Lenin/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Lenin
Pochodzenie cykl Na przełomie
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Wesołość i radosne uczucie wolności nie opuszczało Włodzimierza Uljanowa. Nic nie mogło zabić lub chociażby zachmurzyć tego nastroju. Otrzymane przez niego wiadomości o śmierci siostry Olgi, rozpaczy i chorobie matki ślizgały się po nim, jak chwilowe cienie, znikające bez śladu.
Czuł się tak, jak wódz na polu bitwy.
Wszystko zostało zbadane dokładnie, obmyślane, przygotowane. Wróg, w swoim czasie otoczony z czterech stron, otrzyma miażdżący cios. Zwycięstwo wyczuwało się tak wyraźnie, że na myśl o bitwie, jakiś rozkoszny dreszcz przeszywał wodza.
Wyglądał niecierpliwie końca pobytu w Samarze.
Nareszcie nastał upragniony dzień. Uljanow natychmiast wyjechał do Petersburga; niedawno złożył podanie o dopuszczenie go do egzaminu dyplomowego na uniwersytecie.
Z nikim nie podtrzymując stosunków w stolicy, złożył egzamina i zapisał się do adwokatury.
Czytając papier o tem, uśmiechnął się zagadkowo. Przypomniał sobie niebieskie oczy i złotowłosą główkę, pochyloną nad stołem. Przemknęła myśl:
— Helena mieszka w Petersburgu. Mógłbym pójść do niej i powiedzieć, że jeden drobny etap przeszedłem i że przejdę wszystkie, bo tak postanowiłem!
Skrzywił usta pogardliwie i szepnął:
— Poco?
Powrócił do Samary, gdzie zamieszkała Marja Aleksandrówna, i rozpoczął karjerę adwokacką.
Pierwszą sprawą, oddaną mu, była obrona robotnika, oskarżonego o kradzież.
Uljanow odwiedził swego klienta w więzieniu. Mały, o złych, biegających oczach człowiek, ujrzawszy adwokata, zaczął przysięgać na wszystkie świętości, że nie dotknął niczego i że kupiec oskarżył go o kradzież przez szczególną do niego nienawiść.
— Kiedyś na wiecu, panie adwokacie, powiedziałem, że on łupi nas ze skóry i pije krew. Zemścił się na mnie teraz... — twierdził robotnik.
Tego było dość dla młodego obrońcy.
Wystąpił na sądzie i dowodził, że kradzież w pewnych okolicznościach nie może być karaną, bo robotnik mógł był potajemnie zabrać jakąś drogą część maszyny i spieniężyć ją, gdyby posiadał instynkty zbrodnicze, z punktu widzenia utartego prawa. Nie uczynił tego, dowodząc uznawanej przez ogół moralności; dopiero teraz, z powodu wrogich dla niego uczuć handlarza, został postawiony pod pręgierzem ciężkiego oskarżenia.
Stary, poważny prokurator, uśmiechając się pobłażliwie, wskazywał na nieodparte poszlaki i dowody, świadczące przeciwko podsądnemu.
Uljanow odpierał to swemi argumentami. Prokurator zkolei zbijał twierdzenia obrońcy. Sprawa, drobna i zwykła, zaciągnęła się do wieczora. Wreszcie oskarżyciel i obrońca wyczerpali swoje dowodzenia i umilkli.
Prezes sądu, zniecierpliwiony długą procedurą, surowym głosem rzekł, zwracając się do oskarżonego:
— Podsądny! Do was należy ostatnie słowo!
Znudzony, głodny i ziewający robotnik wstał leniwie i mruknął:
— Niewiadomo, poco było tyle gadaniny! Ukradłem, bo ukradłem, lecz cóż w tem nadzwyczajnego?... Nie ja — pierwszy, nie ja — ostatni...
Włodzimierz Uljanow przegrał sprawę. Spojrzawszy na klienta, prokuratora i sąd, parsknął beztroskim śmiechem.
Niebywała wesołość zapanowała na sali.
Ten anegdotyczny występ młodego adwokata zadecydował o jego karjerze. Kilka następnych spraw Uljanow znowu przegrał, więc zaniechał praktyki.
Rozumiał, że nie miał zdolności do obracania się w granicach twardych paragrafów kodeksu karnego, nie umiał wykorzystać faktów w ściśle ograniczonej płaszczyźnie prawa. Chciał raczej prawo nagiąć do wypadków, nieraz odrzucając kompetencję jego w zakresie pewnych zjawisk o szerszem znaczeniu. Dowodził, że sprawiedliwość jest różna dla poszczególnych warstw społeczeństwa. To, co dobre jest i sprawiedliwe dla łapownika-urzędnika z uniwersyteckiem wykształceniem, to nie może być zastosowane do ciemnego wieśniaka, lub zawsze głodnego wyrobnika. Nieraz mimowoli stawał się oskarżycielem, obrońcą i sędzią w jednej osobie. Taka logika Uljanowa spotykała się z szyderstwem lub pogardliwym uśmiechem wykwalifikowanych sędziów.
W biegu pewnej sprawy prokurator zauważył zjadliwie:
— Obrońca, widocznie, zamierza stać się prawodawcą, wprowadzającym całkiem nowe idee do kodeksu!
— Tak! Mam ten zamiar! — natychmiast odpowiedział Uljanow z takim wyrazem twarzy i takim tonem, że nikt nie mógł zrozumieć, czy poważnie mówi ten nieudolny adwokacik, czy drwi.
Wyrzekając się karjery prawniczej, Włodzimierz zaczął studjować nową ustawę fabryczną i pogłębiał swoją wiedzę w zakresie socjologji. Pracował nad broszurą o rynkach, o ekonomicznych błędach ludowej partji i zaczął pisać dużą rozprawę, zatytułowaną „Przyjaciele Ludu“, zaznaczając w niej wyraźnie drogi i cel walki, którą musiała wszcząć socjal-demokratyczna partja, dopiero pod wpływem teorji Marksa i Engelsa organizująca się na terenie Rosji.
Nie skończywszy z tem, wyjechał do Petersburga, szukając w stolicy ludzi jednakowo z nim myślących.
Nie znajdywał ich jednak. W kółkach marksistów przewodziła liberalna inteligencja, zapatrująca się na socjalizm teoretycznie, widząca w nim historyczną fazę ekonomicznego rozwoju, w której masy ludności odgrywały bierną rolę.
Ludzie nie wychodzili poza granicę panującej ideologji, marzyli o zmianach istniejącego prawa i porządku państwowego wobec nowej, nadchodzącej fazy dziejowej w rozwoju społeczeństwa.
Miotano się bezsilnie, nie widząc wyjścia z labiryntu sprzeczności i usypiając żądzę czynu skromną pracą nad rozpowszechnieniem wśród robotniczej masy broszurek liberalnego „komitetu oświecenia“.
Jednak nawet tak niewinną działalność należało ukrywać w mroku konspiracji, bo surowy rząd carski ścigał ją i tępił nieubłaganie.
Uljanow kilka razy spotykał się z kierownikami komitetu oświecenia i kółek, szerzących uświadomienie w klasie robotniczej.
Spotkania te skończyły się gwałtownem zerwaniem.
Uljanow patrzył na marksistów petersburskich z tak źle ukrywaną pogardą, że doprowadzał ich do oburzenia, chociaż nie jeden z wyznawców Marksa pod badawczym wzrokiem przybyłego z nad Wołgi „towarzysza“ czuł się zmieszanym, przygnębionym i pytał siebie:
— Jacyż my jesteśmy rewolucjoniści?!
— Czy wasza partja ma na celu rewolucyjną walkę o socjalistyczny nastrój Rosji? — rzucał im pytanie Uljanow głuchym, chrapliwym głosem.
— Niezawodnie! — odpowiadali mu marksiści. — Wiemy, że musi wybuchnąć walka klasowa.
— Tymczasem trudnicie się rozdawaniem ogłupiających broszurek nędznego komitetu oświatowego, kierowanego przez liberalną inteligencję, zawsze bezwolną, tchórzliwą, zatrutą do rdzenia, do ostatniej komórki mózgu ideologją burżuazji. Cóż? My wam nie bronimy tego! Idźcie swoją drogą ku własnej zgubie!
Takie twierdzenie obraziło wszystkich.
— W imieniu kogo, jakich „my“ przemawia do nas towarzysz Uljanow? — wołano ze wszystkich stron.
Włodzimierz mrużył oczy i rzucał złe, syczące słowa:
— Mówię do was w imieniu tych, którzy zaczynają już zrywać wszelkie stosunki z tak zwanem społeczeństwem i wkrótce wyciągną ręce do naturalnego wroga burżuazji, z którą oni nic wspólnego nie mają i mieć nie chcą.
— Któż to jest? Gdzie takie warstwy się znajdują?
— Dowiecie się o tem niebawem! — odpowiedział Uljanow i już więcej nigdy nie widziano go na zebraniach kółek socjal-demokratów petersburskich.
Oburzali się na niego, bo słyszeli, że nazywa ich pogardliwie „skowronkami liberalizmu burżuazyjnego“. Zapomnieliby o zuchwałym marksiście nadwołżańskim, gdyby nie cały szereg utworów tego zagadkowego człowieka.
Były to tak zwane „żółte kajeciki“, wykonane na hektografie, a nabierające coraz szerszego rozgłosu i niezwykłej poczytności.
Pisane prostym, raczej prostackim, jurnym stylem, doskonale przystosowanym do podkreślenia zasadniczej myśli, nie mogły one być zaliczone do utworów literackich lub naukowych. Nosiły cechy surowości i gniewu fanatycznych ojców kościoła, miały charakter bulli papieskiej, pełnej przeświadczenia o nieomylności swojej, przykuwały uwagę śmiałością rewolucyjnego ujęcia.
Jednocześnie autor „żółtych kajecików“ wydrwiwał, ośmieszał liberałów i „umundurowanych“ socjalistów, rzucał na nich cień podejrzeń, obdzierał z uroku, którym byli otoczeni w kołach robotników nieoświeconych i nie posiadających zdrowego sądu o ludziach.
Socjal-demokraci, jak niegdyś ludowcy, poczuli w Uljanowie silnego przeciwnika, tygrysa drapieżnego, podstępnego, umiejącego napadać z różnych stron, a zawsze znienacka i z całą siłą.
Tymczasem Włodzimierz podróżował po Rosji, zatrzymując się w miastach fabrycznych. Zawierał znajomości z robotnikami, wśród których nie tyle sam przemawiał, ile słuchał innych uważnie, spokojnie. Jednak, gdy odjeżdżał, robotnicy powtarzali sakramentalny frazes:
— Nie uznajemy państwa, społeczeństwa, prawa, kościoła i moralności, nie chcemy znikąd pomocy! My stanowimy siłę i w walce krwawej zdobędziemy z własnej woli wspólnemi siłami wolność i sprawiedliwość, podług własnego zrozumienia!
W tym okresie poznał Włodzimierz dwóch dość inteligentnych robotników — Babuszkina i Szałdunowa i z nimi razem wciągał do organizacji innych robotników, pisał ulotki i broszury, rzucał je w środowisko pracującego proletarjatu, siejąc pierwsze ziarna bezwzględnej walki z całem społeczeństwem.
W Petersburgu, pracując w kółkach robotniczych, gdzie wykładał socjologję, czytał i komentował Marksa oraz słynny „manifest komunistyczny“, a jeszcze więcej wypytywał, słuchał i myślał o budzącej się do czynu duszy ludzi bezdomnych, niepewnych jutra, przez nikogo niebronionych i bezkarnie wyzyskiwanych.
W jednem z kółek, zorganizowanych w fabrycznej dzielnicy Petersburga — Ochcie, poznał wyrobnicę z fabryki Torntona.
Piękna, rozrosła dziewczyna o płowych warkoczach, bujnej piersi i śmiałych oczach miała na imię Naścia.
Uljanow, ściskając jej drobną, lecz twardą dłoń, przypomniał sobie Naśćkę z Kokuszkina, bitą przez pijanego ojca, oszukaną przez młodego szlachcica i zamordowaną przez znachorkę wiejską.
— Tej — to byle kto nie skrzywdzi! — pomyślał, patrząc z uśmiechem na robotnicę. — Rezolutna i odważna niewiasta. Nie pozwoli sobie do kaszy dmuchać!
Tego wieczora mówił o programie Erfurckim. Robotnicy słuchali w skupieniu, a on swoim zwyczajem, akcentując słowa, powtarzał najważniejsze punkty i usiłował wywołać w słuchaczach dążenie do przejawu woli i czynu.
Nie czuł się jednak spokojnym. Obecność pięknej Naści, tryskającej młodością, żywiołową siłą i żarem krwi, drażniła go. Mimowoli zatrzymywał na niej swój wzrok coraz częściej, szukał jej źrenic, a w nich — odpowiedzi na milczące pytanie.
Widział jej oczy śmiałe, harde, niemal zuchwałe, w których wyczytał też niewypowiedziane ustami pytanie. Wysoka, bujna pierś falowała gwałtownie, zwinne, silne ciało chwilami prężyło się lubieżnie i leniwie.
Spojrzenia, rzucane przez Uljanowa na dziewczynę, przyłapał Babuszkin. W przerwie, gdy podano herbatę, podszedł do Włodzimierza i szepnął mu do ucha:
— Naścia Kozyrewa — piśmienna dziewczyna i partyjna robotnica, tylko, ostrzegam was przed nią, bo nie jest zupełnie pewna...
— Jakież macie podejrzenia? — spytał.
— Żadnych! Nic złego nie chciałem powiedzieć o niej. Wiem tylko, że lubi życie wesołe i uwodzi młodego inżyniera fabrycznego. Przepada za nią, a ona — to należy do niego, to — miesiącami unika go...
— Nie mówiliście jej, że nie godzi się zadawać z burżuazją? — spytał.
— Nie! Na rękę nam to. Przez nią dowiadujemy się, co zamierza czynić przeciwko robotnikom dyrekcja fabryczna.
— A—a! — przeciągnął Uljanow. — Nie trzeba jej bronić tych miłostek.
Powiedział to i uczuł wielką przykrość. Zdał sobie sprawę, że był o Naścię zazdrosny.
— Odprowadzę was do domu, towarzyszko! — szepnął, podchodząc do niej.
Spojrzała na niego ostro i, błysnąwszy oczami, odpowiedziała leniwie:
— Dziękuję...
Długo chodzili po ciemnych ulicach przedmieścia, doszli do lasu w Palustrowie i już przed świtem stanęli przed małym, drewnianym domkiem.
— Tu mieszkam... — rzekła, przeciągając się. — Jutro niedziela, można spać, ile się zmieści...
— A prawda! — zawołał. — Jutro niedziela.
Naścia nic nie odpowiedziała. Zapukała w okienko. Zaspana, rozczochrana kobieta z dzieckiem na ręku, uchyliła drzwi i warknęła:
— Psia krew! Nastraszyłaś mnie. Myślałam, że to znów policja...
Dziewczyna, nie żegnając Uljanowa, weszła do sieni i już z jej mroku skinęła na niego głową.
Wszedł. Słyszał, jak zgrzytnął klucz w zamku, ciemność otoczyła go, lecz wkrótce uczuł, że mocne, gorące ramię otoczyło go i popchnęło ku drzwiom.
Szybko się odwrócił, pociemku odnalazł zwinne ciało Naści, przycisnął do siebie, zaczął całować usta, policzki, szyję i miękkie włosy, ciężko oddychając i szepcąc słowa pogmatwane, niewiadomo skąd przychodzące mu na pamięć.
Weszli do małej izdebki, nic nie mówiąc do siebie...
Uljanow opuścił chałupę, dopiero koło drugiej popołudniu.
Czuł znużenie, jakiś niesmak, pogardę do siebie i żal.
Zaczął, jak zwykle, analizować swój nastrój.
— Tfu, do djabła! — mruknął. — Piękna samica, niema co mówić! Mało takich po ziemi chodzi... Śmiała jest, o nic nie pyta i niczego nie żąda... Tylko poco ja się wdałem w taką historję? Nie będę mógł teraz mówić przy niej spokojnie i stanowczo. Będzie zawsze myślała, że, przecież, niczem się od tego inżyniera nie różnię...
Przypomniał sobie rzucone przypadkowo słowa Naści:
— Chcę się przekonać, czy te socjały mogą coś prawdziwego zrobić. Jeżeli nie, to nie warto gadać i narażać się. Trzeba wtedy inaczej sobie radzić.
Nie wypytywał jej o to, co miała na myśli, bo nagle oplotła go ramionami i tulić się zaczęła, łasić, jak kotka.
Dwa dni nie widział Naści, a gdy spotkał ją, powracając z zebrania, poszedł za nią i spędził noc w ciemnej izdebce robotnicy.
W kilka dni później przyszedł do niego Babuszkin i opowiedział, że Naścia zrobiła skandal w fabryce, uderzyła w twarz inżyniera, zalecającego się do niej, i pobiegła na skargę do dyrekcji.
— Co się stało? — spytał Uljanow. — Dlaczego to zrobiła?
— Nie wiem! — odparł robotnik. — Szalona dziewczyna!... Znają ją dobrze w całej dzielnicy. Coś musiało jej strzelić do głowy... Kto babę zrozumie?!
Zaśmiał się i jął opowiadać o nabyciu nowego hektografu do drukowania ulotek nielegalnych.
Tegoż wieczora na zebranie kółka przyszła Naścia i po skończonem czytaniu i dysputach Włodzimierz razem z nią opuścił lokal.
— Przepędziłam inżynierka! — zawołała ze śmiechem. — Teraz mam ciebie. Nikogo nie chcę więcej! Chodźmy zabawić się dziś do jakiejś restauracji, gdzie gra muzyka i gdzie dużo światła.
Spojrzał na nią z ponurem zdumieniem.
— Chodziłaś tam ze swoim inżynierem? — spytał.
— Chodziłam! Nie jestem przecież bydlęciem, które może całe życie spędzać w brudnym chlewie, w ciemności, nie znać ani chwili radosnej — odparła. — Ja chcę żyć!
— Nie mam czasu, moja droga! — mruknął niechętnie. — Ja nie od tych rzeczy jestem.
— A od jakich? — zapytała i przymrużyła jedno oko.
— Od walki... — chciał powiedzieć, lecz rozmyślił się, bo przypomniał sobie, że wcale nie walczył o zdobycie tej dziewczyny, a ona, był przekonany, myślała właśnie o tem.
— Powiedz! — nalegała.
— Nie mam czasu ani na muzykę, ani na światło w restauracji — mruknął. — Dla mnie to nie jest potrzebne.
— Ale dla mnie potrzebne! — zawołała.
— Dasz sobie radę sama! — rzekł brutalnie.
— Dam! — zgodziła się bez gniewu i leniwie przeciągnęła się, patrząc na Uljanowa z pod opuszczonych powiek.
Nie wiedział, co ma ze sobą uczynić. Czuł zakłopotanie i milczał.
— Chodź do mnie! — szepnęła, przyciskając się do niego.
Uważał to za najłatwiejsze i najprostsze wyjście z przykrej sytuacji. Po drodze kupił na straganie ulicznym kilka pomarańcz i pudełko karmelków.
Rano wychodzili razem. Ona — do fabryki; on — do konspiracyjnego mieszkania na wyspie Bazylijskiej.
Odprowadził ją do bramy gmachu przędzalni Torntona.
Naścia spojrzała na niego chytrym, skrzącym się ironją wzrokiem i powiedziała głosem zagadkowym:
— Będę przez całe życie dumna, że miałam takiego kochanka. Włodzimierz Iljicz Uljanow! Ho, ho, to — nie żart!
— Niewielki honor! — uśmiechnął się z przymusem.
— Nie mów czego nie myślisz! — zaprzeczyła. — Wiem, że prędko o tobie cała Rosja słyszeć będzie.
— Prorokujesz? — spytał z szyderstwem.
— Może... — odpowiedziała i szybko weszła do bramy, gdyż syrena fabryczna ryknęła przeraźliwie.
Uljanow unikał odtąd spotkania z dziewczyną. Pracował teraz w oddalonej dzielnicy, w kółkach zakładów Putiłowskich i nawiązywał stosunki z warsztatami marynarki wojennej w Kronsztadzie; było to przedsięwzięcie nader niebezpieczne. Władze wojskowe, bowiem, trzymały majtków i robotników w surowym rygorze.
Powrócił właśnie z twierdzy kronsztadzkiej, gdy wpadł do niego Babuszkin.
— Źle, Iljiczu! — zaczął już od progu. — Wiesz co się stało? Naścia Kozyrewa znalazła sobie kochanka!
— Chyba nie pierwszego? — zapytał obojętnym głosem Uljanow.
— Nie żartujcie z tem, towarzyszu! — ofuknął go robotnik. — Może się zasypać teraz cała organizacja nasza! Ta dziewka związała się ze starszym wachmistrzem żandarmów! Rozumiecie?
— Dlaczego nie mam zrozumieć? — wzruszył ramionami. — Jestem przekonany, że nic nam nie grozi. Na wszelki wypadek przenieście hektografy do innego lokalu. Najlepiej będzie, jeżeli przewieziecie je do jadłodajni Technologicznego Instytutu i oddacie memu przyjacielowi, Hermanowi Krasinowi. Chociaż nie obawiam się niczego...
— Żandarm wyciągnie z niej tajemnicę, bo dlatego, pewno, udał się do niej, — mówił Babuszkin, bardzo wzburzony i niespokojny.
— E—e! — machnął ręką Włodzimierz. — Posiada ona inne przynęty, niż tajemnice naszych kółek, miły towarzyszu! Bądźcie dobrej myśli!
Istotnie, chociaż widziano Naścię, spędzającą z dziarskim, przystojnym wachmistrzem całe wieczory w restauracjach i teatrzykach, organizacja długo żadnych przykrości nie miała.
Babuszkin spotkał dziewczynę na ulicy i chciał przejść niepostrzeżenie, lecz ona zatrzymała go i rzekła:
— Powiedzcie Włodzimierzowi Iljiczowi, żeby był o swoje sprawy spokojny, a o mnie powiedźcie mu, że ja chcę żyć i nie jestem stworzona na mniszkę lub mola książkowego. Mam w sobie dużo nienawiści, ale jeszcze więcej radości. Chcę sobie pożyć, aby ta radość nie umarła przed czasem, bo wtedy cóż mi pozostanie? Utopić się, powiesić, czy karbolu łyknąć? Jeszcze pohulam przedtem, naśmieję się, nacieszę dosyta, a dalej — to się zobaczy. Może do was powrócę i umrę na barykadach. Tymczasem chcę żyć... Powiedźcie mu o tem i bywajcie zdrowi!
Babuszkin powtórzył tę rozmowę Uljanowowi.
Włodzimierz wzruszył ramionami i rzekł tylko tyle:
— No, widzicie, towarzyszu, że nic nam nie grozi?
Zapomniano o niej wkrótce, gdy nagle Uljanow otrzymał przez nieznanego mu robotnika list. Pisała Naścia, ostrzegając, że policja tajna śledzi Iljicza, Babuszkina, Szapowałowa, Katańską i nauczycielkę Knipowicz, ponieważ ustalone zostało, że broszury „Kto czem żyje“ oraz „Król Głód“, wydane potajemnie przez drukarnię ludową, a podpisane nazwiskiem „Tulin“, były napisane przez Uljanowa.
Włodzimierz nie przerwał swej pracy, lecz się ukrywał tak umiejętnie, że żaden agent policyjny nie mógł go wyśledzić. Kilka razy omal, że nie ujęto go na ulicy, lecz zawsze spokojny i odważny rewolucjonista znał specjalne plany miasta — sieć domów przechodnich, konspiracyjnych legowisk, skrytek w piwnicach, w składach węgla i w szopach, stojących po ogrodach warzywnych, ciągnących się w okolicach Petersburga.
Wymykał się więc z rąk szpiclów i puszczał w obieg coraz to nowe, bardziej silne, stanowcze, niepokojące rząd, a porywające robotników ulotki i broszury. Z całej grupy ściganych dostała się do więzienia tylko nauczycielka Knipowicz, zdradzona przez szpiega tajnego, zecera drukarni ludowej, a wraz z aresztowaną kilku jej znajomych, do partji nienależących, lecz ukrywających u siebie nielegalne broszury.
Nieraz zaczajał się Uljanow w księgarni Kałmykowej w śródmieściu, gdzie władze nie spodziewały się spotkać odważnego rewolucjonisty.
Przez czas swego pobytu w stolicy Uljanow nawiązał rozległe stosunki konspiracyjne, dobrze zamaskowane. Miał nawet pewnego przyjaciela — Morsina, palacza kotłów w pałacu Aniczkowskim. Dwa dni spędził u niego Uljanow w okresie najenergiczniejszych poszukiwań go po przedmieściach. W bluzie robotniczej, umazany węglem, pomagał mu przy piecach, myśląc, że mógłby z łatwością dokonać zamachu na cara, lecz nie robił tego, bo nie widział żadnego pożytku z romantyczno-rewolucyjnych czynów szaleńców.
Jednak wkrótce policja tak ścisnęła go, osaczywszy ze wszystkich stron, że pozostała mu jedna tylko droga ucieczki — zagranicę. Żądał tego założony przez Uljanowa i szybko rozrastający się „Związek bojowników o wyzwolenie klasy robotniczej“, nalegali też przyjaciele, przeczuwający w młodym rewolucjoniście, zawsze wesołym, wytrwałym, odważnie patrzącym prawdzie w oczy, wybitnego wodza.
Wystarano się dla niego o paszport zagraniczny i Uljanow zniknął z oczu ścigających go agentów rządu, posiadając dla władz cudzoziemskich zapasowy paszport, wydany na zmyślone nazwisko.
W Berlinie Włodzimierz stanął w małym hoteliku wpobliżu Moabitu, zwiedzał miasto i uczęszczał na zebrania socjalistów niemieckich. Tu poznał wielu słynnych przywódców partji, lecz nie znalazł bezpośrednich nici, któremi mógłby się związać z nimi.
Zrozumiał, że wszyscy myśleli w zakresie parlamentarnej pracy, walcząc na wyborach o największą ilość mandatów do Reichstagu. Taką burżuazyjną ideologją był zarażony nawet najbardziej energiczny ze wszystkich — Karol Liebknecht, o czem się Włodzimierz wkrótce przekonał.
Uljanow spotkał go na zebraniu w Szarlottenburgu i podszedł do niego.
— Powiadomiono mnie o was, towarzyszu — oświadczył Liebknecht, posłyszawszy nazwisko rosyjskiego socjalisty. — Mówiono mi, że psujecie krew Struwemu i Potresowowi.
— Różnie bywa — odparł Włodzimierz z uśmiechem. — Chciałem zapytać was, towarzyszu, jak długo niemiecka socjal-demokracja będzie tak beznadziejnie dreptała na jednem miejscu, niby kura przed linją, nakreśloną kredą na stole tuż przed jej dziobem?
— O jakiej linji mówicie? — spytał Liebknecht.
— Linją tą jest parlamentaryzm — burżuazyjna pułapka dla łatwowiernych biedaków, — odparł spokojnie.
Niemiecki socjalista wzruszył ramionami.
— Czegóż chcecie? — mruknął. — Nie mamy innych sposobów.
— Wy — Niemcy, kraj tak uprzemysłowiony, posiadający całą armję robotników, bezrobotnych i wywłaszczonych wieśniaków, nie macie innych sposobów?! — zawołał z szyderczym śmiechem. — Ależ to zupełna kapitulacja? Idźcie więc na żołd do kajzera...
Liebknecht uważnie spojrzał na mówiącego.
— Partja nasza nie jest dość energiczna dla wystąpień rewolucyjnych i zajęta jest walką w zakresie praktycznych zagadnień ekonomicznych — rzekł.
— Ja też miałem na myśli praktyczne zagadnienia ekonomiczne, dlatego sądzę, że lepiej odrazu zagarnąć cały dom, niż czekać dziesięć lat, aż właściciel odstąpi za wysoką zapłatę jeden pokój w suterenie! — powiedział Uljanow.
— Jak to zrobić, jeżeli wogóle nie jest to utopją? — spytał Liebknecht.
— Jak wy macie to uczynić, — nie wiem, — odpowiedział Włodzimierz. — Powiem tylko, jak to będzie zrobione w Rosji, kraju, pozbawionym wielkich ośrodków fabrycznych, gdzie ogólna ilość robotników nie przekracza tej, jaką posiada nieomal każdy poszczególny niemiecki obwód przemysłowy. Nie mówię już o różnicy intelektualnej, towarzyszu!
— Bardzo jestem ciekaw! — odezwał się Niemiec.
— Zadam pytanie: czy nie myślicie o tem, że dobrze zorganizowana, karna i na wszystko zdecydowana grupa, rzuciwszy dobrze obmyślane hasła, zasadniczo pociągające rzesze pracujących, może dokonać rewolucji? Czy nie sądzicie, że potrafi ona rozbić istniejące społeczeństwo, przeraziwszy je terorem bezwzględnym, i z pomocą tegoż środka ująć w swoje ręce ster władzy nad bierną i wahającą się częścią klasy, o którą chodzi? — spytał Uljanow.
— Myślę, że tak jest istotnie — mruknął Liebknecht.
— Zostanie to wykonane w Rosji! — zawołał Rosjanin. — I tylko tą drogą konspiracji i zaprzysiężenia ideologów można dojść do celu. Wcześniej czy później i Niemcy obiorą tę drogę, bo innej niema, towarzyszu! Wierzcie mi!
— Gdzież można znaleźć taką grupę idejowców? — westchnął Liebknecht, mierząc wzrokiem drobną, lecz barczystą postać stojącego przed nim człowieka o zmrużonych, przenikliwych oczach.
— „Est modus in rebus...“ — odpowiedział Uljanow i rozpoczął rozmowę z Liebknechtem o możliwości otrzymania z partyjnej kasy niemieckich socjalistów subsydjum na szerzenie marksizmu w Rosji dla wzmocnienia wspólnego frontu bojowników o dalszy los pracujących.
Po trzytygodniowym pobycie w Niemczech, Uljanow przybył do Paryża. Miał wskazanych kilka adresów studentów Rosjan, studjujących w stolicy Francji.
Imię jego było już dobrze im znane. Pokazali mu Paryż, gdzie szczególnie zainteresowało go muzeum „des Arts et Métiers“ oraz bibljoteki, skąd niemal przemocą wywlekali go nowi znajomi.
— Ech! — wzdychał. — Gdybym tak mógł przewieźć to wszystko do Rosji!
Pewnego dnia wpadł do niego młody student Arinkin i zawołał radośnie:
— Paweł Lafargue, wódz socjalistów francuskich, zgodził się przyjąć was, towarzyszu, na krótką rozmowę. Spieszmy się!
Uljanow roześmiał się.
— Przyjąć? Krótka rozmowa? Cóż to za burżuazyjne słowa?! Lafargue będzie rozmawiał ze mną tyle czasu, ile ja zechcę!
Pojechali do Lafargue’a.
Francuz ostrym i szyderczym wzrokiem ogarnął postać i mongolską twarz gościa.
— Czy towarzysz jest Rosjaninem? — spytał z grzecznym uśmiechem.
— Tak! — zaśmiał się Uljanow. — Mistrza z pewnością zastanowiły tatarskie rysy mojej osoby?
— Przyznam się, że tak! — odpowiedział.
— Mamy u siebie mało czystych rosyjskich typów! — odparł Włodzimierz. — Proszę pamiętać, że 300 lat byliśmy w niewoli tatarskiej. Pozostawili nam Azjaci dość niepociągające oblicza, lecz i bardzo cenne cechy charakteru. Jesteśmy zdolni do rozumowanego okrucieństwa i do fanatyzmu!
Lafargue z uprzejmym uśmiechem pochylił głowę i, zmieniając temat rozmowy, zapytał:
— Chciałbym wiedzieć, jaki jest właściwie poziom inteligencji socjalistów rosyjskich?
— Najbardziej inteligentni studjują i komentują Marksa — ze spokojem odpowiedział gość.
— Studjują Marksa! — zawołał Francuz. — Lecz czy rozumieją?
— Tak!
— Puff! — wykrzyknął Lafargue. — Oni go nie rozumieją! Nawet we Francji nikt go zrozumieć nie może, a jednak partja nasza istnieje już dwadzieścia lat i wciąż się rozwija!
— Rozumie zato Marksa Lafargue i inni przywódcy! — zawołał Uljanow. — To wystarczy! Masy lubią powodować się cudzym rozumem i żyć pod twardą ręką.
— Tak sądzicie, towarzyszu? Dziwnie to brzmi w ustach socjalisty! Gdzież wolność i szacunek dla kolektywu? — pytał Francuz, z coraz większem zainteresowaniem słuchając chrapliwej mowy Rosjanina, o przykrym dla paryżanina akcencie.
— Wolność jest przesądem burżuazyjnym. Kolektyw korzysta z rozumu wybitnych kierowników i to mu powinno wystarczyć! Zresztą dla dobra kolektywu — musi on być trzymany żelazną ręką — mówił spokojnie i z przekonaniem Uljanow.
— Tedy car jest idealnym typem władcy dla was, towarzyszu!
— Dla mnie — nie! Dla kolektywu, z którego wyszedł car — tak! Car nie myśli o wszechrosyjskim kolektywie, tylko o szlachcie i burżuazji... — odpowiedział Włodzimierz.
Rozmawiali jeszcze długo. Żegnając gościa, Lafargue szepnął do niego:
— Chciałbym doczekać się czasu, kiedy wy, towarzyszu, zaczniecie działać podług swego planu!
— Spodziewam się, że czas ten już się zbliża, mistrzu! — odparł Uljanow.
W kilka dni później siedział już w małej kawiarence w Genewie, zapatrzony w turkusową taflę jeziora Lemańskiego.
Przy stoliku zajęli miejsca wypróbowani rewolucjoniści rosyjscy, przebywający oddawna na wygnaniu. Byli to Plechanow — ojciec socjalizmu rosyjskiego, Akselrod — jego organizator i Wiera Zasulicz — jego sztandar.
Z szacunkiem patrzał Uljanow na surową twarz Plechanowa i jego brwi krzaczaste. Nauczył się od niego wielu potrzebnych rzeczy, czytając książki i artykuły starego rewolucjonisty w nielegalnych rosyjskich pismach zagranicznych. Wpatrywał się z uwielbieniem, z rzewną miłością w te uparcie zaciśnięte usta, które wypowiedziały nigdy niezapomniane słowa, ognistemi głoskami zapisane w duszy Uljanowa:
— Dobro rewolucji stanowi najwyższe prawo! Pozbawienie tyranów życia nie jest morderstwem!
Wspaniałe, potężne słowa wielkiego wodza i nauczyciela! Takie zrozumiałe, drogie dla Uljanowa, bo szeptał je jeszcze ustami chłopaka, noszącego mundurek uczniowski.
Z rozczuleniem patrzał na Akselroda, — człowieka-maszynę, piszącego od rana do nocy, pędzącego od miasta do miasta, kontrolującego, doradzającego, poruszającego całym mechanizmem partji, zapominającego o sobie w płomiennym, burzliwym porywie.
Włodzimierz wywarł na wszystkich silne wrażenie. Wyczuli w nim niewyczerpane siły, nieugiętą wolę i niezwykły spryt rewolucyjny, oparty na zrozumieniu duszy warstw społecznych i okoliczności, w których wypadało działać.
Uljanow mówił mało o sprawach partyjnych, tem bardziej, że odczuł chłód, którym wiało od całej postaci Plechanowa. Stary lew był gniewny na tego młodzika, który ośmielił się wyłamywać z programowych poczynań szeregowców socjal-demokracji.
Włodzimierz opowiadał o swoich wrażeniach zagranicznych. Nie skrywał swego zachwytu przed cywilizacją zachodu.
— Czegożbyśmy dokazali przy takich środkach materjalnych i technicznych! — zawołał. — Tymczasem u nas, jeżeli mam powiedzieć szczerą prawdę, to, oprócz cara, nie mamy nawet kogo ograbić. Żebrak na żebraku! Wspaniałe tu są rzeczy. Tak wspaniałe, że z bólem serca podniósłbym na nie rękę!
— Czyż w Rosji niczegobyście, towarzyszu, nie żałowali — spytał Akselrod.
— W Rosji — niczego! — odparł bez wahania. — Czegobym miał żałować? W Rosji bić i burzyć — łatwo! Bił nas od tysiąca lat ze wszystkich stron, kto chciał! Wariagi, Pieczyngi, Tatarzy, Polacy, samozwańcy, Szwedzi, nasi carowie, policja. Tysiącami palą się wsie co roku, niby fury słomy. Tysiące ludzi umiera z chorób i z głodu. Czego mamy żałować na naszej bezgranicznej płaszczyźnie, pokrytej lasami, gliną i bagnami tundry? Naszych kurnych chat, o cuchnących strzechach ze zgniłej słomy? Tych zaduchu pełnych barłogów, gdzie ludzie wloką podłe życie obok krów i cieląt, jedzą z jednej misy, na jednem łożu mnożą się, rodzą dzieci i umierają? Naszego życia katorżników, bez idei, pełnego zabobonów: począwszy od ofiar dla domowych biesów aż do zachwytu przed zachodnim parlamentaryzmem? — Dokoła nas pustkowie, gdzie albo nas bili, albo my mordowaliśmy. A wśród tego wszystkiego — pierwotny, ciemny, jak dziewiczy las, rosyjski chłop — rab boga, rab cara i rab djabła...
— Jednak miasta nasze, nasza sztuka, literatura... — zaprotestowała Zasulicz.
— Miasta? — powtórzył Uljanow. — Są one gdzieś daleko, zresztą są to tymczasem wielkie wsie. Ośrodki nieraz wspaniałe, a tuż obok — nędza! Sztuka, literatura? Piękne są niezawodnie! Lecz Puszkin — metys i dworak; Szczedrin — gubernator, Tołstoj — hrabia, Niekrasow, Turgieniew, Lermontow, Dzierżawin, Żukowskij — szlachta, burżuazja! Cała sztuka wyszła ze dworów i pałaców, lub natchnioną została przez wrogów klasy pracującej. Nienawiść do tych twórców silniejsza jest od zachwytu nad ich dziełem!
— A na zachodzie, na zgniłym zachodzie, towarzyszu? — spytał z surowym błyskiem zimnych oczu Plechanow.
— Czyż można porównywać?! — zawołał Uljanow. — Tu na każdym kroku potężne, genjalne wcielenie w realne formy zorganizowanej woli ludzi, dążących do tego, aby z dumą powiedzieć: „my potrafiliśmy skierować pierwotne siły natury do łożyska rozumnych potrzeb człowieka! Jesteśmy władcami ziemi!“
— Co za zachwyty! — uśmiechnęła się Zasulicz. — Nie zna pan tego raju władców ziemi!
— Być może, — zgodził się spokojnie. — Zachwycam się tem, co już jest zrobione. Lecz widzę też słabe strony. Zachodni człowiek zbytnio wierzy w wartość istoty ludzkiej, żywi nadmiar szacunku dla swej pracy i czuje godność osobistą. Słowem — jest indywidualistą. To zrodziło egoizm bezgraniczny. Tymczasem wielkich, niebywale wielkich dzieł dokonają masy zmechanizowane, poruszane władnym, twardym intelektem kierowniczym, rozumiejącym cele ogólnoludzkie, zbiorowe!
— Dalekie widzicie przed sobą horyzonty! — zauważył Plechanow.
— Widzę je wyraźnie, więc są bliskie! — odparł Uljanow. — Zachód musi zginąć przez parlamentaryzm, który pożera go, jak trąd. Zadaniem naszem jest — ochronić Rosję przed tą nieuleczalną chorobą!...
— Śmiała myśl! — szepnął Akselrod.
— Zdrowa i jasna! — poprawił go Uljanow, wstając i żegnając się z nowymi znajomymi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.