Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ją sobie Platon, ale martwą rodzicielką grozy, — jak trzęsawisko, ukazujące potworne widziadła księżycowi.
Mam oczywiście na myśli wyrażoną przez ciebie obawę, że współczucie ludzkie jest mi obcem, albo stanie mi się obcem wskutek głębokiej goryczy doznanych przeze mnie wrażeń...
Nie jestem pewien, czy listu mojego nie pokazywano i nie dawano do czytania postronnym osobom. Otóż, nie życzę sobie, aby listy moje obnoszone były, jako ciekawostka: jest to dla mnie w najwyższym stopniu wstrętne. Piszę do ciebie szczerze, jako do jednego z najdroższych przyjaciół, jakich mam czy miałem kiedykolwiek; współczucie innych ludzi, w tej rozciągłości, w jakiej ty dajesz mi ciągłe jego dowody, nie obchodzi mnie, z małemi jedynie wyjątkami, niemal zupełnie. Człowiek taki, jak ja, nie może stoczyć się w bagno życia, nie wywołując współczucia; najczęściej współczucia ludzi, stojących niżej od niego. Wiem też, że przeciąganie się widowiska nuży widzów. Tragedja moja trwała zbyt długo, minął już jej punkt kulminacyjny, zakończenie jej jest pospolite. Rozumiem też doskonale, że kiedy skończy się ona zupełnie, powrócę do świata jako niepo-