadmosowie, ni Egyptosowie ni Danaosowie, ani żadni inni wielu z pochodzenia barbarowie, a z obyczaju tylko Grecy, nie mieszkają pomiędzy nami, lecz sami jedno Hellenowie, nie pomięszani barbarzy, dzierzemy tę tu ziemię, zkąd czysta nienawiść wpoiła się Miastu do cudzoziemskiego przyrodzenia.
Atoli samotnymi ujrzeliśmy się powtórnie, iżeśmy nie chcieli sromotnego i bezbożnego dzieła dokonać, Greków na łup wydając Barbarom. Wróciwszy tedy w to samo położenie, na którém dawniéj pogromionymi zostaliśmy, z pomocą Boga lepiéj jako wtenczas zakończyliśmy zapasy: bo i nawy i mury dzierżąc i nadto osady nasze, uwolnieni zostaliśmy od wojny; z taką gotowością odstąpili od nas i nieprzyjaciele. Mężów wszakże dzielnych i w téj wojnie pozbawieni zostaliśmy, jednych między cieśniny Korinthu zapartych, drugich pod Lecheon zdradą ujętych. Znamienitymi przecież i owi co Króla oswobodzili i Lakedemończyków z morza wyrzucili. Tych ja waszéj przywodzę pamięci, a wam przystoi uwielbić i wieńczyć takich mężów.
I toż to są dzieła mężów tutaj spoczywających i innych, którzykolwiek w obronie tego Miasta polegli, liczne są i piękne te, które przytoczyłem, liczniejsze daleko i nadobniejsze te, o których się nie wspomniało; mnogie bo dni i noce nie dostarczyłyby, ktobykolwiek wszystkiego pragnął dopełnić. Tego więc pamiętnemu każdemu z nas mężowi, napominać należy potomków tychże, ażeby, jakoby na bojach, nie opuszczali stanowiska przodków; ani w tył nie cofali się, ulegając nikczemocie. To téż i ja, o dzieci mężów dzielnych, i teraz zachęcam was i w dalszym czasie, kędykolwiek którego z was napotkam, będę przypominał i zachęcał, ażebyście pożądali stawać się jak najlepszymi; w obecnéj wszakże chwili obowiązany jestem wypowiedzieć, co nam wasi Ojcowie idący na niebezpieczeństwa wam pozostałym obwieścić polecili, gdyby ich coś niefortunnego spotkało. Powiem tedy wam, com od nich wtenczas zasłyszał, i coby teraz, moc odzyskawszy, z przyjemnością wam sami powtórzyli, a wnioskuję z tego co wtedy mówili. Zgoła więc mniemać wam należy, iż to, co wam zwiastuję, z własnych ust ich przyjmujecie. Te były ich słowa:
O dzieci! iże z dobrych ojców pochodzicie, sama ta obecność oto wskazuje. Gdy nam wolno było pędzić żywot niepiękny, wybraliśmy raczéj pięknie umierać, niżeli was i następców w sromotach osadzać, niżeli ojców naszych własnych i cały ród dawny pohańbiać, sądząc że nie powinien żyć ktokolwiek swoją krew splugawił, i że temu ani którykolwiek z ludzi ani którykolwiek z Bogów przyjacielem ni na ziemi ni pod nią po zgonie. Trzeba wam tedy pomnym na nasze przestrogi, jeżeliście się czém inném zabawiali, ćwiczyć się odtąd w cnocie, przekonanymi będąc, że téj pozbawione, wszelkie nabytki i zajęcia, podłe i nikczemne. Ani bowiem bogactwo przynosi piękność posiadającemu je z niemęztwem — dla innego nie dla siebie takowy w złoto obfituje — ani piękność ciała i siła w bojaźliwym i podłym mieszkające nadobnemi się wydają, lecz przeciwnie, a wyraźniejszym sprawiają kształt posiadacza swego i jaskrawiéj wyjawiają niedołężność jego; i wszelka umiejętość oddzielona od sprawiedliwości i reszty cnoty, niegodziwością a nie mądrością przedstawia się. Dla tych powodów po pierwsze, po ostatnie, po wszelkie zgoła, całą usilność w to kłaść starajcie się, ażebyście jak najbardziéj przewyższali siebie i poprzedników swych dobrą sławą; jeżeli nie chcecie, to wiedzcie, że nam, jeżeli was cnotą zwyciężymy, zwycięstwo to zakałę przyniesie, przegrana, jeżeli wam ulegniem, szczęśliwość. Najłacniéj zaś ulegniemy, a zwycięzcami zostaniecie, jeżeli uzdolnicie się nie nadużywać sławy przodków ni jéj rozpraszać, przeświadczywszy się, iż mężowi mniemającemu coś znaczyć nic nie jest nie cniejszém, jak kiedy do czci się przedstawia nie sam przez siebie, lecz znamienitością przodków. Posiadać bowiem synom zaszczyty rodziców, piękny i okazały to skarb; używać zaś i zamożności i części dziedzicznych, a nie przekazywać ich następcom, sromotą i niemęzką sprawą, wynikającą z niedostatku własnych nabytków i zacności. Otóż jeżeli tego pilnować będziecie, jako przyjaciele do przyjaciół do nas przybędziecie, kiedy was los przypadający tudotąd wyprawi: zaniedbujących tego i spodlonych, żaden was przychylnie nie powita. Do synów tę tu zwracamy mowę.
Ojców zaś waszych, którym pozostali, i matki, bezprzestannie pocieszać mi należy, ażeby jak najłatwiéj ponosili nieszczęście, gdy na nich przypadło, a nie współjęczeć z nimi — nie współsmucącego bowiem pożądają, dosyć im dostarcza tego los niefortunny — lecz lecząc ich rany i łagodząc stawiać przed ich pamięcią, że czego największego błagali od bogów, w tém ich wysłuchali. Nie prosili bowiem, aby nieśmiertelnymi byli ich synowie, lecz dzielnymi i słynnymi; tych dóbr najwyższych dostąpili. Wszystko zaś nie łacno człowiekowi śmiertelnemu w jego żywocie po myśli układać się może. Otóż znosząc mężnie przygody, rzeczywiście ojcami mężnych synów wydawać się będą, i sami; ulegając, nastręczą podejrzenie, że albo nie są naszymi albo że wielbiący nas kłamią. Nie powinno zaś ani jedno ani drugie mieć miejsca, ale owi przed wszystkimi innymi naszymi być czynem sławicielami, stawiając z siebie widok prawdziwych ojców, mężów męskich synów. Starodawne ono przysłowie „nic nadto,“ piękną treść zawierać zdaje się, bo rzeczywiście prawdę wypowiada. U którego bo męża wszystko co do szczęścia prowadzi lub w pobliże onegoż, na nim samym się opiera, a nie u innych zawieszone jest, których powodzenia lub klęski, i sprawy jego chwiaćby się zmuszały; ten najwyborniéj usposobił życie, ten jest roztropnym, ten mężnym i rozumnym: ten posiadając dostatki i dzieci, porówno jak postradawszy je, powolny będzie najbardziéj owemu przysłowiu: ani zbyt radującym się ani zbyt trapiącym nie okaże się, dla tego, że zaufał sobie samemu. Takimi pragniemy aby i nasi byli, i chcemy, mówimy i przedstawiamy siebie samych takimi, nie oburzając się, ni zbytniéj trwodze poddając się, gdy na raz nieżyć nam wypada. Prosimy tedy i ojców i matki, aby tym samym umysłem przejmując się, resztę żywota spędzili i wiedzieli, że ani płacząc ani jęcząc nad nami, nie dogadzają nam najbardziéj, lecz jeżeli jest jakie czucie zmarłym od żyjących, taki najniemilszymi nam będą, siebie poniżając i trapiąc się nieszczęściem: łagodnym i umiarkowanym żalem jedynie nam przyjemnymi stają się. Zawodom bo naszym ten już kres pozostanie, który wzdy najpiękniejszy jest dla ludzi, tak iż zdobić je raczéj niż opłakiwać przystoi; żonami zaś naszemi i dziećmi opiekując się, wychowując je, i ku téj stronie umysł zwracając, i najłacniejsze zapomnienie nieszczęścią odzierżać i żyć piękniéj i przyzwoitéj, a nam pożądaniéj będą.
Na tém ograniczamy obwieszczenia nasze do swoich. Miastu zaś radzibyśmy polecić, ażeby ojców i synów naszych wzięło pieczołowitość, tych wychowując nadobnie, tamtych godnie żywiąc w starości; ale wiemy naprzód, iż chociażbyśmy nie polecili tego, i bez nas ono opiekować się będzie wystarczając.
Te polecenia, o dzieci i rodzice poległych, i oni nam nakazali wam obwieścić, i ja sam wam jak najskwapliwiéj zwiastuję; i wraz błagam w ich imieniu, jednych, ażeby naśladowali kréw swoją, drugich ażeby męstwem wznosili się nad siebie, ponieważ i z osobna i publicznie starość waszą pielęgnować i staraniem otaczać będziem, kędy tylko który z nas któregokolwiek z rodu waszego napotka. Troskliwość zaś Miasta sami znacie, jako podług praw przez siebie ustanowionych dzieci i rodzicieli na wojnie poległych pod swoją bierze pieczołowitość, i czuwać nad nimi przed wszystkimi innymi obywatelami największemu urzędowi rozkazuje, ażeby ojcowie i matki tych mężów krzywd nie doznawali; dzieci ich zaś wychowuje samo, usiłując jak najbardziéj niewidném uczynić dla nich sieroctwo, w postaci ojca postawiwszy się nad nimi, gdy jeszcze dziećmi są, a gdy dochodzą kresu męża, wyséła ich do swoich włości zupełną zbroją otoczywszy, pokazując i przypominając tém, jakie były zajęcia ojca, gdy narzędzia cnoty ojcowskiéj im wręcza i wraz pod wróżbą poczynać wstęp do ojcowego ogniska zniewala, mającego w nim panować z siłą, bronią ozdobiwszy. Samym zaś poległym nie ustaje oddawać cześci, co roku samo przynależne ofiary społem przynosząc wszystkim, jakich każdy z osobna dostępuje, prócz tego walki cielesne i konne urządzając i zawody wszelkiéj muzyki, i zgoła co do pomarłych w obowiązkach spadkobiercy i syna, co do synów w stanowisku ojca, co do rodziców i tym podobnych w miejscu opiekuna się umieszczając najzupełniejsze o wszystkich przez wszelki czas podejmuje staranie. O czém pamiętając, łagodniéj wam znosić przygody należy; tak zmarłym bowiem jako żyjącym tą drogą jak najmilszymi się okażecie i najłacniéj i sami opiekować się i opiekę brać będziecie. A teraz, wy i wszyscy inni, społem podług prawa zgasłym żałosny jęk oddawszy, rozejdźcie się.
Oto masz mowę Aspazji, Menexenosie. Men. Na Zeusa, Sokratesie, błogosławioną wystawiasz Aspazją, jeżeli, niewiastą będąc, takie mowy układać umie. Sokr. Jeżeli nie wierzysz, to chodź zemną, a usłyszysz samą mówiącą! Men. Częstokroć ja, Sokratesie, zbliżałem się do Aspazji, i wiem czego zdolną. Sokr. Cóż więc? nie podziwiaszże jéj i nie czujeszże wdzięczności dla niéj za tę mowę? Men. I wielką, o Sokratesie, mam ja wdzięczność za tę mowę jéj czy innemu, ktokolwiek ci ją powiedział; lecz przed wielu innymi winienem ją opowiadaczowi. Sokr. Niech tak będzie; lecz obyś mnie nie zdradził, abym ci znowu wiele a pięknych mów politycznych od niéj mógł udzielać. Men. Bądź dobréj myśli, nie wydam; tylko je przynoś. Sokr. Nastąpi to.[10]


Przypisy

  1. Menexen był uczniem Ktezyppa, pochopnym do zwady, lecz niepospolitym mówcą, charakter jego skreślił Platon w Lyzisie. W téj tu rozmowie jako młodzieniec jeszcze nieco zarozumiały z sędziwym już Sokratesem występuje, który nie bez znaczenia acz delikatnie, zwłaszcza ten dodatek doń stósuje.
  2. Znakomici dwaj mówcy, o których wzmiankę czyni Dionyziusz z Halikarnasu w dziele swém: De admiranda vi dicendi in Demosthene p. 1027.
  3. Rzeczywiście też następująca mowa Aspazji bardzo przypomina sławny ów, a zachowany nam w drugiéj księdze wojny peloponneskiéj przez Thukydidesa, λόγος ἐπιτάφιος Peryklesa, powiedziany w Keramiku na pogrzebie poległych w bojach; ale może ona oraz posłużyć, i to nietylko za komentarz do tamtéj, jak wszystkie mowy przez Thukydidesa przytaczane, odznaczającéj się aż do niezrozumiałości nieraz posuwaną chęcią jak najkrótszego wysławiania się, lecz także, jeśli się nie mylę, za skrytą a poprawczą redakcją, że tak powiem, panegiryku Peryklesowego. Nieobeznanym zresztą, jeszcze ten dodatek: że zwyczajem było w Atenach chowania co rok publicznie zmarłych na placach bitew, na których pochwałę przez władzę umyślnie wysadzony oborem mówca wypowiadał tak zwaną mowę ponadgrobną (λόγος ἐπιτάφιος). Uroczystość tę, przy któréj Perykles właśnie takim wyznaczonym był tłómaczem uczuć pozostałych, z którego to polecenia tak znakomicie się wywiązał, obszernie opisuje Thukydides wzwyż przytoczony, w księdze II, roźdz. 34—47 swojéj historyi.
  4. Odnosi się do powieści mythicznéj, że Bogowie losami podzielali kraje, Attykę wybrali, Pallas i Pozeidon.
  5. Thukyd. I, 108.
  6. Tak zwała się drugiem mianem słynna w dziejach wojny peloponneskiéj wyspa Sfakterja, jak pisze Strabon (VIII, p. 346. Bas.) „Przyległa, mówi on, niedaleko Pylos wyspa Sfagia, ta sama także Sfakterją zwana, około któréj żywo ujętych trzystu mężów ze swoich utracili Lakedemończykowie obsaczonych przez Ateńczyków. “
  7. Leontinowie mieli z Ateńczykami z dawna zawarte układy wzajemnéj pomocy, Thuk. III, 86.
  8. Nie wiadomo, do kogo to Plato odnosi.
  9. Są to rozbity, których ciał pod wodzą trierarchów ówczesnych w Atenach, Theramenesa i Thrazybula, wyznaczonych dla tego przez władzę, nie zdołano wyłowić z morza. Patrz Xenofonta Historją Grecyi, VI, p. 42, który tamże powiada: „dla tego to jako rozbitowie pogrzebieni zostali.“
  10. Nie mogąc, i tak już dla Pisma zbiorowego dość obszernego rękopisu, zwiększać więcéj jeszcze, zmuszony byłem ograniczyć się do najnieodzowniejszych rozumieniu uwag, po szczegółowsze wyjaśnienia, mianowicie historyczne, odséłając łaskawego Czytelnika, gdyby tego pożądał i potrzebował, do innych drukowanych źródeł, tak łatwo zresztą dostępnych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Platon i tłumacza: Antoni Bronikowski.