Małe kobietki/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.
NIEWIERNE PRZYRZECZENIOM.

Przez cały tydzień panowała w starym domu taka ilość cnoty, że mogłaby się nią obdzielić cała okolica. Było to coś prawdziwie zdumiewającego, gdyż wszyscy zdawali się w niebiańskim nastroju ducha, i wyrzeczenie się siebie weszło w modę. Lecz zwolnione od pierwszego niepokoju o ojca, zaczęły dziewczęta nieznacznie ustawać w chwalebnych usiłowaniach i wracać do dawnego trybu życia. Nie zapomniały swego hasła, lecz obok ufności i pracy, dawały jednak wakacje przymusowi, który je kosztował tak wiele swobody.
Ludka, nie zakrywając ostrzyżonej głowy, dostała kataru, i otrzymała rozkaz siedzenia w domu, póki się jej nie polepszy, bo ciotka March nie lubiła słuchać czytania zakatarzonej osoby. Dogadzało jej to, gdyż energicznie krzątała się po domu, od poddasza do piwnicy, a potem zasiadła na sofie, żeby się leczyć z kataru proszkiem i książkami. Amelka zmiarkowała, że domowe gospodarstwo i sztuka nie dadzą się pogodzić, więc wróciła do „pasztecików z gliny“. Małgosia chodziła codzień do Kingów, lub szyła w domu, albo raczej tak jej się zdawało, bo dużo czasu poświęcała pisaniu długich listów do matki i odczytywaniu depesz z Waszyngtonu. Eliza dobrze się trzymała, czasem tylko popadając w próżniactwo lub smutek. Wszystkie drobne obowiązki spełniała codzień wiernie za siebie i często za siostry, które o swoich łatwo zapominały, i prowadziła dom tak regularnie, że podobny był do zegara, którego wahadło poszło w odwiedziny. Gdy jej było ciężko na sercu z tęskonty za matką lub z obawy o ojca, usuwała się do pewnej skrytki, chowała twarz w fałdach pewnej sukni drogiej i starej, płakała trochę i odmawiała krótką modlitewkę cicho, w głębi duszy. Nikt nie wiedział co ją rozwesela po napadzie smutku, ale wszyscy czuli jak jest słodka i uczynna, — i weszło w zwyczaj udawać się do niej po pociechę lub radę w drobniejszych sprawach.
Nie wiedziały dziewczęta, że ten czas smutku jest próbą ich charakterów, i po pierwszem podnieceniu nabrały pewności, że dokonały dobrego postępku i zasługują na pochwałę. Tak było istotnie, lecz błąd ich tkwił w tem, że przestały dobrze postępować; o czem się przekonały kosztem wielkiego niepokoju i cierpienia.
— Małgosiu, chciałabym żebyś poszła odwiedzić Humlów; wiesz, że mama powiedziała, żebyśmy o nich nie zapomniały, — rzekła Eliza w dziesięć dni po wyjeździe pani March.
— Jestem dziś nadto zmęczona, — odparła Małgosia, kołysząc się wygodnie w fotelu, z szyciem w ręku.
— A ty, Ludko, nie możesz? — spytała Eliza.
— Dla mnie za wietrzno, bo mam katar.
— Zdaje mi się, że prawie ustał.
— Jestem już dosyć zdrowa, żeby wyjść z Arturem, ale nie tyle, żeby się wybrać do Humlów, — powiedziała Ludka ze śmiechem, lecz widać było, że się trochę wstydzi swej niekonsekwencji.
— Czemu sama nie idziesz? — zapytała Małgosia.
— Bywałam codzień, ale najmłodsze dziecko jest słabe, i nie wiem jakby mu radzić. Humlowa chodzi do roboty, a nad niem czuwa Karolinka, ale coraz jest słabsze i słabsze. Zdaje mi się, żeście wy powinny pójść, albo Anna.
Eliza powiedziała te słowa tak serjo, że Małgosia obiecała pójść nazajutrz.
— Poproś Annę o co dobrego do jedzenia i zanieś im sama Elizo, powietrze ci posłuży, — odezwała się Ludka i dodając dla wytłomaczenia się: — Poszłabym, ale chcę skończyć powieść.
— Mnie głowa boli i zmęczona jestem, więc myślałam, że która z was pójdzie, — powiedziała Eliza.
— Amelka zaraz wróci, to pobiegnie za nas wszystkie, — odezwała się znów Małgosia.
— Odpocznę trochę i zaczekam na nią.
Położyła się więc Eliza na sofie, tamte siostry wróciły do swych zajęć, a Humlowie poszli w zapomnienie. Godzina minęła, Amelki jeszcze nie było. Małgosia udała się do swego pokoju, żeby przymierzyć nową suknię, Ludkę pochłonęła powieść, Anna spała przy kominie, gdy Eliza ubrała się pocichu w kapturek, napełniła koszyk okrawkami i resztkami dla biednych dzieci, i wyszła na chłodne powietrze z ociężałą głową i smutnym wyrazem. Późno już powróciła, i niespostrzeżona zamknęła się w pokoju matki. W pół godziny potem, Ludka poszła po coś do „szafki mamy“, i zastała tam Elizę przy skrzynce z lekarstwami. Miała twarz bardzo smutną, oczy zaczerwienione, i trzymała w ręku flaszeczkę kamfory.
— Krzysztofie Kolumbie! co się stało? — zawołała Ludwisia, gdy Eliza wyciągnęła rękę, jakgdyby dla odsunięcia jej, i zapytała żywo:
— Miałaś już szkarlatynę, prawda?
— Kilka lat temu, razem z Małgosią. Dlaczego?
— Powiem ci, — ach, Ludko, umarło dziecię!
— Jakie dziecię?
— Humlowej; skończyło u mnie na kolanach, zanim wróciła do domu! — wykrzyknęła Eliza, łkając.
— Biedaczko! jakie to było straszne dla ciebie! należało mi pójść samej, — powiedziała Ludka i usiadłszy w wielkim fotelu matki, ze skruszoną twarzą wzięła siostrzyczkę na kolana.
— To nie było straszne, Ludko, tylko takie smutne! Odrazu spostrzegłam, że jest słabsze, ale Karolinka powiedziała, że matka poszła do doktora, więc wzięłam dziecko, żeby ona wypoczęła. Zdawało się, że śpi, lecz nagle wydało krótki krzyk, drgnęło, a potem leżało bardzo spokojnie. Próbowałam rozgrzać nóżki, a Karolinka dawała mu trochę mleka, ale się nie poruszyło, i poznałam, że nie żyje!
— Nie płacz, droga! I cóżeś zrobiła?
— Siedziałam, trzymając dziecko ostrożnie, dopóki Humlowa nie przyszła z doktorem. Powiedział, że umarło, i obejrzał Heinricha i Minnę chorych na gardło.
— To szkarlatyna, moja pani, trzeba mię było wcześniej wezwać, — rzekł szorstko.
Humlowa powiedziała mu, że będąc ubogą, sama próbowała wyleczyć dziecię, ale teraz już za późno, więc prosi tylko o pomoc dla dwojga żyjących i liczy na miłosierdzie ludzkie, żeby mu zapłacić. Uśmiechnął się wtenczas i stał się uprzejmiejszy, ale bardzo tam było smutno, i płakałam z niemi, aż nagle obrócił się, kazał mi pójść do domu, i wziąć zaraz belladonny, bo inaczej dostanę szkarlatyny...
— Nie dostaniesz! — wykrzyknęła Ludka, ściskając mocno siostrę z przestraszoną twarzą.
— Ach, Elizo, gdybyś miała chorować, nigdybym sobie nie darowała! cóż my poczniemy?
— Nie lękaj się, może to nie ciężka będzie choroba. Zajrzałam do książki mamy, i zobaczyłam, że się zaczyna od bólu głowy, gardła i tak dziwnego usposobienia jak moje, — więc wzięłam trochę belladonny i już mi lepiej, — rzekła Eliza, przykładając zimne rączki do gorącego czoła i udając weselszą minę.
— Żeby choć mama była w domu! — wykrzyknęła Ludka i schwyciła książkę. Wtenczas dopiero dało się jej uczuć jak daleko jest Waszyngton.
Przeczytawszy stronicę, przyglądała się Elizie, dotknęła jej głowy, zajrzała do gardła, a potem rzekła z przejęciem:
— Codzień przebywałaś z tem dzieckiem i z tamtemi, które teraz dostają szkarlatyny, więc boję się, że i ty ją przejdziesz, Elizo. Zawołam Annę, bo ona się zna dobrze na chorobach.
— Nie pozwalaj przychodzić Amelce, ona nie miała szkarlatyny, więc mogłaby się zarazić. A ty i Małgosia, czy nie możecie jej mieć powtórnie? — zapytała z niepokojem.
— Sądzę, że nie; ale mniejsza o to choćbym jej dostała; byłabym słusznie ukarana za samolubstwo, kiedy ciebie tam puszczałam, sama przez ten czas gryzmoląc brednie, pomrukiwała Ludka, idąc do Anny po radę.
Ta poczciwa dusza otrzeźwiła się w jednej chwili i natychmiast wstała, zapewniając Ludkę, że się nie ma czego smucić, bo każdy przechodzi szkarlatynę i nie umiera na nią, skoro jest dobrze leczony. Ludka wierzyła w to wszystko i z wielką już ulgą poszła z Anną do Małgosi.
— Powiem wam co zrobimy, — rzekła Anna po obejrzeniu i wybadaniu Elizy, — wezwiemy doktora Banga, żeby cię zobaczył, moja droga, i żeby osądził, czyśmy się dobrze wzięły do rzeczy; potem wyprawimy Amelkę na jakiś czas do ciotki March, by ją stąd oddalić, a jedna z was, moje panienki, może zostać w domu, i zabawiać Elizę dzień lub dwa.
— Ma się rozumieć, że ja zostanę jako najstarsza, — odezwała się Małgosia z widocznym niepokojem i z wyrzutami sumienia.
— Z mojej przyczyny jest chora, więc ja zostanę przy niej. Obiecałam mamie spełnić jej zlecenie, a nie dotrzymałam słowa, — rzekła Ludka stanowczo.
— Którą z nich wolisz, Elizo? tylko jednej tu potrzeba, — powiedziała Anna.
— Chciałabym Ludkę, — rzekła Eliza z zadowoloną twarzą, i oparła się główką o siostrę, rozstrzygając tem kwestję.
— Pójdę powiedzieć Amelce, — odezwała się Małgosia trochę obrażona, lecz rada przytem, bo nie lubiła dozorować chorych, a Ludka miała w tem upodobanie.
Amelka z uporem i z gwałtownem uniesieniem odpowiedziała, że woli mieć szkarlatynę jak pójść do ciotki March, Małgosia przekonywała ją, prosiła i rozkazywała, ale wszystko było daremne, zapewniała, że nie pójdzie. Zrozpaczona Małgosia udała się do altany z zapytaniem co robić. Nim powróciła, Artur wszedł do bawialnego pokoju i zastał Amelkę szlochającą, z głową schowaną w poduszkach sofy. Opowiedziała mu całą historję, spodziewając się pociechy, ale on z rękami w kieszeniach chodził tylko wkoło pokoju, gwizdał zcicha i ściągał brwi w głębokiem zamyśleniu. Następnie usiadł obok niej i rzekł z przymileniem:
— Bądź rozsądną kobietką i zrób o co cię proszą; zamiast płakać, posłuchaj jaki mam wesoły plan. Pójdziesz do ciotki March, a ja codzień będę cię zabierał na przejażdżkę lub na przechadzkę, i będziemy się doskonale bawić. Czy to nie lepiej, niż smucić się tutaj?
— Nie chcę, żeby mię stąd wyprawiano w taki sposób, — odezwała się Amelka z urazą.
— Bóg z tobą, moje dziecko, to dla twego dobra. Wszakże nie chciałabyś chorować?
— Nie chciałabym, ale wiem, że się rozchoruję, bom ciągle była z Elizą.
— Powinnaś się oddalić natychmiast, żeby tego uniknąć. Jestem pewny, że przy zmianie powietrza i ostrożności, ochronisz się jeżeli nie od choroby, to przynajmniej od ciężkiego jej przebiegu. Radzę ci usunąć się jak najprędzej, bo ze szkarlatyną niema żartu, moja panno.
— U ciotki March tak nudno, i ona taka przykra, — rzekła Amelka z przestrachem.
— Nie będzie nudno jak codzień zajrzę, przyniosę wiadomości o Elizie, i wezmę cię na pohulankę. Stara jejmość mię lubi, i będę się starał być dla niej tak grzecznym, że nam nie będzie dokuczać, choćbyśmy nie wiedzieć co robili.
— Czy będziesz mnie woził omnibusem?
— Daję ci na to słowo gentlemana.
— Codzień przyjdziesz?
— Przekonasz się, czy kiedy niedopiszę.
— I zabierzesz mię, jak tylko Eliza będzie zdrowa?
— W tej samej chwili.
— A do teatru będziesz mnie brał?
— Do dwunastu teatrów, jeżeli się da.
— Kiedy tak, zdaje mi się, że pójdę, — rzekła zcicha.
— Poczciwa z ciebie dziewczyna! Powiedz Małgosi, że jej usłuchasz, — rzekł Artur dając klapsa dla zachęty, co ją bardziej jeszcze obraziło, jak słowa „że jej usłuchasz“.
Małgosia i Ludka zbiegły na dół, żeby się przyjrzeć cudowi, a Amelka, której się zdawało, że nabiera wielkiego znaczenia, i że się poświęca, obiecała pójść do ciotki, jeżeli doktór powie, że Eliza będzie chora.
— Jak się ma to drogie dziecko? — spylał Artur, bo Eliza była jego pieszczotką, i więcej czuł niepokoju, niż go okazywał.
— Leży na łóżku mamy i lepiej się czuje. Śmierć tego dziecięcia zrobiła na niej wrażenie, i musiała się zaziębić biedna siostrzyczka; Anna tak samo sądzi, ale wydaje się tak osłabioną, że mię to zatrważa, — powiedziała Małgosia.
— Jakże męczący jest świat! — rzekła Ludka, nastrzępiając sobie włosy niecierpliwie. — Zaledwie wydobyłyśmy się z jednego zmartwienia, następuje drugie. Niema się nawet na kim wesprzeć, odkąd mama pojechała; tak mi też jest, jakgdyby mną kołysało morze.
— Nie rób że ze siebie jeża, to do niczego niepodobne. Ugładź perukę, moja Ludko, i powiedz czy mam telegrafować do mamy, albo przedsięwziąć jaki inny krok? — spytał Artur, który się nie mógł z tem pogodzić, że jego przyjaciółka pozbyła się jedynej ozdoby swojej.
— To mię właśnie trapi, — powiedziała Małgosia, — według mnie, powinnyśmy ją zawiadomić, jeżeli Eliza rzeczywiście chora, ale Anna utrzymuje, że nie trzeba, bo mama nie może odjechać od ojca, więc ją tylko nabawimy trwogi. Eliza nie będzie długo chorować, Anna wie co przy niej robić, a mama powiedziała, żeby jej słuchać; musimy przeto iść za jej zdaniem, ale mnie się ono nie wydaje trafnem.
— Hm, sam nie wiem co powiedzieć; a gdybym się spytał dziadka, po bytności doktora?
— Dobrze; Ludko, idź zaraz po pana Banga, — rozkazała Małgosia. — Nie możemy nic postanowić, póki on nie przyjdzie.
— Zostań Ludko; ja będę waszym posłańcem — rzekł Artur, biorąc za kapelusz.
— Bałam się, że masz zajęcie, — odezwała się Małgosia.
— Żadnego, bo już odrobiłem dzisiejsze lekcje.
— Czy uczysz się podczas wakacji? — spytała Ludka.
— Idę za dobrym przykładem sąsiadek, — odpowiedział, wybiegając z pokoju.
— Wielkie nadzieje pokładam w moim chłopcu, — rzekła Ludka, przyglądając się z zadowolonym uśmiechem, jak Artur przeskakuje płot.
— Bardzo dobrze postępuje, jak na chłopca, — odpowiedziała Małgosia niezbyt mile, bo ją to nie wiele obchodziło.
Doktór Bang przyszedł i powiedział, że Eliza ma symptomaty szkarlatyny, lecz ją może przejść łatwo. Jednakże niezadowoloną miał minę słuchając historji o Humlach; Amelkę zalecił usunąć natychmiast i zaopatrzył ją w środki ubezpieczające. Wyszła zatem jaknajśpieszniej z domu pod strażą Ludki i Artura.
Ciotka March przyjęła ich ze zwykłą sobie gościnnością.
— Czego znowu chcecie? — zapytała spoglądając ostro z ponad okularów, a papuga siedząca na poręczy jej krzesła, krzyknęła:
— Idź precz! tu nie wolno przychodzić chłopcom!
Artur usunął się do okna, Ludka zaś opowiadała co u nich zaszło.
— Mogłam się tego spodziewać, kiedy wolno wam włóczyć się do ubogich. Amelka może zostać i być tu użyteczną, jeżeli nie zachoruje; ale nie wątpię, że się tak stanie, zupełnie na to wygląda. Nie płacz dziecko, nie cierpię szlochania.
Amelka była bliską płaczu, ale Artur znienacka pociągnął papugę za ogon, skutkiem czego Polly wrzasnęła z takiem zdumieniem i tak zabawnie: „Niech będą błogosławione moje buty!“, że się dziewczynka roześmiać musiała.
— Co matka donosi? — mrukliwie zapytała jejmość.
— Ojciec daleko zdrowszy, — odpowiedziała Ludwisia, powstrzymując śmiech.
— Doprawdy? Sądzę, że to nietrwałe polepszenie, bo March nigdy nie miał wiele żywotnych sił, — odpowiedziała mile.
— Ha! ha! nie mów nigdy o śmierci, zażyj niuch tabaki, bądź zdrowa! — wrzeszczała Polly, tańcząc na grzędzie i gryząc czepek jejmości, gdy Artur szczypał ją z tyłu.
— Powstrzymaj język, ty zuchwały ptaku! a Ludka niech zaraz pójdzie do domu, bo nieprzyzwoicie jest włóczyć się o późnej godzinie z takim pustym chłopcem jak...
— Powstrzymaj język, ty zuchwały stary ptaku! — krzyknęła znów Polly spadając na krzesło, i zaczęła dziobać „pustego chłopca“, który trząsł się ze śmiechu, posłyszawszy te słowa starej jejmości.
— Zdaje mi się, że nie wytrzymam tutaj, ale spróbuję, — pomyślała Amelka, zostawszy sama z ciotką March.
— Idź sobie! straszydło, — wrzasnęła Polly, a biedna Amelka nie mogła się wstrzymać od szlochów, słysząc tę gburowatą mowę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.