Listy o Adamie Mickiewiczu/Florencya, 5 czerwca 1874 roku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Listy o Adamie Mickiewiczu
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Luxemburgska
Druk Drukarnia Rouge Dunon i Fresné
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 5 czerwca 1874 roku.

Żeby narysować olbrzymią górę, należy być z daleka od niéj i jak najniżéj się pomieścić; téj zasady trzymam się pisząc o ojcu. Myślą siadam u nóg téj postaci i ztąd jeśli nie jego całość, to przynajmniéj wielkość i piękność nakreślić probuję. Pamięć powraca mi wszystko co przeminęło, poczém przeszło długich lat dwadzieścia, a jakich lat, jakich klęsk!... Dajmy temu pokój, nie poruszajmy grobów.....
Pamiętacie Korylskiego, w kraju inaczéj on się nazywał, na emigracyi skłócony z rodziną i oburzony jak powiadano postępkiem niepatryotycznym brata, odmienił nazwisko; była to także osobliwość w swoim rodzaju, a jakiego przywiązania do ojca i całéj rodziny to sami wiecie najlepiéj. Adam, kwadratura koła, lekcye języka polskiego jakich pannie Helenie i Olesiowi udzielał, dni jego zapełniały, resztę zbywającego czasu poświęcał przyjaciołom skrzydlatym i taką z nimi trzymał komitywę, że czy na polach Elizejskich, czy w lasku Bulońskim, czy gdzie bądź się pokazał, hurmem leciały za nim, spadały mu na ramiona, zaglądały w oczy, tak właśnie jak to ojciec opisał w ustępie o Maćku Dobrzyńskim. Typy litewskie: Biergiel, prawdziwy klucznik z Pana Tadeusza, Białopiotrowicz sędzia, Korylski i drudzy i drudzy ciągnęli za mistrzem; był i żydek krawiec pratryota Kraitler i cała trupa aktorów, którym nie potrzebował rozdawać rol, bo już go w tém natura i ojczyzna wyręczyły. Sierakowskiego i Kniaziewicza jenerałów miał przed sobą, żył z nimi, przyjaźnił się; Małachowskiego jenerała, ów magazyn wiadomości, jak się o nim w liście do mnie pisanym Lelewel wyraził. W takiéj atmosferze i obok przyjaciela jak Bohdan Zaleski mógł znosić łatwiéj ciężar wygnania; gdyby dzisiejszych czasów dożył, poczułby dopiero co to pustynia i tęsknoty nadmogilne... Przedwieczny oszczędził mu téj nędzy.
Ale wracając do Korylskiego, jednego razu zdybałem się z nim w lasku Bulońskim, siedział pod drzewem patrząc w górę po gałęziach.
— «Spłoszyłeś mi ptaki, które tu ze mną żyją.»
— «Jakto żyją?»
— «A tak, bo mnie znają i wiedzą że im zawsze coś przyniosę, temu tak mało potrzeba, dobre stworzenia, ale mają swoje wady jak i ludzie, wróble są lubieżne i żarłoki, ale jak nasze chłopy odważne i będzie ci się bił i zażre się tak, że aż wielkiéj choroby z alteracyi dostaje. Sikora ma przewrotny charakter i podstępem wróbli odjada, a czyni to w ten sposób, że wydaje pewien świst, którego zwykle używa jako sygnału na ostrzeżenie ptaków że się nieprzyjaciel, wrona czy jastrząb przybliża, wróble zwiedzione, myśląc że trąbią na trwogę uciekają, a ona tymczasem zmiata co się znajdzie, a spieszy się aż skrzydełka po ziemi pokłada; myślałem o poprawie i niewynalazłem środka. Niemniéj mi trudno z moją kwadraturą koła o któréj ostatecznie akademia umiejętności zdecyduje, pokazywałem panu Adamowi projekt i dowodzenia, ale się śmieje; czybyś nie chciał obywatelu przepisać mojego manuskryptu? staram się o takiego coby przepisał...»
— «Gdyby czas był po temu i owszém, ale czasu nie mam».
— «Dziekońskiemu mówiłem, ale i ten odmówił, przyjdę do pana wieczorem, bo podobno dużo piosenek narodowych posiadasz, a może nie znasz tych które ja spiewam. — Cóż pan dziś porabia?»
— «Idę na obiad do hr. Hermana Potockiego, gdzie i pan Adam będzie.»
— «A to muszę pobiedz dzieci zawiadomić, żeby na ojca nie czekały, bo dzieciska jak ptaki, żołądeczki zawsze gotowe.»
Pożegnałem się z nim; chyląc się staruszek pomknął ku Paryżowi. Co za figury i jak tu takich nie kochać! Korylski z wielu innymi Polakami pomagał Ludwikowi Napoleonowi w jego wyprawie Boulońskiéj, za co książe obdarzył go pierścieniem zapewniając, że jeśli osiągnie tron cesarski Korylskiemu za okazaniem tego pierścienia wynagrodzi jego poświęcenie. Wychodziec Polski wszakże nie korzystał z wzniesienia się Napoleona i owszem, przeciwnie, widząc iż ten bynajmniéj Polską się nie zajmuje, żeby oddalić od siebie wszelką myśl pokusy, pierścień księcia rzucił w Sekwanę.
U Hermana znalazłem zaproszonych kilka osób. Czcigodny ś. p. pułkownik Niegolewski, wysoki, trochę przygarbiony, cień hułana z pod Samo-Sierry, mówił głośno i z oburzeniem o Thiersie i polemice co do owéj sławnéj szarży; Herman nosowym głosem przyświadczał mu, nie tracąc z oka przybywających, do których podchodził, prowadził każdego do stołu i do zakąski zachęcał. Był Sobański, sławny gastronom, Rejowskim odznaczający się apetytem, który w tym dniu miał częstować pana Adama i pułkownika Niegolewskiego pierogami litewskiemi własnéj roboty, Kwiatkowski, porucznik z czwartego pułku, znakomity w swoim rodzaju artysta malarz i humoru nieporównanego, który doskonale malował, ale jeszcze lepiéj opowiadał o naszych wiarusach przedrewolucyjnych, a melodyj miał taki zapas, że Szopenowi motywów na każde zawołanie dostarczał i przytém śpiewał jak na emigracyi chyba drugi Józef Rawski kozak potrafił; nie wiem co się z nim dzieje, wspominając pana Adama i jego atmosferę krajową, nie mogę pominąć czwartaka, alboż nie pogniewa się za to.
Kwiatkowskiego pan Adam lubił bardzo, kiedy na innych pozujących, udających prostotę któréj w duszy nie mieli, spoglądał z cierpliwością, ale jak najmniéj słuchał. Byłem raz obecny, wtenczas gdy czuły młodzieniec i arystokratyczny (nie z rodu), coś tam prawił o szlachcie polskiéj; pan Adam siedział, ale miał wyraz arabskiego rumaka, kiedy zły uszy po sobie położy i radby wyrwać się, a od niemiłego towarzystwa uwolnić, dyssonanse w głosie raziły go, czuł nerwowo, że to nieprawda. Z Kwiatkowskim inaczéj było i kiedy nie przychodził, p. Adam dopytywał się co znaczy że go nie widać.
Józef Potocki, brat Hermana, i Władysław Niegolewski poseł, syn Pułkownika, kompletowali listę zaproszonych, na któréj czele stał oczewiście pierwszy ten co miał prawo być wszędzie pierwszym.
Herman i Józef, dwaj bracia z których starszy wydawał się młodszym a młodszy starszym, komuż z nas z owéj epoki na pamięć nie wracają? Herman powolny a taki poczciwy, że wszystko co miał oddawał codziennie przychodzącym po wsparcie, po większéj części próżniakom; dobroć o jakiéj nie można mieć wyobrażenia. «Mam pięć franków, bierz, a tylko nie krzycz». Gdzie ci ludzie?... wszystko poszło, wszystko nas osierociło!
Przy stole Sobański jadł pro omnibus, a Niegolewski mówił za drugich. Po skończeniu obiadu, pan Adam rzekł do Józefa Potockiego: «szarża na działa pod Samo-Sierrą się udała, ale z rozumem i chciwością niemiecką, trudniejsze spotkanie Władysławowi, a nota bene że jest téż hułańskie dziecko i nie potrafi agitować jak O’Connell, ale zawsze z lancą naprzód po rycersku i jakkolwiek adwokat nie po adwokacku. A chociaż co do mnie, ja myślę, że Moskala przekonasz jak pokonasz, ale Niemca nie przekonasz, chyba, że go, jak się wyrażał Kiliński, pięknie uciszysz.» Słowa te chciałem Aleksandrowi Niegolewskiemu powtórzyć, ale go już potém w Paryżu nie spotkałem.
Każdy wyraz pana Adama notowałem sobie regularnie; wróciwszy do domu zanotowałem więc i powyższe z dodatkiem następującéj, pomiędzy panem Adamem a dwoma młodzieńcami z kraju przybyłymi rozmowy, którą mi, już nie pamiętam kto, na owym obiedzie opowiadał.
Po rewolucyi 1848 r., pewnego razu pojawiło się u pana Adama dwóch młodzieńców; fraczki, kamizeleczki jak z igły:
— «Zkądże przyjeżdżacie?»
— «A z kraju» rzekli unisono.
— «No cóż, chłopcy dorosłe, byliżeście na wojnie w tém powstaniu?»
— «Nie, proszę pana Mickiewicza.»
— «A czemużeście nie byli?»
— «A to dlatego, że mama powiedziała, że ma nas tylko dwóch jedynaków, to pozwolić nie może...»
Adam uśmiał się serdecznie — «a pocóżeście tu przyjechali?»
— «Na wyćwiczenie w języku.»
— «No nieźle... i cóż wam więcéj mama poleciła?»
— «A to żebyśmy pana Mickiewicza zobaczyli.»
— «I zobaczyliście...»
— «A tak...»
— «No, to bywajcie zdrowi.»
Drogi panie Władysławie, gdyby życie było jedną chwilą, byłoby tragedyą, ale rozwleczone na akty jest tragi-komedyą, do wiadomości przeto o waszym wielkim ojcu i ta scena buffo się przyda.
Bądźcie zdrowi. Wasz,

Teofil.




PD-old
Tekst lub tłumaczenie polskie tego autora (tłumacza) jest własnością publiczną (public domain),
ponieważ prawa autorskie do tekstów wygasły (expired copyright).