Mędrala

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Mędrala
Wydawca Księgarnia St. J. Zaleskiego i S-ki
Data wydania 1900
Druk Tow. Komand. St. Zaleski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MĘDRALA
POWIASTKA
napisał
WACEK GĄSIOR.
Page36-Pogrzeb Shelleya.jpg
WARSZAWA.
Skład główny w księgarni
St. J. Zaleskiego i S-ki
№ 5. Szpitalna № 5.
1900.

Druk Tow. Komand. St. Zaleski i S-ka, Złota 3.
Дозволено Цензурою.
Варшава, Марта 2 дня 1899 г.





Michał Stęporek był chłopem na schwał. Krępy, przysadzisty, pięć ćwiartek pszenicy na plecy sobie zarzucał, każdą robotę znał, a gdy się rozochocił, sprawniejszego gospodarza nietylko w Słomkowie, ale i na cztery mile wokoło byś nie znalazł. Chałupę porządną miał, gruntu dziesięć morgów, trzy krowiny, dwa konie, cielę, świniaka i coś tam w skrzyni na czarną godzinę.
Żona Stęporka była kobieciną gładką i robotną, dzieciaki chowały się zdrowo. Zdawałoby się, że jeno ptasiego mleka Michałowi braknie. Ale, na własne utrapienie, ona do pracy ochota rzadkim w Stęporku bywała gościem. Przyjdzie orka, siewy, albo i żniwo, z każdego dnia pogodnego należy korzystać, a tu Michała akurat lenistwo obleci i ani rusz w pole nie wyjdzie. Juści urodzaj potem zły, bo i wszystko nie w porę.
Przytem Michał, że to pisane nawet czytał, we wojsku służył i dwa razy sołtysował, o swoim rozumie wiele trzymał i proszony, czy nie proszony rad każdemu udzielał. A niech no przyszło w gminie zebranie, sprawa w sądzie, spór jaki, już ci tam Michał najpierwszy gada i dowodzi za dziesięciu.
We wsi Stęporek zachowanie miał — nie ma co! Bo i świata zwiedził kawał, siła rzeczy widział i słyszał. Bogiem a prawdą, nie bardzo tam Michał tego rozumu się najadł, bo można nie jedno usłyszeć i zobaczyć, a należycie nie pojąć. Lecz Stęporek zawsze był pewny siebie, a już w języku nikt mu placu nie dotrzymał. Na wszystko miał wytłomaczenie i gotową odpowiedź. Czy w sądzie, czy na plebanii, czy u dziedzica, czy przed komisarzem Michał śmiałości nie tracił, rezon go nie odbiegał.
Niech wypadnie gromadzka sprawa w powiecie, czy w gubernii, w komisyi, czy w banku, zaraz Stęporek napiera się do wybranych. Inni takie posłania gromadzkie przyjmowali wówczas, kiedy ich posłano, ale co Michał, to narzucał się sam.
— Michał, — powiada mu żona — a ty po co? Dzień zbałamucisz, na poczęstunek wydasz, a bez ciebie się obejdzie! Ma iść Stanisłaszczyk z Wypychem, to i dobrze! Zrobią bez ciebie, więc się nie napraszaj!!...
— Cichoj kobito — gniewał się Stęporek. — Na ipotece się nie rozumiesz, proszenia wyśtukować nie umiesz, lada czego nie pleć! A juści Wypych potrafiłby! Potrza politykę znać, kogo należy w odezwaniu uhonorować. Ja tam z dziedzicem gadam, z komisarzem gadam, z naczelnikiem gadam, a przyjdzie pora, to i z jelmożnym hubernatorem takoż będę gadać — tak mi Panie Boże dopomóż!!...
— Ale, Michale, przecież Wypych wójtem jest!
— To i cóż? Ty wiesz jedno, ja wiem drugie! Jest wójtem, bom chciał. Bywałem ci ja w stronach, gdzie wójtów wcale nie ma i dobrze! Wielka mi osoba wójt!
Już to Michał nikomu przewodzić nie dał — a gdy uwaga dobrodzieja, pisarza, czy dziedzica do gustu mu nie przypadała, że niezręcznie mu było się upierać, mruczał jeno pod nosem: — ty wies jedno, ja wim drugie!
Skarżyła się Stęporkowa na męża, zabiegała i, jak mogła, dawała sobie radę z jednym parobkiem. Czasami Michał, skoro świt z pościeli się zerwał, przeżegnał się, sukmanę chwycił i w pole się co duchu wyrwał, a robota jeno mu się w ręku paliła, ale znów jak go napadło, to ani weź! Najgorzej, kiedy trzeba było co postanowić, wtedy mędrkowaniu nie było końca. Jeżeli zaś Stęporek nawet i na dobrą myśl wpadł — to, że od gadania do wykonania dalekim był zawsze — myśl myślą zostawała, a kłopot kłopotom.
Zachorowała Stęporkom krowina, jeść nie chciała, ślepia jej zamgliło, trzęsła się i pokasływała. Zafrasował się Michał, sprosił sąsiadów i dawaj radzić.
Jeden mówił to, drugi owo, a każdy zalecał znane i nieszkodliwe środki, wspominając kolejno wiadome mu wypadki bydlęcych chorób.
Na to Stęporek jeno głową kiwał i z politowaniem ruszał ramionami, wreszcie, kiedy stary Luśnia chciał natychmiast zabrać się do ratowania krowiny, Michał na niego zakrzyknął i dalej swoje:
— Wy wiecie jedno, ja wim drugie! Krowina choruje — nie ma co. Ale, wyśta nie konował, żeby się akuratnie na lekarstwie znać! Po licha na niepewne kurować, kiej o pięć wiorst w osadzie weterynarz mieszka!.. Do niego gadzinę odstawię i już!!..
— Sprawiedliwie gadacie — potwierdził Luśnia. — Juści co konował to i praktyk — gdzie nam się z nim równać!... Ale, kiedy nas pytaliście, co robić, to radziliśmy, nie wiedząc, że do konowała iść chcecie.
Nazajutrz Stęporek do weterynarza nie poszedł, krowina do reszty zesłabła i trzeciego dnia nad ranem zdechła.
Zmartwiła się Michałowa i dalej zawodzić, a mężowi wyrzucać, że i sąsiadów nie posłuchał i u konowała nie był. Stęporek się nachmurzył i na żonę.
— Ty wis jedno — ja wim drugie! Sądzono było krowinie zdechnąć — to i zdechła. A jak miała zdechnąć to i konował by jej nie pomógł!!...
— O już byś nie miarkował. Sługowałam we dworskiej oborze, mało się napatrzyłam! Jest konował, czy nie ma — bydlęcia bez poratunku nie zostawiają i choć soli jej dadzą!! O, ja nieszczęśliwa! Czerwonko ty moja, nieboże, już ci jeść nosić nie będę, ani ty mnie mleka dawać!!!...
— Jagna, cicho bądź, kiej zastanowienia nie masz! Krowiny szkoda, bo szkoda, a o mleko się nie frasuj!... Potrza ci go, toć masz dwie szkapiny, to je dój!!...
— Święty Antoni! — Michale, chyba ci się w głowie pokręciło!!...
— Patrzajcie ją! Wiedzże, ciemna kobieto, jako we Krymie, krów cale nie trzymają, jeno kobylska doją!...
— Tfy! Skaranie boskie z tym chłopem, — czego ci on nie wymyśli, a ktoby to w gębę wziął!?...
Stęporek pogardliwie machnął ręką i, mrucząc swoje ulubione — ty wies jedno, ja wim drugie, — wyszedł z chałupy.
Zaczęli przez Słomków budować szosę. Przyszli kupcy i dawaj kamienie we wsi skupować i w okolicach o szaber się dopytywać.
W Słomkowie kamieni było poddostatkiem, przeto kupcy ofiarowywali ceny nie wielkie, bacząc nadto, aby kamień, co najbliżej szosy będący wykupić. Stęporek tuż przy drodze miał ułożoną sporą kamionkę, która mu nawet zawadzała, bo kawał zajmowała gruntu. Przyszedł do niego kupiec raz i drugi — Michał ani słuchać nie chciał o sprzedaży. Żona i sąsiedzi do niego z perswazjami — on, ani rusz, nie chce i mówi:
— Nie bójta się! Przyjdą oni do mnie, przyjdą! Mnie tam nie pilno! Dobytku i dobrości swojej marnować nie myślę. Kamień! To się wam zdaje, że to niby nic! A we Warszawie to za byle furkę dziesięć papierków dają i jeszcze się napraszają! Co mi tam, że pięćdziesiąt rubli mogę mieć, kiej, jak na upór, dwieście mi dadzą, bo i muszą!!..
Tymczasem, budowę szosy w Słomkowie ukończyli, każdy gospodarz kamienie sprzedał, zarobił, a Stęporkowa kamionka przy drodze została.
Już to Michała we wsi wszyscy za mędralę mieli, bo w każdej rzeczy musiał kalkulować, namyślać się i zawsze coś innego przedsięwziąć, niż gromada uradziła.
Zbiorą się gospodarze i powiadają: — nie ma co zwlekać i jutro trzeba siać. — Stęporek ani słuchać nie chce o siewie. Zajęli mu konia w szkodzie na dworskiem, siaki taki namawiał, by Michał do dziedzica poszedł, pokłonił się — to mu pewno szkapinę bez wykupu oddadzą. Stęporek się zawziął. — Co ja, — powiada, — dziad jestem, żebym prosił? Sąd mam i już.
Zaczął się tedy prawować z dworem, a że racyi nie miał, więc sprawę przegrał. Sąsiedzi do niego:
— Widzicie — potrzebne to wam było! Czasu zbałamuciliście, wydatku sobie przysporzyli i jeszcze karę zapłacić musicie!
Michał jeno się odburknął.
— Moiście wy! Ja wim jedno — a wy drugie! To ci mi obrada, sąd we gminie, jakby na świecie apelacyi nie było. Nie bójta się, jeszcze moje na wierzchu będzie!!...
Zaapelował Stęporek do zjazdu sędziów, na adwokata się zapożyczył, więcej niż trzy razy do miasta jeździć musiał i znów sprawę przegrał, z tą różnicą, że zasądzili większe koszta dziedzicowi. Michał jeszcze ustąpić nie chciał i pewno dalej by marnował chudobę na pokątnych doradców i opłaty sądowe, gdyby nie bardzo ważna sprawa, która gruchnęła po Słomkowie i przez czas dłuższy była przedmiotem obrad, rozmów i gawęd wszystkich gospodarzy.
Słomków, jak bardzo wiele wsi naszych, miał serwituty na dworskich pastwiskach i wrzynał się ze wszech stron we dworskie grunta. Stąd ustawiczne zatargi i spory. Ten temu stratował pszenicę, tamten puścił konie w owies, inny rozorał kopczyk graniczny i tak dalej.
Gospodarz, osiedziały na dziewięciu morgach, miał dwie morgi pod lasem, cztery przy wiatraku, dwie około chałupy, a jedną w środku dworskiego pola. Z takiego rozrzucenia gruntów płynęły niesnaski, kłopoty i bałamuctwa. Otóż dziedzic, chcąc położyć kres obustronnemu niezadowoleniu, zwołał gospodarzy Słomkowa i oświadczył im, że chce się z nimi ułożyć. Każdemu za prawo do paśnika, za przebudówkę, za gałęzie wynagrodzić i wszystek grunt w jednym kawale wydzielić.
Gospodarze przemówienia pańskiego wysłuchali, na wieś wrócili i dalej zastanawiać się. Po długich rozprawach zgodzili się na jedno, że jużci byłby duży pożytek grunt wszystek mieć w jednym kawale, przy chałupie — i dozór łatwiejszy i dostęp lepszy, a i mitręgi na jeżdżenie z jednego końca wsi na drugi nie będzie. A przytem, że to dziedzic za przebudówkę, za paśnik i za gałęzie wynagradzać będzie ziemią, przeto każdy sobie dobytku przysporzy i gospodarstwo powiększy. W kilka dni poszła znów gromada do dworu z odpowiedzią i zapytaniem, ile też dziedzic wynagrodzenia przeznacza. Targ w targ stanęło na tem, że każdy gospodarz za przebudówkę dostanie jedną morgę więcej, za gałęzie działkę lasu i za paśnik na każdą krowę po mordze. Grunta będą wydzielone na końcu Słomkowa, pod Pacyną, każdemu w jednej całości, a przenosiny w ciągu roku mają być dokonane.
Stęporek jednak, czy to, że na dwór o ową sprawę w sądzie był zawzięty, czy to, że miał swoją kalkulację za nic się zgodzić nie chciał inaczej, jak żeby mu dano dwa razy tyle ziemi co ma, nie licząc morgów za krowy i paśnik.
Zjechał do Słomkowa komisarz układy zatwierdzić, przybył i jeometra grunta wymierzać, ale Michał ani słuchać nie chciał. Tłomaczyła mu żona, sąsiedzi, wreszcie sam komisarz do zgody namawiał — nic to nie pomogło.
— Co mnie — powiada Stęporek — za niewola! Zachciało się dziedzicowi mego gruntu, niech zapłaci tyle, ile mnie się podoba!
— I cóż wy tu sami na pustkowiu robić będziecie?...
— A toż samo, co i teraz!
Minęło lato i zima, dawny Słomków zaczął się powoli wyludniać. Ten i ów na nowym gruncie chałupę budował, stodółkę stawiał i wkrótce hen, na skraju Słomkowa, wyrastały chaty, błyszczące zdala nowym poszyciem i jaśniejące świeżem bieleniem. I Stęporek ani się nie obejrzał, jak został sam na pustkowiu bez sąsiadów. Markotno mu było i tęskno, ale przed sobą do błędu się nie przyznał, dowodząc głośno, że nie on, ale tamci układu pożałują.
Po pewnym czasie w Michałowej chacie zjawił się karbowy ze dworu i usilnie zachęcał Stęporka do zgody, zapewniając, iż dziedzic skłonny jest do ustępstw i, by się raz na zawsze odseparować i uwolnić od zatargów, chce mu dwie morgi jeszcze dołożyć.
Michał aż do góry podskoczył.
— Przyszła koza do woza! Poczekajcie, jeszcze wy mnie prosić będziecie! Ani pręta jednego nie ustąpię!
— Stęporek — upominał karbowy — nie mędrkuj, bo przemędrkujesz — toż ci się zdaje, że sprawiedliwości nie ma?!... Zobaczysz — żałować będziesz!
— Ho — ho! Niedoczekanie wasze! Jo wim jedno, a wy drugie! Grunt jest mój, akuratnie w ipotece zapisany, a zgoda mi się nie spodobała, bo by mi za tanio wypadła! Znalazło się mendel przygłupich chłopów i już. Ale co Stęporek, to swój rozum ma i byle czego się nie przelęknie!! Mnie dziedzicowych dwóch morgów nie potrza. Chce dać, to niech da ile ja chcę! A że odrazu nie przystał — to niech teraz dołoży mi jeszcze trzy morgi, żeby mi akurat na włókę wypadło!
Karbowy wrócił z niczem do dworu i napozór wszelkie gawędy o układach ze Stęporkiem ucichły, aż to nawet pewnego siebie Michała niepokoić zaczęło.
Naraz stójka z gminy przyniósł Stęporkowi jakiś urzędowy papier. Michał oczom swoim nie wierzył. Był to nakaz, żądający natychmiastowego przeniesienia się Stęporka na grunt wyznaczony przez jeometrę, przyczem przyznawano mu odszkodowania o połowę mniej niż każdemu z gospodarzy, którzy się zgodzili dobrowolnie.
Michał zalterował się i nazajutrz skoczył co żywo do wójta, do sądu, do komisarza, ale wszędzie, rozpatrzywszy papier, odpowiadano mu jedno i toż samo:
— Nie chcieliście słuchać, upieraliście się, nawarzyliście sobie piwa, to go teraz wypijecie. Nakaz wydany sprawiedliwie, nie ma tu co się namyślać, jeno co tchu się wynosić.
Wrócił Michał strapiony i markotny do domu. Z przenosinami nie sporo mu było, bo zima już za pasem, więc pora na wyprowadzkę ciężka. Przytem Jagna mu spokoju nie dawała i słuszne wyrzuty czyniła za upór i nieopatrzność. O wyprowadzce na zimę nie chciała słuchać, żądając, aby Michał dziedzicowi się pokłonił i pozostawienie go do wiosny wyprosił. Niesporo było zebrać się Stęporkowi, ale jakoś fantazyi nabrał i poszedł...
Upłynął rok, albo i więcej, zanim Michał do dawnej pewności siebie wrócił — tylko że, co na zachowaniu, w gromadzie stracił, bo każdy mu jego upór przy separacyi wspominał i „mędralą“ przezywał. Powoli jednak o tem wspomnienie się zatarło, a zostało jeno przezwisko.
Było jakoś na przednówku. Roboty w polu pokończono, a próżne stodoły z upragnieniem wyczekiwały na nowe żytko i pszenicę. Ludzie we wsi zażywali chwilowego wywczasu przed żniwami. Siaki taki się oszczędzał, biedę klepał, byle najprędzej zbiorów się doczekać. Aż tu Kusy Jurek, wróciwszy z jarmarku, na który z dziedzicem o trzy mile jeździł, przybiegł z wieścią, że tylko patrzeć a do Słomkowa przyjdzie jakaś ci ochrona lasu. Poruszyli się właściciele działek leśnych, przemyśliwając, coby to mogło być. Za Jurkiem potwierdził wieść węgier, później pachciarz i organista. Wiadomości było wiele, a każda inna. Jedni mówili, że ochrona miała wszystkie działki leśne chłopom odebrać i dziedzicom oddać, inni, że przeciwnie, wszystkie lasy dworskie pójdą na chłopów, a byli i tacy, co obstawali, że lasy pójdą na skarb. Popłoch straszny powstał w Słomkowie. Gospodarze radzili i nic uradzić nie mogli: Prawdą było, że ochrona leśna miała być, ale co znaczyła owa ochrona, o tem nikt dokładnie nie wiedział.
Stęporek, który także miał swoją działkę leśną, zadumał się na pierwszą wieść o ochronie i, nic nikomu nie mówiąc, do miasteczka poszedł. Po dwudniowej nieobecności powrócił rozradowany i, zwoławszy sąsiadów, taką im rzecz przedstawił:
— Wy wiecie jedno, ja wim drugie! Byle kapcan, na ten przykład, coś niecoś posłyszy, z jęzorem poleci i od rzeczy naopowiada. Że jelmożna ochrona będzie i u nas, że ją tylko patrzeć, toć prawda, bo powiadali właśnie, jako choć parę patyczków w ogrodzie mający, drzewinę wyprzedają na gwałt! W lesie Sokołowskim jeno siekiery dudnią, a co na Podczachach to i wierzbiny nie ostawili, nawet zagajniki pokotem leżą! A to wszystko z wielkiego strachu przed jelmożną ochroną. Bo niby takie zostało prawo wydane, że kto jeno las ma, temu potrza go zabrać, aby nie miał ani patyczka. Tedy, choć się nam wszystkim zdaje, że mamy działki, ale ino patrzeć, mieć ich, na ten przykład, nie będziemy!
Gwałt powstał między zebranymi.
— Nie może być!!... A przecież to bezprawie! Babskie gadanie!!... Głupstwo chyba!!... Et.. mędrala!!...
Stęporek się oburzył.
— Chceta słuchajta — jo wim! Ochrona jelmożna będzie, a lasu nie będzie!... Wierzta sobie, a ja sam wim jak sobie poradzić!!...
— No gadajcie, Michale, gadajcie!! — zawołało kilka głosów.
Stęporek zastanowił się, głową pokiwał i począł uroczystym głosem.
— Ja sobie już poradziłem — nie darmo dwa dni w miasteczku zbałamuciłem... swoją działkę sprzedałem!! I takoż radzę wam, gospodarze, nie zwłóczyć... jeno... do interesu się brać, bo kto się...
Naraz Stęporkowi głos uwiązł w gardle, bo go coś złapało z tyłu za głowę i powaliło na ziemię — to Stęporkowa, zasłyszawszy o sprzedaży lasu, nie mogła gniewu wstrzymać i do męża doskoczyła. Zrobiło się zamieszanie, przerywane wykrzyknikami gromady i wrzaskiem Michałowej.
— A ty odmieńcze, nic dobrego! Duszę djabłu dla głupiego mędrkowania byś zaprzedał!... Las wyrąbać ci się zachciało, gałganie!! Poczekaj, ja ci tego nie daruję!... A masz!...
Starsi pospieszyli rozbrajać powaśnionych małżonków i godzić. Gospodarze, którym z początku sposób Stęporka na ochronę wydawał się bardzo prostym i do wykonania łatwym — drapali się po głowach i stali w niepewności.
Ktoś bąknął, aby do dziedzica, albo lepiej do dobrodzieja, a wreszcie do komisarza na poradę pójść. Już się ci i owi zaczęli wybierać, gdy naraz przed chałupę Michałową zajechał jednokonny wózek rudego Berka. Berek żwawo wyskoczył z wózka i wmięszał się między gromadę włościan, wypytując ciekawie o powód zebrania.
Zjawienie się znanego wszystkim handlarza zbożowego, włóczącego się ustawicznie od miasta do miasta i od wsi do wsi, wywołało ukontentowanie. Już ci taki obieżyświat nie jedno ciekawe o ochronie wiedział!
Żywo więc przedstawili żydkowi w czem rzecz i dawaj go o wyjaśnienie pytać. Berek stał przez chwilę z oczyma bezmyślnie wytrzeszczonemi, pogładził brodę i zaczął, wykrzywiając się i wymachując rękoma.
— Co ja mogę powiedzieć? Ja tu już nic nie mam do powiedzenia! Jak sam pan Michał Stęporek, taki rarytny gospodarz, powiedział, żeby sprzedać, to un ma delikatny rozum! Un ma tak delikatny rozum, co ja sze dżywuje, jak ten rozum może jeszcze w Słomkowie szedżyć!!... Ojej!! Wam się może zdaje, że komu bardzo potrzeba te głupie kilka działke waszego lasu! Co to jest za las! Wam się może zdaje, że ja zaraz kupię od was drzewo?! Ładny interes! Niech moje wrogi takich interesów nie robią! Na sumienie! Dziś nawet wcale nie ma kupca! Dziś każdy chce sprzedać. Dlaczego on chce sprzedać, a bo un chce troszkę uciec od wielkiego nieszczęścia. Bo ja wim, — ja sobie myślę, co ten wasz las, to un już teraz nie jest wasz!...
— Dyć cóż bo tam wygadujecie! — mruknęło naraz kilku gospodarzy — przecież zapisano wszystko akuratnie u rejenta...
— Co to jest u rejenta? Zkąd wy możecie wiedzieć, czy kto nie pójdzie do rejenta i nie każe mu inaczej zapisać?!
— No, no! — zakrzyknął groźnie stary Luśnia — nie zawracalibyście ludziom w głowach!!...
— Jakto zawracali? Czy ja prosiłem kogo, żeby mnie słuchał? Czy ja wam każe sprzedawać!!... Co mnie z te głupie parę chojaki, kiedy ja u dziedzica mogę kupić same dęby, co cztery parobki nie obejmą. Dziękować Bogu, ja jeszcze nie handluję biczyskami, aby od słomkowskich gospodarzy kupować lasy!! Niech une sobie rosną to ochrona może za ładne parę lat doczekać się kilka desek!!...
Gospodarze zaczęli spoglądać na siebie.
Stęporek ujął się pod boki i z dumą patrzył po zebranych a Michałowa, skurczona pod kominem, jeno wzdychała, żałując w duchu, iż niesprawiedliwie na męża napadła.
Śmielszej natury i rezolutniejszy Wypych pierwszy się namyślił i do Berka się ozwał:
— A ileż byście też za moją działkę dali?
— Co ja bym dał? Bo ja wiem, może bym nic nie dał!!...
— Cóż tedy powiadacie!... Milczelibyście i już!
— Jacyście, panie Wypych, gorący! Ojej! Sam ogień! Czy to las to cielę, albo korzec pszenicy?.. Czy ja mogę go wziąć odrazu na postronek i zaprowadzić do domu? Chce pan Wypych cokolwiek za las dostać, to ja wam co powiem. Ja z lasem nie handluję. Mnie nic z tego! Pojedźcie jutro do miasteczka, do pana Rozenhonig, bardzo wielki kupiec, może ma ze cztery kamienice, pokłonicie się ładnie, staniecie do aktu, on może kupi!... Ja go poproszę, ja to zrobię dla parę znajomych gospodarzy słomkowskich! Niech uni wspominają Berka!!...
— To i ja sprzedam! — ozwał się Marcin Stanisławski — i ja... i ja... i ja!! — wołali gospodarze.
Berek głową kręcił i smutnie przewracał białkami.
— Powoli, powoli! Pan Rozenhonig możie nie będzie chciał. Un ma tyle lasy do kupienia... wszystkie dziedzice się proszą... wszystkie chłopy latają... Bardzo szkoda, żeście nie zrobili tak, jak Michał... Un ma delikatny rozum! Ajoj! Un zaraz wszystko skończył i już gotowe — tylko patrzeć, będzie Michał miał nowinę i zrobi sobie las z pszenicy!... Ja się postaram... ja poproszę!! Trzeba tylko, żebyście jutro wszyscy zebrali się w miasteczku!!!...
— Do miasteczka jutro!! Skoro świt!!... Kupą pojedziemy!! — Zadecydowali gospodarze i powoli zaczęli się rozchodzić po chatach z troską wielką w sercu, bo żal im było drzewiny się wyzbywać. Jeden stary Luśnia przekonać się nie dał, czapke na głowę nasunął, na rozdrożu pod krzyżem podumał i powlókł się do dworu. Dziedzica dopytać się było ciężko, bo akurat goście byli, ale że to Luśnia chłop był zawzięty, więc do północka póty się kręcił a zabiegał, aż do dziedzica trafił. Długo coś trwały rozprawy, co dziwniejsza, iż choć noc późna była, dziedzic zaprzęgać kazał do wolantu, Luśnię na kozioł wsadził i dalej jechać do wójta.
Rozbudzono wójta, później pisarza, wysłano dwóch konnych do powiatu i znów cisza zaległa Słomków i Pacynę i urząd gminny.
Na drugi dzień, już o wschodzie słońca, zaczęli zbierać się powoli gospodarze przed chatą Stęporka, bo i on do kompanii się zaprosił. Toczył się wasąg za wasągiem, wóz za wozem. Bez mała cały Słomków wyległ. Bo i kobiety z okazyi korzystając, jechały, która kupić co do gospodarstwa, a która swego pilnować, by zbyt wiele grosza za las nie roztrwonił na libację. Kiedy już miano ruszać, na drodze ukazał się wózek wójta z pisarzem i strażnikiem, a za nim dziedzicowy wolant z Luśnią na koźle. Zdziwili się gospodarze, zkąd o takiej porze wójt przybywał. Lecz zdziwienie ich wówczas dopiero na dobre wszystkich ogarnęło, gdy pisarz zażądał, by natychmiast pozsiadali z wozów, bo są pociągnięci do śledztwa. Co było robić. Zafrasował się jeden, drugi, pomny na ostrzeżenie Berka, aby się nie opóźniać, ale rady nie było.
Przybyli zasiedli w chacie wystraszonego nieco Stęporka. Kiedy już gospodarze się zgromadzili, tłocząc się ciekawie około stołu, zabrał głos wójt.
— Moi gospodarze! Chciano was tu wczoraj oszukać i podstępnie do sprzedaży działek leśnych namówić. Prawda jest, że ochrona leśna będzie lada dzień wprowadzoną, lecz nie dla tego, aby kogo pozbawić jego własności! Ochrona lasu będzie jeno przestrzegała, by drzewa bez rachunku nie wycinać i nie marnować. Aby go ciąć w porę i akuratne poręby corocznie zaprowadzać. Więc ochrona nie jest złem, ale przeciwnie, dobrem, dążącem do utrzymania dobytku leśnego w dobrym stanie. Berek was chciał wczoraj obałamucić i do sprzedaży skłonić, za co też już jest do aresztu wziętym, a wy zeznawać będziecie, jako świadkowie!
Gospodarze w pierwszej chwili oniemieli. Widząc jednak, jak wielkiej biedy uniknęli i że to nie jednemu kamień z serca spadł, bo lasu szczerze żałował, — więc w jednej chwili zahuczało w chałupie Stęporka.
— A gałgan! Przechera! Niech go tam! A i Michał nie lepszy!! Oszukańce!! Do kryminału!! — wołały zewsząd głosy.
Rozpoczęło się badanie. Wszyscy zeznawali jednomyślnie i z ochotą. Kiedy przyszła kolej na Stęporka, ten wyszedł z kąta blady i drżący. Wójt spojrzał nań groźnie i rzekł:
— A wyście, Stęporku, oskarżeni o współwinę, boście także ludzi do sprzedaży namawiali! Jesteście aresztowani i możecie być na wolności przed sprawą tylko za kaucją.
Stęporkowi, jakby kto obuchem w łeb dał. Przybladł jeszcze bardziej, zatoczył się i bez mała na ziemię nie upadł. W gardle mu chrapało, a jęk z piersi się dobywał.
— Ady panie wójcie! Ola Boga! Moja działka, gdzie moja drzewina!?!! O ja nieszczęśliwy! Za co mnie!! Jagna! O... dzieciaki moje serdeczne!!...
Gospodarzom żal się zrobiło Stęporka, ile że widzieli, że w dobrej wierze namawiał. Poszeptali między sobą, otrzeźwili wpół przytomną Jagnę i wysupłali, braknące Jagnie, pieniądze do kaucyi za wolność Michałową.
Przyszła sprawa. Stęporek istne męki cierpiał, bo to i wstyd mu było o kryminał być posądzonym i strach wielki aby go do ciemnicy nie zamknęli. Po długich rozprawach, Berka i onego kupca z miasteczka skazali na więzienie, a Stęporka uwolnili. Lżej się na sercu zrobiło Michałowi i raźno do domu wracał — aż tu naraz zaczęła go druga zmora gnębić; co będzie z jego działką!...
Akt sprzedaży, jaki zawarł Stęporek, był zrobionym dokładnie i nie było dowodu, że i jego Berek otumanił, trwał więc w swojej mocy. Lada dzień przeto spodziewał się Michał, że przyjdą tracze i działkę położą.
Minął jeden miesiąc i drugi. Traczy nie widać, a Stęporek co dnia do lasu zabiega, ręce łamie, obejmuje sosny i z każdą prawie się żegna, to hukając żałośnie, to rozprawiając głośno i zawodząc:
— Oj wy sosenki kochane! Zaprzedałem was niegodny! Na zmarnowanie wydałem! Już wam tu nie szumieć! Nie poratujecie mnie, odmieńca, ani gałązką, ani sworzniem, ani broną!...
Pewnego dnia, kiedy Stęporek wrócił na południe z pola do chaty i oglądał się za żoną, aby mu obiad dała — wpadła zadyszana Jagna i zawołała z boleścią:
— Michał!!... Już przyszli!!
Chwycił Stęporek za czapkę i do lasu pobiegł. Zdala dochodził go głuchy odgłos siekier, nawoływania traczy i trzask łamanych gałęzi. Stanął wreszcie Michał w lesie. Oczy mu krwią nabiegły — stanął, patrzył a słuchał. Co siekiera zazgrzyta, zanurzając się w soczystym pniu drzewa, to jakby go kto za serce rwał, — co spuszczona sosna jęknie, padając, Michała jakby za trzewia darło. Chciał uciec i nie patrzeć na marniejący las — lecz nie mógł się ruszyć, — przykucnął na ziemi i każda drzewinkę żegnał tęsknem spojrzeniem. — A znał każdą!
— Oo! Ta, koroniata! Oj, mocnaś ty, nieboże! Już po niej! — Ciemnokorka! Juści ona! Aj trzeszczy!... Nic to — nie darują! Rosochatka gibka, bo gibka, już cię z gałązek odarli!... Piłują! Dali Bóg, — brodatą moją, staruchę... piłują!...
Przez czas rąbania lasu, ustawiania sągów i wywózki drzewa, Stęporek chodził, jak błędny, ani jadł, ani pił, najczęściej na swojej działce siadywał, a niekiedy płakał. Aż ci, kiedy z Michałowego lasu jeno czarne pieńki zostały, a tracze się wynieśli, Stęporek wszystkie grosze z garnka wyjął, konie do wozu zaprzągł i gdzieś wyjechał.
Jagna zaczęła się już na dobre niepokoić, bo na noc nie powrócił.
Na drugi dzień przed chatę zajechał wreszcie Stęporek z wozem wyładowanym wysadkami...
— Michale, a gdzieżeś to bywał!? — pyta Jagna.
— Po uspokojeniem jeździł! Chojaczków w sokołowskich lasach nakupiłem i na działce sadzić będę... bo inaczej... nie wytrzymam i to łomotanie siekier do cna mnie zamorzy!!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Działka Stęporka zazieleniła się nareszcie. Chojaki się zawzięły, pędów podostawały i rosną zajadle a z nimi rośnie pociecha w strapionem sercu Michała. Przezwisko „mędrali“ wciąż się go jeszcze trzyma, ale w rzeczywistości, przepadł dawny frant i zarozumialec. Stęporek jest i w mowie powściągliwszym i w czynach rozważnym. Ciężka była nauka i bolesna rezolutnego „mędrali“!!..

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.