Listy o Adamie Mickiewiczu/Florencya, 8 czerwca 1874 roku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Listy o Adamie Mickiewiczu
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Luxemburgska
Druk Drukarnia Rouge Dunon i Fresné
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Drogi Panie Władysławie,
Florencya, 8 czerwca 1874 roku.

Pomiędzy jedném spotkaniem się z panem Adamem a drugiém długie miesiące przemijały, a dlaczego, sam uznasz za słuszne, kiedy ci powiem, żem nie chciał uchodzić za natręta; codziennie dochodziły mię przechwałki tego to owego, że tak blizko z nim żyje... pan Adam; pan Adam, co on z nimi miał do mówienia? albo ja wiem. Zaszedłem raz; Biergiel pociągał brzytwy na pasku, ojciec przechadzał się zakłopotany, Zan po drugiéj stronie wpatrywał się w niego nieprzenikliwym wzrokiem, dyalog się ucinał, rozmowa nie szła; jedno spojrzenie Biergla od brzytwy zafascyonowało mnie, straciłem koncept i wyniosłem się co prędzéj. I znowu miesiące upływały tęskne, długie, nieznośne, jak bywa każdemu z mojém usposobieniem, kto się z ojczyzny wydali i końca pielgrzymki dopatrzyć nie może; we dnie zajęcia i burzliwe rozprawy polityczne zagłuszały jakoś, ale z nocą uczucie niewypowiedzianego żalu ogarniało serce aż do tego stopnia, że fizycznie ciężyć poczynało; uderzenia raz przyspieszone, raz słabe i prawie żadne, poruszanie ust i powieki, bezsenność i chęć płaczu bez możności wylania łez, wszystko to dręczyło mnie nieustannie. W stan podobny zapadało wielu; byli którzy sobie w jego przystępie życie odbierali; tęsknotę taką medycy podciągnęli pod rubrykę chorób i nazwali nostalgią; u mnie trwało to jakiś czas. Obraz Ary-Scheffera[1] Chrystus consolateur miłosiernym wzrokiem patrzący na Polaka któremu kajdany z rąk opadają, uwolnił mnie od téj nędzy; spojrzałem, łzy rzuciły się gwałtownie i choroba się skończyła. Swobodniejszy na umyśle, pobiegłem do lasku Bulońskiego... huk i gwar pomięszany pociągnął mnie w stronę zkąd dochodził i naraz znalazłem się śród robotników w bluzach; było ich do dwóch set, wycinali drogę. Mówiono mi że cesarz z jednym tylko swoim przybocznym wskazywał kierunek komenderując ludowym toporom; z radością prawdziwą poszedłem powiedzieć o tem panu Adamowi!
— «A cóż chcesz, na czele Francyi stojący mąż w każdéj chwili musi mieć postawę bohaterską i robić czyn bohaterski, inaczéj go podepcą, bo to straszny rumak ta Francya. Jego stryj wiedział o tém.. widziałeś obraz pierwszego konsula na szczytach Alp, na rozhukanym rumaku?»
— «Widziałem, ale jakby dzisiejszego David malował?»
— «A ty jakżebyś?»
— «Gdyby Polsce dźwignąć się dopomógł i kwestyą narodowości uregulował w Europie, to w obrazie Chrystusa, który jako ogrodnik ukazał się po zmartwychwstaniu, dałbym mu miejsce ogrodniczka także który się za nim ogląda. Dziś jeszcze go całego nie widzę, to z czém przyszedłem zastanowiło mnie i rozradowało, widzę że ma za sobą massy, ale nie dość jest posiadać żywioł, należy jeszcze wiedzieć co z nim zrobić.»
Na co pan Adam:
«I on wie, bo to zawsze Napoleon!»
Pokazało się że nie wiedział, albo że wiedzy natchnienie nie odpowiadało i sam ojciec odmienił późniéj o nim zdanie.
Od cesarza przeszła rozmowa do Polski, pan Adam chodził poruszony:
— «Miłością rozpalać nieprzyjaciół, ale chorągiew trzymać wysoko... oto co nam pozostaje, źle mówię pozostaje, to jest droga prawdy...
«Cavaignac utracił chwilę najwyższą jaką miała Francya postawienia się na czele Europy, w któréj wszystkie ludy poddawały się pod jéj kierunek spontanicznie, poruszone piorunem sprawiedliwości. Cavaignac poświęcił Francyą bohaterską, siostrę Polski, Francyi mieszczańskiéj i Cezara, ja to powiedziałem Kamieńskiemu i Chodźce...» i znowu wieszcz wracał do Polski i do miłości nieprzyjaciół.
— «Oczywiście żeśmy powinni byli wziąść udział w wojnie włoskiéj...»
Ale! nie wszyscy których pan Adam kochał byli tego przekonania... Intencyą moję mistrz słowa odkrył i przestał mówić; odpowiedź była drażliwą dla konsekwentności problemu postawionego przed chwilą; myślał i wybuchnął:
— «Klasztory są wielką rzeczą, bardzo wielką, ale narodom trzeba walczyć i żadnéj sposobności do walki nie pomijać; uderzając wszakże mieczem... trzeba kochać, mieć męztwo i godność kawalerów arabskich, połączoną z chrześciańskiego rycerza dobrocią. Ojciec kiedy uderza dziecko, to więcéj od niego cierpi, a jeżeli wytrąconego miecza zabraknie w dłoni, trzeba mieć w duszy ten miecz, który wszystko zwycięża».
Chrześcianizm narodowy Adama cały się w tych słowach tłomaczy; on nie stawiał się w miejscu Kościoła, którego missyą pokój świata, nie ogłaszał się doskonałością skończoną, jaka w samym tylko Bogu i jego Kościele się znajduje, ale dążył do doskonałości po drogach boju ze wszystkiemi nędzami życia, broniąc sztandaru wolności włoskiéj i sprawiedliwości, jaka zdawała się wiać przez chwilę w 1848 r. Adam wracał naród do jego początków, do wielkiego zadania w całospołeczeństwie europejskiém. Z Kościoła musi wyjść słowo uznania.
I stanął tak i wyprostował się, jak musiał stać z chorągwią pod Watykanem. Schyliłem się mimowolnie, a Adam usiadł i palcem począł w stół uderzać bez uwagi, marsz francuzki wybijany na bębnach przypominając; zadumał się, twarz rozigrała się tysiącem tonów, siedział tak długo, pokąd nie weszło któreś z dzieci i zawołało: «Ojcze! mama prosi.» Pani Celina rzadko kiedy zostawała z mężem kiedy kto do niego przyszedł.
Adieu. Jutro następny list wyprawiam,

Teofil.


Przypisy

  1. Na licytacyi galeryi Książąt Orleańskich.


PD-old
Tekst lub tłumaczenie polskie tego autora (tłumacza) jest własnością publiczną (public domain),
ponieważ prawa autorskie do tekstów wygasły (expired copyright).