Listy z więzienia (do Roberta Ross’a)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Oscar Wilde
Tytuł Listy z więzienia
Podtytuł (do Roberta Ross’a)
Pochodzenie De Profundis
Data wydania 1922
Wydawnictwo „Vita Nuova”
Druk „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe Listy...
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy... jako ePub Pobierz Całe Listy... jako PDF Pobierz Całe Listy... jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.
Więzienie Królewskie, Reading.
1 kwietnia 1896 r.

Może M. — będzie łaskaw odpowiedzieć mi na wszystkie pytania, dotyczące interesów. O ile w liście jego będzie mowa wyłącznie o sprawach formalnych, oddadzą mi to pismo. Sądzę też, że nie przeszkodzi mi ono otrzymać zwykły twój przegląd literacki, tylko co bowiem przeczytał mi naczelnik więzienia ostatnie twoje przyjacielskie zawiadomienie.
O sobie samym niewiele mogę powiedzieć ci pocieszającego, drogi mój R. — Odmowna odpowiedź na prośbę o ułaskawienie powaliła mnie jak uderzenie maczugi. Ogłuszył mnie tępy ból. Żyłem nadzieją, a teraz nieustannie toczy mnie nienasycona gadzina udręki, którą zdaje się pożerać własna jej żądza. Podczas tych przejść moich oczyściły nowe, przyjaźniejsze żywioły atmosferę więzienną; nie mogę uskarżać się na brak współczucia; nie czuję się już wyrzuconym po za nawias życia ludzkiego, co dawniej tak mnie przerażało i dręczyło. Czytam teraz Dantego i robię wyciągi i uwagi, uszczęśliwiony udzielonem mi pozwoleniem posługiwania się piórem i atramentem. Warunki mojego życia tutaj poprawiły się pod wieloma względami. Zamierzam też zabrać się ponownie do nauki języka niemieckiego. Więzienie jest najodpowiedniejszem do takiego zajęcia miejscem.
Pozostał mi jednak jeszcze cierń w duszy równie dokuczliwy, jak ów, który dręczył apostoła Pawła, chociaż mój jest zupełnie innego rodzaju. List ten ma mi posłużyć do pozbycia się go. Powodem mojej udręki jest wiadomość, udzielona mi przez ciebie na skrawku papieru. Jeśli będę ją taił w sobie, rozrośnie mi się ona w głowie, jak rozrastają się w ciemności rośliny trujące, i zleje się z innemi, toczącemi mnie, straszliwemi myślami. Dla tych, którzy w milczeniu i samotności siedzą okuci w kajdany, myśl nie jest „uskrzydloną, żywą istotą“, jaką wyobrażał ją sobie Platon, ale martwą rodzicielką grozy, — jak trzęsawisko, ukazujące potworne widziadła księżycowi.
Mam oczywiście na myśli wyrażoną przez ciebie obawę, że współczucie ludzkie jest mi obcem, albo stanie mi się obcem wskutek głębokiej goryczy doznanych przeze mnie wrażeń...
Nie jestem pewien, czy listu mojego nie pokazywano i nie dawano do czytania postronnym osobom. Otóż, nie życzę sobie, aby listy moje obnoszone były, jako ciekawostka: jest to dla mnie w najwyższym stopniu wstrętne. Piszę do ciebie szczerze, jako do jednego z najdroższych przyjaciół, jakich mam czy miałem kiedykolwiek; współczucie innych ludzi, w tej rozciągłości, w jakiej ty dajesz mi ciągłe jego dowody, nie obchodzi mnie, z małemi jedynie wyjątkami, niemal zupełnie. Człowiek taki, jak ja, nie może stoczyć się w bagno życia, nie wywołując współczucia; najczęściej współczucia ludzi, stojących niżej od niego. Wiem też, że przeciąganie się widowiska nuży widzów. Tragedja moja trwała zbyt długo, minął już jej punkt kulminacyjny, zakończenie jej jest pospolite. Rozumiem też doskonale, że kiedy skończy się ona zupełnie, powrócę do świata jako niepożądany gość, jako człowiek nikomu na nic nie potrzebny.
Un revenant, jak mówią francuzi; człowiek, którego twarz skaził ból, a długie zamknięcie powlokło szarością popiołu. Straszni są nieboszczycy, wstający z grobów, ale straszniejsi stokroć są żywi, z grobów wychodzący. O wszystkiem tem wiem aż nazbyt dobrze. Po przebyciu 18-u miesięcy w celi więziennej zaczyna się widzieć świat i ludzi takimi, jakimi są w istocie. Kamienieje się na ten widok. Nie sądź jednak, abym przypisywał komukolwiek winę moich występków. Przyjaciele moi równie mało są za nie odpowiedzialni, jak ja za ich wady. Winna jest natura, wspólna nasza macocha. Do przyjaciół moich mam żal jedynie o to, że nie umieli ocenić człowieka, którego zgubili. Nie obchodziło ich nic, dopóki stół mój barwił się szkarłatem róż i wina. Talent mój, moje życie, jako artysty, moje prace i nieodzowny dla nich spokój — wszystko to nie miało żadnego dla nich znaczenia. Przyznaję, że straciłem głowę, że byłem odurzony i niezdolny do rozumowania. Krok fatalny został zrobiony. A teraz? — Teraz, siedzę tutaj, na ławie więziennej. Wszelkie tragedje mają w sobie pewną domieszkę żywiołu błazeńskiego. Czy znasz błazeńską stronę mojej tragedji? Nie sądź, abym nie winił samego siebie. Przeklinam w dzień i w nocy moją głupotę, ona to bowiem sprawiła, że uległem złej sile i pozwoliłem jej owładnąć życiem mojem. Gdyby istniało w murach więziennych echo, powtarzałoby ono nieustannie: „Głupcze! Głupcze!“ Wstydzę się teraz moich przyjaźni, bowiem: powiedz mi, z kim się przyjaźnisz, a powiem ci, kim jesteś. Jest to niezawodnym probierzem dla każdego człowieka. Pali mnie uczucie wstydu, ilekroć przypomnę sobie kółko moich znajomych.
Wspomnienie to jest dla mnie codziennem źródłem upokorzenia. O niektórych nie myślę nigdy. Są mi obojętni — zbyt małe jest ich znaczenie... Tragedja moja wydaje mi się chwilami błazeństwem jedynie — niczem więcej. Dałem się wciągnąć w zasadzkę, a teraz siedzę w głębokiem bagnisku Malebolge, pomiędzy Jules de Retz‘em a markizem de Sade. Są miejsca, w których nie wolno nikomu śmiać się, z wyjątkiem zupełnych wariatów, — i ich nawet śmiech uważany jest za przestępstwo przeciwko ustawie; gdyby nie to, śmiałbym się z własnej mojej tragedji... Nie chciałbym zresztą, aby ktokolwiek mógł przypuszczać, że przypisuję innym karygodne popędy. Mojem zdaniem nie odczuwali oni w ogóle nigdy żadnych popędów. Popęd jest przejawem życia umysłowego. Oni zaś znali jedynie żądzę, a żądze podobne — to fałszywe bóstwa, domagające się ofiar za wszelką cenę. W danym wypadku znalazły one ofiarę, której „czoło spowija laur“.
No, teraz wreszcie wyciągnąłem cierń. Krótki, zagryzmolony twoją ręką, świstek jątrzył straszliwie. Myślę teraz o tem tylko, abyś zupełnie wyzdrowiał i mógł nareszcie napisać cudowną historję o N.....
Oddaj, proszę, najserdeczniejsze moje pozdrowienie i wyraź najgorętszą wdzięczność moją drogiej twojej matce, a także Aleckowi. „Złocony sfinks“ zapewne wciąż jeszcze jest wspaniały. A wszystko, co jest dobrem, w myślach moich i uczuciach, tysiące pozdrowień i wyrazów głębokiego oddania, wypowiedz w mojem imieniu mieszkance Wimbledonu, której dusza jest świątynią zranionych życiem i ścieżką cierpiących. Nie pokazuj nikomu tego listu i nie powołuj się na jego słowa w twojej odpowiedzi. Opowiedz mi o świecie cieniów, który tak lubiłem. I o życiu żyjących. Chciałbym wiedzieć coś o owym robaku, który mnie ukąsił; ból mój zna jeszcze litość.

Twój Oscar.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Oscar Wilde i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.