Kurjer carski/Część druga/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.


Przyjaciel na szerokiej drodze.


W pół godziny potem Michał i Nadja byli już za Tomskiem.
Udało się jej umknąć tego dnia, gdyż oficerowie i żołnierze podochoceni alkoholem, rozbawieni ucztą, rozluźnili węzły dotychczasowej baczności. Uciekło wielu jeńców.
Wmieszana w tłum widziała wszystko. Ale jakkolwiek rozdzierało się jej serce na widok okrutnej stali, rozżarzonej dobiała, przesuwającej się przed oczyma „brata“–bohatera, nie wydała okrzyku. Żyła jedną myślą:
— Będę psem ślepego!
Uniesiona przez tłum, wydarła się zeń, powróciła na taras i ujrzała go w chwili, gdy czołgał się ku matce gdy całował jej siwe włosy...
Wkrótce potem, splótłszy ręce, wychodzili z miasta przez szczęśliwą lukę w łańcuchu strażniczym.
Pociągnęła go szybko. Nazajutrz mogli im odciąć drogę wytrzeźwieni po orgji wywiadowcy. Należało ich wyprzedzić, dosięgnąć przed nimi Krasnojarska, odległego o 533 wiorsty, a nie zejść z głównego szlaku. Zejście na manowce byłoby wyrokiem śmierci dla obojga.
Jak zdołali znaleść moc fizyczną i duchową do forsownego marsza tej nocy z 16 na 17 Sierpnia? Stopy ich krwawiły, jednakże jest faktem, że w 12 godzin potem znaleźli się w miasteczku Leniłowskoje, o 50 wiorst za Tomskiem. On nic nie mówił; raczej on trzymał jej rękę i stąpał zwykłym ochoczym krokiem, niźli ona go wiodła. Ale drgnięcia jej dłoni wskazywały mu kierunek.
Miasteczko było puste. Mieszkańcy uciekli przed najściem Tatarów, unosząc swój dobytek. Nadja wprowadziła towarzysza do jakiegoś opuszczonego domku na skraju miasta. Oboje potrzebowali wypoczynku. Wypadało też pomyśleć o posiłku i zapasach na daleką podróż.
Usiedli na ławie. Nadja spojrzała towarzyszowi w oczy, jak nigdy dotąd. Gdyby mógł widzieć, ujrzałby w nich tkliwość bez granic.
Powieki ślepca były zaróżowione, lecz suche, stwardniałe, nieco opuszczone. Wyglądała zza nich źrenica osobliwie zwiększona. Brwi i wąsy były opalone przez nielitościwą stal rozgrzaną. Tęczówka była jakoby błękitniejsza. Ale naogół spojrzenie nie ucierpiało. Jeżeli nie widział, musiało to być wynikiem osłabienia czułości siatkówki i paraliżu nerwu wzrokowego.
— Czy jesteś tu, Nadziu? — zapytał.
— Tak... I będę zawsze. Nie opuszczę cię, Michale.
Pierwszy raz rzekła to imię. Drgnął. Wiedziała zatem, że jest synem Marty.
— Nadziu! musimy się rozstać.
— Czemu, Michale?
— Nie chcę być przeszkodą w twej podróży do ojca.
— Ojciec przekląłby mnie, gdybym cię opuściła. Jestem teraz bardziej potrzebna tobie, niż ojcu. Przecież nie wyrzekłeś się zamiaru udania się do Irkucka.
— Nigdy! — uścisnął jej dłoń tak mocno, że odczuła, iż nie stracił dawnej energji.
— Jednak... nie masz tego listu.
Ogarew mi go skradł! To nic, Nadziu! Potraktowano mnie, jak szpiega... Pójdę, jako szpieg, do Irkucka, opowiem, com widział i słyszał. I klnę się Bogiem, zdrajca ujrzy mnie kiedyś twarzą w twarz. Ale trzeba, abym przybył przed nim do Irkucka.
— I mówisz o rozstaniu?!
— Nadju! ci nędznicy zabrali mi wszystko.
— Mam nieco rubli i oczy dla nas obojga.
— Ale jak udamy się dalej?
— Pieszo!
— A z czego żyć będziemy?
— Z jałmużny.
— Pójdźmy, Nadziu!
— Idę, Michale!
Poszli. Bliżsi sobie, już nazywali się po imieniu. Nadja, obiegłszy ulice wyludnionej osady, wyżebrała przecież gdzieś nieco czarnego jęczmiennego chleba i miodowego płynu. Nakarmiła go, podając mu jadło kawałkami, napoiła łykami. Niepokoił się, że sobie zostawia skromne resztki, aczkolwiek zapewniała go, że z tej nędznej jałmużny posiliła się również. Oboje nie nasycili się.
I znowu byli w drodze. Młoda dziewczyna opierała się znużeniu. Nie słysząc jej skargi, ani westchnienia — szedł śpiesznie. A jakże marzyć mógł, że ślepy, bez środków, dotrze do Irkucka przed Tatarami? Gdyby nie miał jej przy sobie, musiałby ledz na kamieniu przydrożnym i wyzionąć ducha. Jednak rachował, że w Krasnojarsku odkryje gubernatorowi, kim jest, i zyska, jego pomoc.
Mówili mało, pogrążeni w myślach. Zresztą nie trzeba im było słów do rozumienia się. Czasem, gdy rzekł do niej:
„Mów do mnie, Nadziu!“ — odpowiadała: „Po co?... Myślimy razem.“
Czasem, zdawało się, że serce jej ustawało — traciła dech, ramię jej opadało, krok zwalniał się. Wtedy on zatrzymywał się, kierował oczy na nią, jakby po przez swój mrok pragnął ją dojrzeć. Nabierała tchu. A on znów pociągał ją energicznie.
W tej uciążliwej podróży zdarzyła się okoliczność szczęśliwa. W kilka godzin po wyjściu z Lenitowska, Strogow zapytał.
— Nadziu! czy nikogo niema na drodze?
— Nikogo!
— Jednak wsłuchaj się...
— W istocie jakiś szum.
— Jeżeli to Tatarzy, trzeba się ukryć...
Przypadł w gąszczu traw do ziemi. Nadja wybiegła na drogę. Powróciła.
— To kibitka.
— Ilu pasażerów?
— Jeden. Młody człowiek.
Strogow uradował się. Nie chodziło mu o siebie. Gotów był uczepić się kibitki i iść przy niej — to by mu starczyło do pokrzepienia sił. Ale Nadja była wyczerpana. Gdyby dla niej znaleźć miejsce!
Kibitka zwykle zaprzężona jest w trzy konie i mieści trzech pasażerów. Ale tę ciągnął jeden tylko koń, niski, o długiej sierści, rasy sybirskiej. Pasażer widocznie oszczędzał konia. Bo ten szedł drobnym truchtem. Trudno było uwierzyć, że młodzieniec posiadać mógł tyle flegmy, jadąc drogą, którą każdej chwili mogli przeciąć mu Tatarzy.
Był to Rosjanin. Zdawało się, że nadewszystko interesuje się swoim psem, który oparł łeb na jego kolanach.
Ujrzawszy dwoje ludzie, którzy stanęli na jego szlaku, zatrzymał się.
— A wy dokąd? — zwrócił się do Strogowa:
— Do Irkucka.
— Oho, to daleko!... I pieszo!
— Wiem, że daleko... Jednak pieszo?
— A ta panienka — też pieszo?
— To moja siostra... Też pieszo!
— Gołąbku! Wierzaj mi, twoja siostra nie dojdzie.
— Wiem o tem. I błagam — weź ją pan. Ja pobiegnę za kibitką. Nie bój się, nie opóźnisz twej jazdy.
— Nie chcę, panie! Mój brat musi jechać, on jest ślepy.
— Ślepy!? — powtórzył głos wzruszony.
— Tatarzy wypalili mu oczy!
— Ach, tak?!... Biedny ojczulku!... No, to... Jadę do Krasnojarska. Zmieścimy się wszyscy troje. A mój pies... ustąpi wam miejsca. Przespaceruje się trochę. Sirko, zejdź.
Pies zeskoczył. Nadja i Strogow znaleźli w głębi kibitki niby wysiane sianem gniazdko.
Młodzieniec zasiadł na przodzie.
— Imię pańskie? — spytał Strogow.
— Mikołaj Pigasow.
— Nie zapomnę go. Pozwól, uścisnę ci ręce.
Wyciągnął swoje, szukał dłoni towarzysza.
— Proszę, uściśnij, jeżeli ci to sprawia przyjemność.
Kibitka ruszyła. Jej jednostajnie kołyszący ruch uśpił wnet Nadję, która popadła w stan prostracji. Młodzieniec był wzruszony. A jeżeli z ócz Strogowa nie spadła żadna łza, to przeto, że ostatnią wypaliło nikczemne żelazo.
— Ona jest bardzo miła, ta pańska siostrzyczka — mówił Mikołaj, odwracając się do Strogowa.
— O, tak!
— Idziecie zdaleka?
— Z bardzo daleka.
— A czy bardzo bolało, gdy wypalono ci oczy?
— O, bardzo.
— Nie płakałeś?
— Płakałem.
— Ja bym też płakał! Nie widzieć tych, których się kocha! Jedyna pociecha, że widzą cię kochający!
Zamilkł. Od samego początku Strogow miał wrażenie, że słyszał kiedyś głos tego młodzieńca.
— A pan... czyś nie widział mnie nigdy?
— Nigdy! — odparł zdziwiony Pigasow.
— Jednak... znam pański głos.
— Skąd?... Ja pochodzę z Koływani.
— A!... Czyś pan nie służył w telegrafie?
— Tak jest.
— Kiedy pewien Anglik telegrafował wersety biblijne, a pewien Francuz — kuplety?
— Może... Ale ja nie mam zwyczaju pamiętać depesz. Zapominać — to mój obowiązek.
Tak jechano dwie godziny. Wypoczywano godzinę. Na postoju podróżni jadali z wiernym psem Sirko. Mikołaj zachęcał gości do korzystania z jego prowizji, której zapasy mogły starczyć dla dwudziestu osób aż do Krasnojarska.
Po dniu podróży Nadja odzyskała siły. Nocą spała wybornie. Mikołaj również chrapał. Wówczas Strogow w ciemności namacywał lejce i przyśpieszał trucht konika, zbyt oszczędzanego przez flegmę pana. Koń biegł kłusem. Mikołaj budził się zdziwiony. Ale podróżni zyskiwali wiorst kilka.
Tak przekroczono rzekę, Iszymsk, osady Berykilskoje, Kiskoje i t. d. — wszystkie wyludnione skutkiem ucieczki ludności przed najazdem. Przebyto olbrzymie lasy jodłowe, z których zda się nie było wyjścia, wszędzie rozciągała się pustynia.
Dnia 22 Sierpnia po sześciu dniach wspólnej podróży dotarto do Atczyńska. Dzieliło ich jeszcze 120 wiorst od Krasnojarska Nadja i Strogow z niepokojem myśleli o chwili, kiedy wypadnie rozstać się z miłym, acz flegmatycznym towarzyszem. Starał się on rozerwać ślepca, zastępując mu za przykładem Nadzi brak oczu opisem szczegółowym przebieganej drogi.
— A jaka pogoda? — spytał raz Strogow.
— Nie zła. Ale to koniec lata. Jesień jest krótka. Nastąpią zimna. Może Tatarzy powstrzymają się w pochodzie na Irkuck.
— Nie!... jestem tego pewny.
— Masz słuszność! Mają kogoś, co ich popycha. Czy słyszałeś o Iwanie Ogarewie.
— Tak.
— To zdrajca. Zdradzać swój kraj — to podłość.
— Zapewnie! — odparł Strogow, starając się zachować chłód.
— Ojczulku! Nie posiadasz dość rosyjskiego serca, skoro nie burzysz się na dźwięk tego imienia.
— Nie bój się! Nienawidzę go dosyć.
— Nie tak, jak ja. Gdybym napotkał tego człowieka, który tyle krzywd przyniósł naszej Świętej Matce Rusi, to...
— To co byś zrobił?
— Zdaje mi się, że zabiłbym go!
— A ja jestem tego pewny! — odparł Michał Strogow. —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.