Maleparta (Kraszewski, 1874)/Tom IV/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Maleparta
Tom IV
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI  Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Nie daleko od Lublina, jest na drodze do Zawieprzyc wiodącej zielona dąbrowa, środkiem której kręci się droga parowem idąca. Dwie ściany jaru tego okryte są zaroślami dębowemi i leszczyną poplątaną, u szyi jego w środek lasu wychodzącej, stoi murowana figura, z żelaznym krzyżem u wierzchu. W dwóch murowanego słupa kondygnacjach świecą dwa obrazy. Niżej Chrystusa ukrzyżowanego, wyżej Marji matki jego.
Niedaleko od figury są jeszcze ślady chaty pustelniczej, która była przyparta do starego dębu. Przed kilkudziesiąt laty zamieszkiwał ją starzec z długą siwą brodą i głową łysą, który tam jałmużny u przechodzących prosił, siedząc nad drogą i szepcząc modlitwy.
Znali go wszyscy w okolicy pod nazwiskiem starego Jana i nikt nie przeszedł, żeby mu grosza nie rzucił, lub kawałkiem chleba z nim się nie podzielił. Nie wiedziano zkąd się tam wziął, kto był, ale widząc go ciągle na modlitwie, większą część dnia klęczącego gołemi kolanami na twardej ziemi, przeciw krzyża, i zatopionego w rozmyślaniu, oblewającego się łzami, bijącego w piersi wyschłą ręką — każdy go szanował i litował się nad nim; każdy, choć nie prosił pustelnik, rzucał mu grosz pod nogi nie przerywając modlitwy, lub kładł chleb na progu chatki.
Jakakolwiek była roku pora, czy śnieg wiał zamiecią, czy słońce paliło lipcowe, stary zawsze pół dnia klęczał pod figurą, patrzając oczyma wypłakanemi na żelazny krzyż; bijąc się w piersi i łkając głośno. — Ubranie jego było z grubego sukna, podarte, sznur je prosty podpasywał, łysa głowa nie znała pokrycia. Rzadko widywano go siedzącego u progu chatki, a w ówczas głowę miał utuloną w ręce jakby płakał jeszcze, lub na świat patrzeć nie chciał.
W szałasie ulepionym z gałęzi i gliny, pokrytym gałęziami, ciasnym, bez podłogi, bez okna, był tylko dzban, którym z bliskiego źródła czerpał wodę i trochę słomy w kącie. Z dwóch gałęzi z kory odartych biały krzyż, przybity nade drzwiami, drugi i trzeci taki na przeciwnych ścianach, wisiały. Trochę węgli i popiołu dowodziły, że w jednym kącie szałasu ogień się czasem palił.
Zapytywany przez ciekawych starzec, odpowiadał krótko i jakby niechętnie, ale z największą pokorą; gdy mu przejeżdżający żydzi urągali, nigdy znaku niecierpliwości nie okazał; milczał na ich szyderstwa, jak milczał na zapytania i litujące się wyrazy.
W wielkie uroczystości kościelne, stary brał za kij i odmawiając modlitwy, boso szedł ku miastu, które mijał nie zatrzymując się, nie oglądając, wchodził do kościoła, padał w kruchcie krzyżem i przeleżawszy nabożeństwo, wracał jak przyszedł, nie podnosząc oczów na otaczający go tłum. Jałmużnę, którą mu dawano, rozdawał od siebie ubogim, zostawując tylko chleb sobie. Znali go też ubodzy i szanowali starego Jana, którego przechodzącego, gęstemi pokłony czcili. Nie raz chciano go w rękę całować, bo lud miał za świętego, pobożnego pustelnika z pod figury, ale nigdy nie dał sobie czci najmniejszej wyrządzić, powiadając:
— Niegodzienem największego grzesznika nóg ucałować.
Ta niesłychana pokora i ostrość życia, potwierdzała wieści chodzące o nim, że miewał widzenia i mógł robić cuda. Ilekroć jednak zażądano jego pomocy, modlitwy, odpowiadał:
— Módlcie się wy za mnie, ja za swoje grzechy, gdybym sto lat żył, odpłakać nie potrafię!
Zjawienie się tego pustelnika pod Lublinem, przed kilką laty, obudziło było uwagę wszystkich, gdyż temi już czasy rzadko widywano pobożnych, coby się na życie anachoretów poświęcali; lecz więcej jeszcze zaostrzyła się ciekawość, gdy nic o jego przeszłości dowiedzieć się nie było można. Czyniono domysły, napróżno, a pytano próżniej jeszcze, bo prócz imienia Jana, którem się nazwał, milczał na wszystko.
— Co wam ztąd przyjdzie, kto jestem? Grzesznik jak wy i gorszy od was wszystkich! Módlcie się za Jana!
Potem uporczywie milczał.
Uważali wszyscy, że mimo iż go nikt nie znał, nikt w okolicy nic nie wiedział zkąd przyszedł — starzec znał wielu, przemawiał do nich po imieniu i zdawał się znać doskonale, nie tylko sąsiednie wsie, do których drogi podróżnym wskazywał, ale miasto same.
Obchodząc kościoły w Wielki Piątek, szedł nigdy niepotykając nikogo, i nie mijając żadnego.
— Musi więc być tutejszy — mówiono. Ale na zapytanie odpowiadał po swojemu: — Jestem grzesznik jak wy, i tej samej ziemi mieszkaniec.
Mowa jego okazywała człowieka nie prostej konduity, i jakkolwiek mało mówił, widać było, że nie zawsze chodził w wytartej opończy i musiał pamiętać lepsze czasy. Niekiedy jakby przypadkiem wyrwało mu się słowo łacińskie i często widywano go modlącego się na księdze.
Co święto, chodząc do fary, spowiadał się, a po spowiedzi, dzień cały nic nie jedząc i nie pijąc, przepędzał w kościele. Dziady wyprowadzali go za kruchtę, gdy drzwi zamykano, naówczas czy słota była czy noc ciemna, szedł nazad do swojej pustelniczej chaty, i nazajutrz rano go widziano klęczącego u murowanej figury.
Z początku wielka przybyciem pustelnika obudziła się ciekawość i wezwała go władza duchowna, której tyle tylko co innym odpowiedział; nareszcie zapomniano o nim i dano mu pokój, przejeżdżający tylko rozpytywali go o drogę, którą im rozpowiadał i rzucali jałmużnę.
Tak lat kilka upłynęło.
Jednej nocy miesiąca października, słotnej i chłodnej, chmurnej i ciemnej, bez jednej gwiazdy na niebie, gdy wicher wył przeraźliwy, i gałęzie drzew trzeszczały, a reszta liści szeleszcząc spadała na ziemię obijana wiatrem i deszczem — w chacie pustelnika świeciło się mdłe światełko, dym z niej przez otwarte drzwiczki kłębami wychodził.
Na murowanej figurze odbijał się blask wychodzący z chatki i oświecał część drogi. Pomimo wycia wichru i szelestu gałęzi, słychać było jęczący głos modlącego się starca, któren się podnosił, to zniżał i płaczem przerywał.
Jakiś podróżny otulony w płaszcz ciemny, stanął u drzwi i ciekawie ucha nadstawił; a z chatki dawały się słyszeć ciągle, przerywane to burzą, to płaczem, wyrazy:
— Przebaczcie mi! przebaczcie! Nie stójcie przedemną! Ty Stanisławie nie pokazuj mi rany na głowie, noszę ją w sercu; ty żono nie odsłaniaj rozdartych piersi, poszarpałem moje; i ty wdowo nie popychaj córki, cień jej przytomny mi zawsze. A! to twarz blada Szczuki, i krwawa rana! Zlitujcie się nademną! zlitujcie! przestańcie stać mi przed oczyma, pokutowałem, pokutuję, płaczę, żałuję za wszystko! Przebaczcie mi. Nie stójcie przedemną!,
— W imie Ojca i Syna i Ducha Świętego, oddalcie się! A! stoją! Przyszli za Bożym rozkazem, nie odpędzę ich krzyżem! Zlitujcie się! zlitujcie! Weźcie mi życie! Zadługo je i tak noszę, za długo cierpię i wymodlić śmierci nie mogę i umrzeć nie potrafię. A! gdyby umrzeć!
Tu jęknął starzec, padł twarzą na ziemię i szlochał, potem podniósł się i modlić zaczął.
— Panie Boże, ulituj się nad nędzą moją i weź mnie z tego świata. Przyjmij pokutę moją, oddal z przed oczów te mary, niech nie widzę ich wejrzeń, ich ran, ich łez, niech mnie opuszczą nierozłączni towarzysze, Panie Boże, ulituj się nademną!
I znowu modlił się, podniósł głowę i zakrył oczy.
— Zawsze oni przedemną. Wszyscy i jednego nie brakuje, wszyscy, których zabiłem, zdradziłem! przedałem, zamęczyłem! Jeszcze płyną rany, jeszcze sączą się łzy. Tyle lat i wszystko jakby wczoraj się stało! Tyle lat pokuty i jednej plamy nie zmazałem, jednej nie starłem zgryzoty!
Począł się modlić po cichu i płakać znowu. Podróżny w ciemnym płaszczu stał ciągle u drzwi chaty, mimo deszczu i wichru, przykuty do progu ciekawością i strachem. Nareszcie widział jak stary powstał spokojniejszy po modlitwie i zdawał się Panu Bogu wznosząc ręce dziękować, oddychał.
— Tak! tak! czuję — mówił do siebie: — czuję że umrę: oni poszli. Sprawiedliwości Bożej, miłosierdziu Bożemu dosyć, bo za tyle grzechów, czemże moja pokuta? Umrę. Ich już nie ma przedemną — znikli! Dzięki ci miłosierny Panie! Chciałbym się wyspowiadać, chciałbym publiczną uczynić pokutę, jak były jawnemi grzechy, a nie mam siły zwlec się do miasta, nogi mi drżą i podnieść się na nie nie potrafię. Bóg łaskaw ześle mi kogo.
To mówiąc posłyszał parskanie koni u drzwi chaty i zawołał:
— Kto tam?
— Podróżny!
— Chrześcijanin? Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki wieków. Amen.
— Dokąd jedziecie?
— Do Lublina.
— Dajcie mi ostatnią jałmużnę.
— Jakiejże chcecie?
— Jedźcie do Kapucynów i proście ojca Serafina, niech mnie przyjdzie wyspowiadać, czuję śmierć moją blizką; powiedzcie mu, że chcę spowiadać się przed ludem i odkryć imię moje, grzechy moje, aby okazać że nie ma bezkarności na ziemi, że nie ma szczęścia dla złych! Proście go odemnie, od Jana z pod figury. Uczyńcie to dla miłości Bożej!
— Głos wasz znajomy mi — rzekł podróżny.
— Jedźcie, jedźcie zaklinam! czuję chłód przeszywający mi ciało, to śmierć nadchodzi. Proście ojca Serafina, proście go odemnie! Niech pospiesza!
— Tyś ten, którego zwano w Lublinie Malepartą? — spytał podróżny — poznałem cię po głosie i po modlitwie, którą słyszałem.
Pustelnik westchnął.
— Nie wspominajcie przeszłości, którą bym rad zapomnieć na zawsze! Któż wy jesteście? Jeżeli jeden z tych com ich w grzesznem życiu mojem ukrzywdził, przebaczcie mi!
— Niech Bóg przebaczy, jak ja ci przebaczam!
— Kto jesteś?
— Na co ci wiedzieć! Jadę po ojca Serafina. Bóg z tobą!
I koń spięty ostrogami, poczwałował drogą ku miastu, a wkrótce burza i wicher tentent zagłuszyły.
Pustelnik został sam jeden, w kącie chaty leżąc na słomie, modlił się całą tę noc słuchając wichru burzy, szelestu liści, bicia deszczu w ściany, lękając się śmierci, której pożądał wprzódy a bał się teraz aby prędzej od ojca Serafina nie nadeszła. Wiatr wydmuchał ognisko i został w głębokich ciemnościach sam jeden, ale już widma, które go straszyły, nie ukazały się więcej: uczuł stygnące ciało, zamierające serce i sen jakiś cisnący się do oczów. Modlitwą go jednak póki mógł odpędzał, prosząc Boga, aby mu bez spowiedzi nie dał umrzeć.
Burza uciszyła się nadedniem, wypogodziło niebo jesienne, i słońce weszło zimne, blade, ale czyste. Stary wyglądał coraz ku drzwiom, podsłuchiwał czy nie nadchodzi oczekiwany ksiądz. Kilka wozów zaturkotało i przebiegły gościńcem, ale nikt się u chaty nie zastanowił.
Nareszcie w oddaleniu zadzwonił dzwonek maleńki, a na dźwięk jego podniósł się z łoża starzec i czołgając na ręku wypełznął przed chatę. Dzwonek ten oznajmywał mu przybycie oczekiwanego spowiednika. Coraz był bliżej, aż nareszcie ujrzał pustelnik poważnego kapucyna, przed którym biegł chłopiec z latarnią i dzwonkiem w ręku. Za kapucynem ciągnęło się długim sznurem pospólstwo, które na wieść ostatniej spowiedzi pustelnika tłumnie przybywało. Kobiety, starcy, dzieci, dorośli szli modląc się za kapucynem, a wszyscy poglądali niespokojnie ku chatce. Na progu jej postrzegli starca, który w pół klęczał, w pół leżał na ziemi i podniosłszy głowę, wyglądać się zdał niespokojnie.
Ujrzawszy ojca Serafina, pochylił się aż ku ziemi i tak pozostał.
Tłum w oddaleniu zebrał się u figury i głęboko milcząc oczekiwał końca spowiedzi, która długo, przerywana łkaniem i płaczem trwała. Była to spowiedź przedśmiertna, spowiedź z całego życia, ten uroczysty obrzęd katolickiego kościoła, który tak do głębi porusza. Człowiek spogląda w swoją przeszłość, dobywa z niej winy swoje i oskarżając się o nie w pokorze, czyni ostatni rozbrat z grzechem. Na wejściu w inny świat, obiecany, na którego otwarcie sobie nie zasłużył, upokarza się i uznaje niegodnym. Co to za widok, co za poruszający obrzęd.
U bramy życia witany błogosławieństwem, obleczony suknią białą niewinności, ukazuje ją zszarzaną i zbłoconą grzesznik, podartą i pokrwawioną — a kapłan obmytą łzami pokuty, wdziewa ją znowu na niego, tak śnieżną jak była. Obrzęd to pożegnania ze światem, rozczulający, i gdyby wszyscy nieprzyjaciele kościoła, mogli być przytomni konaniu jego synów — nie jeden z nich by się nawrócił. Konać z wiarą w przyszłość i zmazanie grzechów, nie jestże to zdejmować ze śmierci wszystko co w niej strasznego i przerażającego?
Spowiedź się skończyła, ksiądz Serafin powstał i w obliczu zgromadzonego tłumu dał ostatnie pomazanie starcowi; wszyscy z odkrytemi głowy klęczeli wśród drogi, a podnoszące się słońce oświeciło ten rozczulający widok, upokorzonego ludu, siwego pustelnika z wygasłemi już oczyma i drugiego starca, co go na drogę błogosławił.
— Teraz rzekł — podnosząc się pustelnik jakby mu siły przybyły — ostatnią jeszcze dopełnię ofiarę, pamięć moją obarczę wyznaniem winy i nikt z tych ludzi co tu przyszli, widzieć skon sprawiedliwego, nie odejdzie bez nauki, a wielu mną pogardzi! Muszę jednak pozbawić się ostatniej pociechy, pociechy wspomnienia dobrego u ludzi! Nie zasłużyłem na tę nagrodę od nich.
Podniósł się i wyszedł, lud co go widział ledwie się czołgającego przed spowiedzią, wielkim głosem wołać zaczął na cud.
— Nie cud to żaden — rzekł starzec stojąc pod figurą i opierając się o nią: — Bóg mi dał siły, abym ostatniemi słowy naukę skuteczną dla was zostawił. Widzieliście mnie dawniej i znali tutaj zatwardziałym grzesznikiem, bezwstydnym zbrodniarzem: potrzeba było, abyście widzieli pokutę za grzechy i przekonali się, że nawet na tym tu świecie zbrodnia bezkarną nie zostaje. Gryzie zbrodniarza sumienie, męczy pamięć, prześladują widma tych, których pokrzywdził na duszy, na ciele, na mieniu, na sławie.
— Ja jestem ten, któregoście znali, o którym słyszeliście tutaj. Zwano mnie Malepartą.
Tłum cały wykrzyknął dziwnym głosem, szmer dał się słyszeć, nareszcie uciekać poczęli, a on mówił dalej:
— Jawne były grzechy moje, jawna pokuta, ale nikt nie wie, com ucierpiał w sercu za winy moje. Niech mi to Bóg litościwy przyjmie i porachuje. Powiedźcie dzieciom waszym, że zły nabytek nie idzie w korzyść nigdy. Źle nabyta wziętość, majętność, sława, dostatki, rozwieją się bez korzyści i zostawią to co mnie zostawiły: łachman pokrywający utrapienie, zgryzoty, męki niewysłowione. Chwilę człowiek grzeszy, a pokutuje wieki!
— Módlcie się za mnie grzesznego, bo moja godzina przyszła, stanę przed Sędzią sprawiedliwym, a bodaj był miłosiernym duszy mojej.
— Amen! — zawołał ksiądz Serafin klękając i począł modlitwę, którą lud poruszony do żywego za nim powtarzał.
Starzec upadł pod figurą, wyczerpawszy ostatek siły, położył się z rękoma na krzyż złożonemi, zamknął oczy. Podano mu do rąk gromnicę i ojciec kapucyn począł modlitwy nad konającem.
Starzec długo jeszcze ustami poruszał, potem otworzył oczy, spojrzał na wypogodzone niebo, na ludzi otaczających, jakby świat cały żegnał i drżącą ręką kładnąc na piersi znak krzyża świętego, zamknął oczy na wieki.
— Wieczne odpocznienie racz mu dać Panie.
— A światłość wiekuista, niechaj mu świeci, niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.
Odpowiedział lud po cichu.
Ciekawi zbliżyli się wszyscy do ciała, które już zimne leżało u figury, a na twarzy pozostał jeszcze wyraz modlitwy i błagania, jaki miała w chwili rozstania duszy z ciałem.
Natychmiast ruszyli się niektórzy do miasta po trumnę, inni po pogrzebowe potrzeby, po księży. Wniesiono pustelnika do chaty, w której naprędce urządziwszy posłanie z liści, zarzucone płaszczem danym przez podróżnego, co nadjechał na ostatnie słowa starca — położono go na niem. Jedna świeca paliła się w głowach, a ojciec Serafin pokląkłszy odprawił modlitwy nad umarłym.
Tegoż wieczora tłum jeszcze liczniejszy z Lublina i okolic zebrał się u kamiennej figury; przybyli księża, chorągwie i cała pompa pogrzebowa, poświęcono grób w którym chciał spoczywać pustelnik.
Miejsce to było, w którem przed kilkunastu laty zasadzał się na życie nieprzyjaciela, i pogrzeb w niem był pokutą, jak życie tu było dobrowolnem upokorzeniem, dobrowolnie zadaną sobie męczarnią.
Żadnej nie było mowy na pogrzebie, ale mnogość ludu, ale łez wiele i modlitwy wiele. Cztery żółte deszczki wyschłe ciało starca zamknęły — położył się w nich jak skonał z rękami złożonemi na piersi i usty co się zawarły w modlitwie. Nad grobem zrzucono stos gałęzi i teraz jeszcze pobożni odmawiając pacierze za duszę pustelnika Jana, na pamiątkę jego po gałązce zielonej na mogiłę rzucają.
U ludu okolicznego została pamięć Maleparty i ojca Jana pustelnika, opowiadają o nich w Lublinie; a nie mogąc grzesznika z pokutnikiem pogodzić, najczęściej mają ich za dwóch oddzielnych ludzi. Grób pustelnika jest w wielkiem poszanowaniu u ludu, co w rocznicę jego śmierci dawniej odprawiał pielgrzymki do figury. Teraz ten zwyczaj, jak wiele dawnych poczciwych naszych zwyczajów, ustał, pamięć jednak żyje u ludu, i choć figura zmieniła się w stos gruzów, choć chatka upadła i na jej miejscu biały tylko krzyż pobożny ktoś postawił, choć nie wiedzą kto był ojciec Jan pustelnik, jednak o nim starsi prawią młodszym, a przejeżdżając przez jar, każdy zdejmuje czapkę i odmawia:
Wieczne odpocznienie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.