Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

żądany gość, jako człowiek nikomu na nic nie potrzebny.
Un revenant, jak mówią francuzi; człowiek, którego twarz skaził ból, a długie zamknięcie powlokło szarością popiołu. Straszni są nieboszczycy, wstający z grobów, ale straszniejsi stokroć są żywi, z grobów wychodzący. O wszystkiem tem wiem aż nazbyt dobrze. Po przebyciu 18-u miesięcy w celi więziennej zaczyna się widzieć świat i ludzi takimi, jakimi są w istocie. Kamienieje się na ten widok. Nie sądź jednak, abym przypisywał komukolwiek winę moich występków. Przyjaciele moi równie mało są za nie odpowiedzialni, jak ja za ich wady. Winna jest natura, wspólna nasza macocha. Do przyjaciół moich mam żal jedynie o to, że nie umieli ocenić człowieka, którego zgubili. Nie obchodziło ich nic, dopóki stół mój barwił się szkarłatem róż i wina. Talent mój, moje życie, jako artysty, moje prace i nieodzowny dla nich spokój — wszystko to nie miało żadnego dla nich znaczenia. Przyznaję, że straciłem głowę, że byłem odurzony i niezdolny do rozumowania. Krok fatalny został zrobiony. A teraz? — Teraz, siedzę tutaj, na ławie więziennej. Wszelkie tragedje mają w sobie pewną domieszkę żywiołu błazeńskiego. Czy