Małe kobietki/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.
PONURE DNI.

Eliza dostała szkarlatyny daleko cięższej, niż przypuszczano, oprócz Anny i doktora. Dziewczęta nie były obeznane z chorobami, a pana Laurence nie wpuszczano tam; Anna robiła zatem co chciała, zwłaszcza, że doktór Bang zarzucony praktyką, czynił wprawdzie co mógł, lecz w wielu rzeczach spuszczał się na doskonałą dozorczynię. Małgosia nie chodziła do państwa Kingów, żeby nie zarazić ich dzieci, i prowadzić gospodarstwo; bardzo była niespokojna i czuła się trochę winna, że nie wzmiankuje w listach o chorobie Elizy. Nie mogła tego uważać za dobre, że oszukuje matkę, ale miała zalecone ulegać Annie, która słuchać o tem nie chciała, by „zawiadomić panią March i nabawić ją trwogi, dla takiej fraszki“. Ludka dni i noce poświęcała siostrze; nie był to ciężki trud, bo Eliza bardzo była cierpliwa i znosiła ból bez skargi, póki mogła panować nad sobą. Lecz przyszedł czas, kiedy w paroksyzmach gorączki zaczęła mówić chrypliwym, urywanym głosem, grała na kołdrze, jakby na swym ulubionym fortepianie i próbowała śpiewać z tak zapuchniętem gardłem, że w niem nie było już dźwięku. Nie poznawała nikogo, nie nazywała otaczających osób właściwem imieniem i błagalnie wołała matkę. Wówczas Ludka zlękła się, Małgosia prosiła o pozwolenie napisania prawdy, i nawet Anna mówiła, że „pomyśli o tem, chociaż niema jeszcze niebezpieczeństwa“. List z Waszyngtonu powiększył ich niepokój, pan March wpadł bowiem w recydywę, i nie mógł słyszeć o prędkim powrocie do domu.
Jakże ponure wydawały się teraz dni, jak smutny i opuszczony był dom, i jak ciężko było dziewczętom na sercach, gdy im czas schodził na pracy i oczekiwaniu, a cień śmierci unosił się nad ogniskiem tak niegdyś szczęśliwem. Małgosia często w samotności skrapiała robotę łzami, myśląc nad tem jak była bogatą w rzeczy cenniejsze, niż zbytki otrzymywane za pieniądze: — bo w miłość, opiekę, spokój i zdrowie, te błogosławione dary życia. Ludka pędziła życie w przyciemnionym pokoju cierpiącej siostrzyczki, i smutny jej głos ciągle brzmiał jej w uszach. Nauczyła się oceniać piękną i słodką naturę Elizy. Przekonała się jak głębokie i tkliwe miejsce zajmuje we wszystkich sercach, z jakiem wyrzeczeniem się siebie żyje dla innych i uszczęśliwia cały dom, objawiając te proste cnoty, które każdy może posiadać i powinien miłować więcej niż talent, lub urodę. Amelka na swem wygnaniu, serdecznie pragnęła być w domu, żeby coś zrobić dla Elizy, czuła, iż żadna praca nie byłaby zbyt ciężka i nużąca. Przypominała sobie z żalem i smutkiem, jak wiele zaniedbanych robót wykonywała za nią chętnie siostrzyczka. Artur błąkał się po domu, jak pokutująca dusza, a pan Laurence zamknął wielki fortepian, bo nie mógł znieść przypomnienia młodej sąsiadki, która mu tak uprzyjemniała szarą godzinę. Wszyscy tęsknili za Elizą: mleczarz, piekarz, korzennik i rzeźnik zapytywali o jej zdrowie. Biedna Humlowa przyszła uniewinnić swą niebaczność i prosić o całun dla Miny; sąsiedzi przysyłali pozdrowienie i życzenia, i nawet osoby, znające najlepiej Elizę, dziwiły się, że mimo nieśmiałości zjednała sobie tak dużo przyjaciół.
Tymczasem ona leżała na łóżku ze starą Joanną, bo nawet będąc nieprzytomną pamiętała o swej nieszczęśliwej protégée. Tęskniła do kotów, ale nie chciała, żeby je przynoszono z obawy że zachorują, i w spokojniejszych chwilach trwożyła się o Ludkę. Przesyłała czułe pozdrowienia Amelce, prosiła, aby pisano do matki, że wkrótce odbierze od niej list, i często kazała sobie podać ołówek i papier na próbę, żeby ojciec nie przypuszczał, że go zaniedbała. Lecz niedługo ustały nawet te krótkie błyski przytomności, i godzinami leżała rzucając się w tę i w ową stronę z bezładnemi słowy na ustach, lub wpadała w ciężki i nieorzeźwnający sen. Doktór Bang bywał dwa razy dziennie, Anna siadywała po nocach, Małgosia miała w stoliku przygotowany telegram do wysłania w każdej chwili, a Ludka nie ruszała się od łóżka Elizy. Pierwszy grudnia był prawdziwie zimowym dniem dla nich, dął bowiem silny wiatr, padał gęsty śnieg, i rok zdawał się chylić ku śmierci. Gdy doktór Bang przyszedł owego ranka, długo patrzył na Elizę, trzymał chwilę gorącą rączkę i położył ją ostrożnie, mówiąc cichym głosem do Anny.
— Jeżeli pani March może odstąpić męża, to lepiej ją wezwać.
Anna skinęła głową w milczeniu, bo usta jej drgały nerwowo; Małgosia padła na krzesło, jakgdyby ją odbiegły siły; Ludka stała chwilę z bladą twarzą, wybiegła potem do bawialnego pokoju, schwyciła telegram, i zarzuciwszy na siebie ubranie, wyszła żywo na wzburzone powietrze. Wkrótce wróciła, i gdy pocichu zdejmowała okrycie, nadszedł Artur z listem donoszącym, że panu March znowu się polepszyło. Przeczytała go z wdzięcznością, lecz ciężar przygniatający jej serce był tak widoczny i twarz tak zgnębiona, że Artur zapytał z niepokojem:
— Co to jest? czy się Eliza ma gorzej?
— Wezwałam mamę, — rzekła Ludka, ściągając gwałtownie gumowe kalosze, z tragicznym wyrazem twarzy.
— Bóg z tobą, Ludko! czyś to zrobiła sama przez się? — zapytał Artur, — poczem posadził ją na krześle w sieni i zdjął uparte obuwie, widząc że jej ręce drżą.
— Nie, doktór zalecił.
— Ach Ludko, wszakże nie jest tak źle! — wykrzyknął z przerażeniem.
— Owszem; nie poznaje nas, nawet nie mówi o stadach zielonych gołąbków, jak nazywała zazwyczaj liście na ścianach. Niepodobna jest do siebie, a tu niema z nikąd pomocy; rodzice odjechali, a Bóg zdaje się tak daleko, że go znaleść nie mogę.
Łzy spływały po licu biednej Ludki i wyciągnęła rękę bezsilnie, jakgdyby szukając czegoś w ciemności; Artur ujął ją w swe dłonie, szepcąc o ile pozwalało ściśnięte gardło.
— Ja tu jestem, wspieraj się na mnie, Ludko droga!
Nie mogła mówić, ale „wsparła się“, ciepły uścisk przyjaznej ręki ludzkiej pocieszył zbolałe serce i zdawał się prowadzić ją bliżej do boskiego ramienia, które jedynie mogło ją wesprzeć w strapieniu. Artur pragnął powiedzieć coś tkliwego i pocieszającego, ale nie znajdował odpowiednich słów, stał więc w milczeniu, mile głaszcząc jej spuszczoną głowę, jak matka zwykła czynić. Nie mógł zrobić nic lepszego, to ją daleko bardziej ukoiło jak najwymowniejsze słowa, bo odczuła niemą sympatję i poznała słodką pociechę, jaką przywiązanie przynosi w smutku. Prędko obtarła łzy, które przyniosły jej ulgę, spojrzała z wdzięcznością i rzekła:
— Dziękuję ci Teodorku, teraz mi lepiej; już nie jestem tak zgnębiona i będę się starała przyjąć z poddaniem ten cios, jeżeli nastąpi.
— Miej lepszą nadzieję, to ci ulgę sprawi, Ludko. Mama niedługo przybędzie, a wtenczas wszystko dobrze pójdzie.
— Takam uszczęśliwiona, że ojciec zdrowszy! teraz nie będzie jej tak przykro odjechać! Ach mój Boże! tak mi jest, jakgdyby się tu wszystkie niedole nagromadziły, a najwięcej na moich barkach, — rzekła Ludka z westchnieniem, rozciągając wilgotną chustkę na kolanach, żeby wyschła.
— Czy Małgosia nie jest ci pomocną? — zapytał Artur z oburzeniem.
— Owszem, usiłuje; ale ona nie tyle kocha Elizę i wcale nie będzie tęsknić. Eliza jest moim sumieniem, i nie mogę jej się wyrzec, nie mogę! nie mogę!
Chowając twarz w mokrej chustce, płakała Ludka rozpaczliwie, choć dotąd była mężna i nie wylała ani jednej łzy. Artur przecierał oczy, ale nie mógł przemówić, póki nie przeszło dławienie w gardle, i póki usta nie przestały drgać. Może to nie przystawało mężczyźnie, ale się nie zdołał powstrzymać. Gdy szlochanie Ludki zaczęło ustawać, rzekł dodając jej otuchy: — Nie przypuszczam, żeby umarła; taka jest dobra, i wszyscy ją tak bardzo kochamy, że jeszcze jej Bóg nie zabierze.
— Dobre i kochane osoby zawsze umierają, — rzekła z jękiem Ludka, lecz przestała płakać, bo słowa przyjaciela ukoiły ją mimo zwątpienia i obawy.
— Biedna dziewczynko, zmęczona jesteś! Taka rozpacz nie leży w twoim charakterze. Przestań płakać, ja cię czemś wzmocnię.
Pobiegł na górę, przeskakując dwa schody naraz, a Ludka oparła znużoną głowę na ciemnym kapturku Elizy, którego nie zdjęło ze stołu, gdzie go położyła. Musiał mieć w sobie magiczną siłę, bo uległe usposobienie jego łagodnej właścicielki zdawało się wstępować w Ludkę. Gdy Artur powrócił spiesznie z kieliszkiem wina, przyjęła go z uśmiechem i rzekła pewnym głosem: Piję zdrowie mojej Elizy! Dobry z ciebie doktór i pocieszający przyjaciel! Teodorku, jak ja ci się odpłacę? — dodała, gdy wino orzeźwiło jej ciało, zarówno jak życzliwe słowa uspokoiły wzburzoną duszę.
— Przyślę kiedy rachunek, a dziś wieczorem dam ci coś takiego, co lepiej rozgrzeje skorupę twego serca niż kwarta wina, — odpowiedział Artur i patrzył na nią z jakąś poskramianą radością.
— Co to jest? — wykrzyknęła zdziwiona, zapominając w jednej chwili o swej boleści.
— Telegrafowałem wczoraj po mamę, a Brooke odpowiedział, że niezwłocznie wyjedzie i stanie tu dziś wieczorem. Teraz już wszystko dobrze pójdzie. Czy się nie cieszysz, żem tak zrobił?
Artur wypowiedział to wszystko bardzo szybko i w jednej chwili zaczerwienił się i rozgorączkował, taił bowiem swój spisek z obawy, że dziewczęta będą niezadowolone, lub że to zaszkodzi Elizie. Ludka zbladła, zerwała się krzesła i gdy mówiąc nachylił się, zelektryzowała go, obejmując za szyję, i wołając: — Ach, Arturze! taka jestem uszczęśliwiona! Przestała płakać, jakgdyby straciła zmysły, skutkiem tej nagłej wiadomości. Artur, chociaż niezmiernie zdumiony, zachował się bardzo przytomnie, głaskał jej rękę dla uspokojenia i widząc, że przychodzi do siebie, lękliwie pocałował parę razy, co ją zaraz otrzeźwiło. Chwyciwszy się poręczy, odsunęła go łagodnie i rzekła ciężko oddychając: O, przestań! ja tego nie chciałam! To było okropne z mojej strony, aleś okazał tyle dobroci uczyniwszy to mimo woli Anny, że się nie mogłam powstrzymać i rzuciłam ci się na szyję. Powiedz mi wszystko i nie dawaj już wina, bo gdyby nie ono, z pewnością nie postąpiłabym w ten sposób.
— Wcale się nie gniewam, — odrzekł Artur ze śmiechem, i posadził ją na krześle. Widzisz, zaniepokoiliśmy się obaj z dziadkiem, i zdawało nam się, że Anna przekracza swe prawa, i że matka powinna wiedzieć co się dzieje. Nigdyby nam nie wybaczyła, gdyby Eliza, — gdyby się stało, — rozumiesz. Powiedziałem zatem dziadkowi, że już wielki czas, byśmy co przedsięwzięli, i wczoraj pobiegłem do biura telegraficznego, bo doktór miał ponurą fizjonomję. Anna odebrała mi do reszty otuchę, gdy zaproponowałem wysłanie depeszy, utwierdziła mię w tym zamiarze. Mama przyjedzie z pewnością ostatnim pociągiem, który przychodzi o drugiej; pojadę po nią, ale musisz poskramiać radość i utrzymać Elizę w spokoju, dopóki ta błogosławiona pani nie przybędzie.
— Arturze, tyś anioł! jakże ci podziękuję?
— Rzuć się jeszcze raz w moje objęcia; jakoś mi się to podobało, — odrzekł z figlarną minką, jakiej nie widziano u niego od dwóch tygodni.
— Nie, dziękuję ci, zrobię to przez zastępstwo jak przyjdzie twój dziadek. Zamiast mię dręczyć, idź do domu i połóż się, bo się nie położysz, aż późno w nocy. Niech cię Bóg błogosławi, Teodorku, — niech cię Bóg błogosławi!
Po tych słowach schowała się w kąt, potem szybko pobiegła do kuchni, i usiadłszy opowiadała zebranym kotom, że jest szczęśliwa, ach, taka szczęśliwa! — Artur zaś odszedł z wewnętrznem poczuciem, że dobrze postąpił.
— To największy w świecie wścibski, ale mu przebaczam i mam nadzieję, że pani March przyjedzie w samą porę, — rzekła Anna z ulgą w sercu, gdy Ludka przyniosła jej tę wiadomość.
Małgosi radość była cicha; rozmyślała o liście, podczas gdy Ludka porządkowała w pokoju chorej „dla gościa niespodzianego“. Zdawało się, że powiew świeżego powietrza przeniknął dom cały, że coś lepszego jak promienie słoneczne ogrzało ciche pokoje, i że wszystko odczuło tam szczęśliwą zmianę. Ptaszek Elizy znowu zaczął świergotać na oknie, róża Amelki rozwinęła się do połowy na krzaku, ogień palił się niezwykle wesoło, a zbladłe dziewczęta, ile razy spotkały się z sobą, z uśmiechem ściskały się wzajemnie, szepcąc dla dodania sobie otuchy, mama przyjedzie, moja droga! mama przyjedzie! Wszyscy się cieszyli prócz Elizy, która leżała w ciężkiem odrętwieniu, jakgdyby nieświadoma nadziei, radości, zwątpienia i niebezpieczeństwa. Był to smutny widok: — ta niegdyś różowa twarzyczka tak była zmieniona i wychudła, te niegdyś pracowite rączki tak nieruchome, — a piękne i dobrze utrzymane włosy tak twarde i potargane leżały na poduszce. Cały dzień spoczywała, niekiedy budząc się tylko by szepnąć: „wody“ tak spalonemi usty, że z trudnością mogły wymówić to słowo. Cały dzień Ludka i Małgosia czuwały nad nią troskliwie, z ufnością w Boga i matkę.
Śnieg ciągle padał, silny wiatr dął, a godziny powoli upływały. Lecz nastąpił wreszcie wieczór; ile razy zegar uderzył, siostry, cicho siedzące po obu stronach łóżka, patrzyły na siebie promiennym wzrokiem, bo każda chwila przybliżała pomoc. Doktór zapowiedział, że zmiana na złe lub na dobre nastąpi niezawodnie około północy, i że sam przyjdzie o tym czasie.
Anna, zupełnie pozbawiona już sił, położyła się na sofie u stóp łóżeczka i usnęła. Pan Laurence siedział u siebie, gdyż wolałby patrzeć na buntującą się baterję u siebie, jak na strwożoną twarz pani March, gdy wejdzie do domu; Artur leżał na sofie przed kominkiem, udając, że drzemie, lecz wpatrywał się w ogień z zamyśleniem w swoich słodkich i przejrzystych czarnych oczach.
Dziewczęta nigdy nie zapomniały tej nocy, bo żadna nie zasnęła, czuwając z tem strasznem uczuciem bezsilności, jakie nawiedza nas w podobnych godzinach.
— Jeżeli Bóg ocali Elizę, nie będę już nigdy narzekać, — szepnęła Małgosia z głębi duszy.
— Jeżeli Bóg ocali Elizę, będę się starała kochać Go i służyć mu całe życie, — powiedziała Ludka, równie szczerze.
— Wolałabym nie mieć serca, bo tak boli, — rzekła Małgosia po chwili z westchnieniem.
— Jeżeli życie bywa często tak ciężkie, to nie wiem jak je przetrwamy, — dodała zrozpaczona Ludka.
Wtem zegar wybił dwunastą i zapomniały o sobie wpatrując się w Elizę, gdyż im się zdawało, że zaszła zmiana w jej chudej twarzyczce. W domu było głucho jak w grobie, tylko jęk wiatru przerywał głęboką ciszę. Znużona Anna spała, i nikt prócz sióstr nie widział bladego cienia, który się zdawał padać na łóżeczko. Godzina minęła a nic nie zaszło, tylko Artur pocichu udał się na stację. Druga godzina, — jeszcze nic, biedne dziewczęta zaczęły lękliwie przewidywać zwłokę z powodu burzy, lub co gorsza, wskutek wielkiego nieszczęścia w Waszyngtonie.
Już było po drugiej, kiedy Ludka, stojąc przy oknie zamyślona o tem, jak strasznie wygląda świat w tym śnieżnym całunie, usłyszała ruch przy łóżku i obróciwszy się żywo, ujrzała Małgosię klęczącą z ukrytą twarzą, przy fotelu matki. Straszna trwoga przeniknęła ją zimnym dreszczem, gdy pomyślała: — Eliza umarła, a Małgosia boi się mi powiedzieć.
W jednej chwili wróciła na swoje miejsce, i zdawało jej się, że w chorej zaszła wielka zmiana, gorączkowe rozpalenie i wyraz boleści znikły, a ukochana twarzyczka była tak blada, cicha i głęboko spokojna, że Ludka nie uczuła pociągu do łez, ani do żalu. Pochyliwszy się nad najdroższą ze swych sióstr, serdecznie pocałowała wilgotne czoło i pocichu rzekła: — żegnam cię moja Elizo, żegnam cię.
Jakgdyby przebudzona tem poruszeniem, pośpieszyła Anna do łóżka, spojrzała na Elizę, dotknęła jej rąk, pochyliła się nad ustami, a potem zarzuciwszy fartuch na głowę, usiadła kołysząc się w tę i w ową stronę, — i wykrzykiwała stłumionym głosem, „gorączka ustała, sen naturalny, skóra wilgotna i oddech lekki. Bogu niech będzie chwała! Ach! Boże, zmiłuj się nademną“.
Zanim dziewczęta zdołały uwierzyć w radosną prawdę, doktór przyszedł ją potwierdzić. Był to szpetny mężczyzna, lecz twarz jego wydawała im się niebiańską, gdy patrząc na nie po ojcowsku, rzekł z uśmiechem, — Tak moje drogie, — sądzę, że się ta dziewczyna wydobędzie z biedy. Czuwajcie nad tem, żeby tu było cicho; niechaj śpi, a gdy się obudzi, dajcie jej...
Co miały dać, żadna nie usłyszała, bo się wymknęły do ciemnej sieni i siedząc na schodach, ściskały jedna drugą zbyt uradowane, by się zdobywać na słowa. Wróciwszy po pieszczoty i pocałunki wiernej Anny, zastały Elizę leżącą jak zwykle z twarzą wspartą na rączce; straszna bladość znikła, i oddech miała spokojny, jakgdyby dopiero co usnęła.
— Żeby to mama teraz przyjechała! — rzekła Ludka, gdy zimowa noc zaczęła ustępować.
— Patrz, — powiedziała Małgosia, zbliżając się do białej nawpół rozkwitłej róży, — myślałam, że się zaledwie rozwinie na jutro, żeby ją można dać w rękę Elizie, — gdyby odeszła od nas; ale roztworzyła się w nocy, a teraz włożę ją do wazonika, żeby nasza pieszczotka po przebudzeniu się zobaczyła najpierwej różyczkę i twarz mamy.
Nigdy słońce nie wschodziło tak pięknie, i nikomu świat nie wydał się tak miły, jak ociężałym oczom Małgosi i Ludki, gdy wyglądały o świcie przez okno, po długiem i smutnem czuwaniu.
— To zupełnie czarodziejski widok, — rzekła Małgosia z uśmiechem, patrząc z poza firanki na olśniewający widnokrąg.
— Słyszysz? — krzyknęła Ludka, zrywając się na nogi.
Tak, przy drzwiach na dole odezwał się najpierw dźwięk dzwonków, i wreszcie potem okrzyk Anny, głos Artura, który szeptał radośnie, — dziewczęta! przyjechała! przyjechała!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.