Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do wielkiego zadania w całospołeczeństwie europejskiém. Z Kościoła musi wyjść słowo uznania.
I stanął tak i wyprostował się, jak musiał stać z chorągwią pod Watykanem. Schyliłem się mimowolnie, a Adam usiadł i palcem począł w stół uderzać bez uwagi, marsz francuzki wybijany na bębnach przypominając; zadumał się, twarz rozigrała się tysiącem tonów, siedział tak długo, pokąd nie weszło któreś z dzieci i zawołało: «Ojcze! mama prosi.» Pani Celina rzadko kiedy zostawała z mężem kiedy kto do niego przyszedł.
Adieu. Jutro następny list wyprawiam,

Teofil.




Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 10 czerwca 1874 roku.

Słowa Adama w poprzednim przytoczone liście usłyszałem powtórzone na zebraniu młodzieży u Karola Balińskiego przez ś. p. Karola Różyckiego, pułkownika; tak to pieczęć wielkiego wieszcza na wszystkiém co było wzniosłe w emigracyi można było dopatrzyć; duch jego rozdzielał się i nadawał charakter wychodźtwu; cokolwiek powiedziano oryginalnego, czysto-narodowego, chrześciańskiego i wolnego razem, mogłeś być pewny, że wyszło ze zbliżenia się z Adamem. Tonem złośliwym, ogólnikami przeżutemi przez gazety, od czasu pierwszéj rewolucyi francuzkiéj, odróżniała się inna szkoła, ruchliwa, wyzywająca, rewolucyjna; dwa te prądy wybitném czyniły ogół emigracyi, jasno i wyraźnie wytykając drogi narodowi, który w swym czasie uwagę zwracał na