Maleparta (Kraszewski, 1874)/Tom IV/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Maleparta
Tom IV
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI  Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
Zakończenie.

Paryż w ostatnich latach XVIII. wieku wystawiał widok bezprzykładny w dziejach świata, ludzi co postradawszy przytomność, uczucie, przyzwoitość i godność własną, oszaleni, rwali wszystkie węzły wiążące ich z przeszłością i z bliźniemi, węzły wiary, pamiątek, praw i zwyczajów. Runęły naprzód instytucje, padli ludzie co ich strzegli, potem cały dawny porządek, wszystkie stopniowania towarzyskie, nareszcie wiara ojców, pamiątki po nich. Gruzy walono na gruzy, jakby się lękano, że ich jeszcze mało, że jeszcze nie dość na zawalenie ogromnej przeszłości, na zabicie pamiątek — zalano je strumieniem krwi ludzkiej, zarzucono stosami trupów i popiołów. Począwszy od żebraka, do króla, każdy drżał o życie swoje, nie wiedząc za co je wezmą, a bojąc się, aby i ono nie było potrzebne na posadę nowego porządku.
Gdybyśmy nie byli o ścianę jeszcze od tych czasów, gdyby nie żyli ci, co je pamiętają, gdyby tysiąc świadectw nie składało się na potwierdzenie historycznej prawdy: wzięlibyśmy te saturnalja wielkiego narodu za okropny wymysł tych, co je pamięci i wzgardzie potomków podali. Niestety, niepodobna nie wierzyć dowiedzionemu!!
W życiu ludów i historji świata mało jest kart tak dziwnych, tak nieludzkich, tak niewytłómaczonych, mało jest szaleństw straszniejszych. Okrucieństwa i szały Nerona, Kaliguli, Domicyana, prędzej się wytłómaczyć, prędzej pojąć dają. Jeden człowiek mógł dostać zawrotu głowy, pragnienia krwi, żądzy męczarni braci; ale żeby naród cały sympatyzował ze zbrodnią, co lejąc krew, na niej chciała budować nowy jakiś porządek, nowe wymarzone po pijanu instytucje, jest to prawie nie do uwierzenia!
Chwila to znacząca w dziejach świata, czarna, straszna a wielka, na jej tle ognistem i krwawem powstają cienie wielkich ludzi, męczenników, bohaterów, jakich wieki wydać nie potrafiły, wyrobiła je w swojem łonie rewolucja. Prości ludzie znajdują siły iść na śmierć z uśmiechem na ustach, kobiety nie lękają się gilotyny i wyprzedzają do niej, dzieci nawet zmężniały w jednej chwili i łzy nie wylawszy, siadają do wózka, co je wiezie ku wieczności. Wszyscy znajdują odwagę przed śmiercią, powiedzieć prawdę, nie modlą się o życie, wyglądają końca jego z upragnieniem. Jeźli kiedy to w tej chwili ocenić można było dobrodziejstwa wiary. Wszyscy co ją mieli, szli na śmierć, jako pierwsi chrześcijanie, spokojni, pogodnego czoła, uśmiechniętego oblicza; a ci co się jej zaparli, przerażeni, szukali w ostatniej chwili księdza, bo czuli, że bez nadziei wieczności, śmierć by dla nich nadto przerażającą była. Arcybiskup odstępca, co zgorszył wszystkich, stając przed konwencją ze swem bluźnierczem wyznaniem, skazany na śmierć wkrótce potem, spowiadał się na piśmie i prosił o rozgrzeszenie. Mało było tak zatwardziałych, coby idąc pod gilotynę, nie podnieśli myśli ku Bogu. Powtarzam, chwila ta we Francji, kiedy się kraj cały zaparł swej wiary, przez usta oszalałych zbrodniarzy — była dla niej chwilą tryumfu.
Ulice Paryża wystawiały widok osobliwy. Zalane hałastrą najdziwaczniejszych ubiorów i postaci, hałastrą co się wylęgła z rewolucji, jak ze zgnilizny robactwo, co wzięła się nie wiedzieć zkąd i nie wiedzieć gdzie znikła — szumiały, wrzały i ryczały dzień i noc. Tłumy otaczały pałac w którym zasiadała konwencja, grając swój krwawy i pamiętny dramat — drugie zbierały się u ratusza (Hotel de Vill), inne biegały nosząc to głowy zamordowanych mniemanych nieprzyjaciół ludu, to wlokąc po rynsztokach trupy nienawistnych, a wczoraj jeszcze ubóstwianych ludzi; to towarzysząc uroczyście obwodzonym po mieście żywym posągom, dwóch królujących Bogiń, Bogiń wydartych kulisom i doskonale reprezentujących ówczesną wolność i rewolucyjny rozum[1].

Sławne rybaczki paryzkie, pijane, rozczochrane, śpiewając
Ça ira!
tańcowały po ulicach, a komu nie chciało się podać ręki osmolonym tancerkom, wisiał na latarni. Zatrzymywano ludzi, których się mina nie podobała, strój zdał podejrzany, chód zbyt szybki lub powolny, zatrzymywano tych co nie mieli przy sobie karty bezpieczeństwa, zatrzymywano nieprzyjaciół, aby się ich pozbyć na prędce. Zamięszanie, postrach, niepewność o siebie, o familją, o życie, o majętność, panował wszędzie. Można było będąc tylko podejrzanym o podejrzenie (suspect d'étre suspect) pójść pod gilotynę. Rynsztoki płynęły krwią, na latarniach wisiały trupy, a w teatrze grano wesołe komedyjki, a w konwencji prawiono o prawach natury i o oswobodzeniu rodzaju ludzkiego!! Straszniejszego dramatu razem nie odegrał nigdy lud żaden, nie wymarzył artysta. Było to samobójstwo moralne, powolne i niewytłómaczone; Paryż był głową i ręką razem co w serce przeszłości, w serce narodu biła uporczywie, zajadle, wściekle i śmiała się widząc krew lejącą strumieniem.

Ci co mogli uciekali z Paryża tchórzliwie, bezwstydnie, zostawując na pastwę wszystkich co za nimi zostali, woląc unosić na wygnanie głowy, niż bronić się do ostatka szlachetnie i zapobiedz złemu.
Starościna, którąśmy widzieli wyjeżdżającą z Polski, w chwili tej właśnie przybyła do Paryża, kiedy on się wyludniał. Poznała ona po niewczasie, że nie było tu już co robić kobiecie szukającej zabawy i świata, ale w pierwszej chwili i jej jak innym się zdało, że saturnalia poczęte skończą się prędko, że emigranci powrócą i czapkami zarzucą hałastrę rewolucyjną. Tak się odgrażali wszyscy, co wynosili się z Francji, aby grać, pić, a ostatki przeputawszy żebrać za granicą.
Przybywszy do Paryża, zastała go starościna wcale innym, niż się spodziewała. Paryż wrzał, kipiał, szumiał i niecierpliwie rwał słabe więzy ostatnie. Chciała już powracać do kraju, gdy poczynione na prędce znajomości, chwilę ją jeszcze wstrzymały. Miała ona listy do kilku znanych w Polsce domów, co jeszcze nie emigrowały, odwiedziła je i razem z niemi ciesząc się nadzieją rychłego uspokojenia, pozostała. — Młody jakiś Hrabia pierwszy się złapał w sidła Zuzanny, dał uwieść słodkim jej słówkom, wymownym oczom i na wyjeździe za granicę, pozostał dla niej kryjąc się w Paryżu.
Tymczasem rewolucja brała górę; sądzono Ludwika XVI., lub jak go w ówczas nazwano, Ludwika Capet, sądzono wszystkich arystokratów, i arystokratki, łapano podejrzanych, a gilotyna rysowała się już na chmurnem niebie rewolucyjnem. Starościna przerażona losem ofiar septembrowych, chciała już uciekać; ale ucieczka codzień stawała się trudniejszą i hrabia ukrywać się także musiał i oboje nazwiska tylko przemienili. Odprawiwszy sług i pozostawszy z jednym zaufanym starym nieboszczyka Poraja pokojowcem; Zuzanna przeniosła się na mieszkanie w jednę z najplugawszych ulic Paryża, najciemniejszy kąt brudnego domu. Hrabia, który sam jeden z całej swej familji dla Zuzanny pozostał w tymże domu na dole w rzemieślniczej bluzie, udawał prostego wyrobnika, chociaż w nim i ręce i ton mowy i charakter twarzy wydawały wielce jednego z tak zwanych naówczas çi-devant. Ukryci, ostatkami przywiezionych z Polski pieniędzy żyli dość długo i zaczynali już myśleć, że burza przejdzie nietknąwszy ich. Ale nim burza, dotknęła ich nędza. — Hrabia stracił wszystko co miał, Zuzanna przedała resztki swego: wyczerpały się źródła, znajomi, krewni, przyjaciele byli za Renem. Trzeba było począć pracować na życie. A cóż to jest pracować dla tych, co wyobrażenia pracy nie mają i nic nie umieją??
Pierwszy stary Maciej, pokojowiec starosty, o pracy pomyślał; wdział on suknią tragarza i stanął na węgle ulicy, oczekując roboty. On jeden żywił z początku wszystkich: potem młody hrabia, któren dla zabawki niegdy uczył się toczyć, postarał się o robotę u tokarza, mieszkającego niedaleko. Nareszcie starościna została szwaczką utrzymującej magazyn strojów modystki. Ale tu ciężko było grosz zapracować, bo kokarda rewolucyjna była długo jedynym strojem Paryżanek. Nędza blada, okropna nędza, zajrzała im w oczy, hrabia pokłóciwszy się z majstrem, poznany od kogoś na ulicy, ledwo mając czas pożegnać starościnę, zniknął z Paryża. Została sama — okropnie sama, bo stary Maciej wyszedłszy jednego ranku, stratowany końmi czy ludźmi, lub zbłąkawszy się gdzieś nie wrócił. Płakała poglądając na dziecię, które się do niej uśmiechało, drżąc o nie. Nareszcie sprzedawszy ostatek mniej potrzebnych rzeczy i trochę mając grosza, starościna postanowiła uciekać pieszo z Paryża. Ale zaledwie wyszła w ulicę, gdy ją owionął gwar, szum, zamięszanie, postrach ścisnął serce i rozpaczając wróciła nazad do swojej izdebki, łamiąc ręce i nie wiedząc co począć z sobą. Póki było za co kupić chleba i trochę mleka sobie i dziecięciu, siedziała w izdebce, głód ją nareszcie z niej wypędził.
Straszno powiedzieć, do czego doszła potem ta kobieta, którą rozpacz rzuciła w tłum szui ulicznej, między zgraję pijaną namiętnościami wszystkiemi. Kochanka wodzów tłumu, towarzyszka piekielnych ich rozpusty, starościna chleb wydarty na ulicy z rąk przechodniom, ze sklepów piekarzy, nosiła z początku dziecięciu, potem zapomniała o niem, i nie wróciła już do niego. Walała się w tłumie, aż poznana przez kogoś z dawnych swych sług, wydana, uwięziona, poszła z innemi pod gilotynę i śmiejąc się szalonym śmiechem, umarła.
Szczęściem dla dziecięcia, stary Maciej który był kilka dni przytrzymany, i ledwie się z rąk zajadłej szui wyrwać potrafił, powrócił tegoż dnia do domu, kiedy Zuzanna o nim i o dziecięciu zapomniała. Z westchnieniem wziął Alberta na ręce i czekał na matkę; czekał, wyglądał, ale napróżno. Piątego czy szóstego dnia, okrywszy dziecię wyszedł z niem na miasto myśląc mimo wieku, dostać się jeszcze o żebranym chlebie do kraju. — Zaplątawszy się w ulicach, trafił pociągniony tłumem na plac, którego środek zajmowała Bogini gilotyna. Lud ją otaczał plaskając w ręce, rycząc, śmiejąc się i śpiewając swoje ulubione Ca ira!
Właśnie i wózek nadjeżdżał turkocząc, a na nim powiązane ofiary, tego dnia wyznaczone na pastwę śmierci. Stary Maciej zatrzymał się, strachem i ciekawością do miejsca przykuty, obłąkanym wzrokiem patrzał na tych co z zimną krwią wstępowali na deski, aby z nich nie zejść więcej. Byli tam starcy i młode dziewczęta i zgrzybiałe matrony. Jedni modlili się, drudzy śpiewali, inni klęli i narzekali, a chcących mówić do ludu, głos głuszyły bębny gwardji municypalnej.
Patrzał Maciej, a potem nagle zakrył oczy dziecięciu, co same nie wiedząc czego płakało. Na rusztowanie wstępowała Zuzanna z piosnką na ustach, pijana, z rozpuszczonym włosem, odsłonioną piersią i położyła białą szyję na klocu, a głowa odcięta potoczyła się łypiąc otwartemi oczyma.
Stary sługa uciekał nie oglądając się z miasta, przebył Francją o żebranym chlebie, przeszedł Niemcy i nareszcie ucałował płacząc ziemię polską. Tu już znalazł znajomych i przyjaciół, ale pomoc ich była bezskuteczna i obojętną dłonią rzucana. Jedni zapierali się znajomości starosty, drudzy ledwie sobie go przypominając, zbywali starego sługę gołą litością. Książe Kazimierz, do którego drzwi zapukał Maciej, dał mu ledwie, i to przez sługę, kilka czerwonych złotych na drogę. Dowiedziawszy się o losie starościny, pokiwał tylko głową.
Na najętym wozie wjechał płacząc poczciwy stary do Porajowskiego zamku, tuląc przy sobie dziecinę. Zbiegli się ludzie, wszedł zgrzybiały i pijaństwem dobity już rotmistrz, który się chwiał na nogach, nie puszczając flaszy od rana do nocy. Dowiedziawszy się o przyjeździe sługi i dziecięcia wielce się tem zafrasował. Wyobrażał on już siebie dziedzicem majętności Porajów i nie chciał wierzyć aby to dziecko miało być starościny synem. Zfukał Macieja i przepędził, a choć starzy słudzy płakali patrząc na to i odgrażali się na rotmistrza, nie mogli zatrzymać w zamku dziedzica, bo więcej niż p. Atanazego, lękali się młodej jego żony, co i nim i niemi rządziła. Wypchnięty z Porajowa udał się stary sługa do sąsiedniej szlachty, niegdy przyjaciół starosty Poraja; ale długo nikt podjąć się nie chciał sprawy sieroty. Nareszcie jeden litościwszy przyjął do siebie Macieja i dziecię; uczyniono kroki prawne dla odzyskania własności Alberta. Tysiące okazało się trudności, bo dłużnicy ojczystą majętność całkiem już byli prawie posiedli i zagmatwali tak resztę jej, że odzyskać było prawie niepodobna.
Zwrócono się więc do Porajowa i po długim, uciążliwym procesie, któren wygrano, ustąpiwszy rotmistrzowi dwie wsie z klucza, a trzecią sprzedawszy na koszta procesu, pozostał dla Alberta sam zamek z miasteczkiem i wsią jedną, obciążony długiem jeszcze.
Jakie było wychowanie sieroty? Łatwo się domyślicie. Dzieckiem wychowywał się jak los nadarzył, a dorósłszy jak sam chciał, i jak mu namiętności radziły. Ledwie dorosły, resztę majętności na rozpuście stracił — przyszła chwila, że i zamek i wieś i miasteczko zabrali żydzi i lichwiarze. Albert poszedł służyć do wojska, i miał szczęście zginąć w jednej z potyczek, co oręż nasz w ostatnich czasach wsławiły.
A starzy co patrzali na wzniesienie Maleparty lub słyszeli o nim, powtórzyli nie raz, dowiedziawszy się losu syna poczciwe nasze staropolskie przysłowie:

Maleparta — do czarta.
KONIEC TOMU CZWARTEGO I OSTATNIEGO.


Przypisy

  1. Dupe Raison et Liberté. — Wśród tej swobody niewolno było mieć zdania własnego, a pod panowaniem rozumu popełniło się najwięcej olbrzymich szaleństw.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.