Kurjer carski/Część druga/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ V


Wytrzeszcz oczy!


Wytrzeszcz oczy!
Iwan Ogarew, znający obyczaje tatarskie, zrozumiał znaczenie tego komentarza do wersetu, gdyż na moment rysy jego wykrzywił złośliwy uśmiech.
Zajął miejsce obok tronu Chana w cierpliwem oczekiwaniu.
Matka Strogowa przypadła do ziemi, zgniębiona, niezdolna patrzeć ani słuchać.
Trąbki zapowiedziały początek widowiska.
— Oto i balet! — zauważył Jolivet. Ci barbarzyńcy dają go, wbrew zasadzie, przed dramatem.
Michał Strogow — skrępowany — miał rozkaz patrzenia.
I patrzył.
Obłok tancerek w zawojach wschodnich wdarł się na plac. Zagrała orkiestra, złożona z dziwacznych instrumentów wschodnich: dutar, kobz, czibizgów, tam–tamów. Ozwały się półtony oryginalnej muzyki. Dysonanse tworzyły osobliwą harmonję. Muzyce towarzyszył gardłowy przyśpiew chórzystów. Brzękły nadto harfy i mandoliny odmiennego rodzaju, niż europejskie.
I rozpoczęły się tańce. Baletnice nie były niewolnicami. Były to wygnanki perskie. Uprawiały wolny swój zawód. Wypędzone z Teheranu przez surowość nowego dworu monarszego, szukały fortuny po świecie. Ubrane były w świetne kostjumy narodowe. Lśniły od pereł, wstęg srebrzystych i złocistych, brylantowych spięć. Na szkarłatnych przepaskach miały wy haftowane wersety z Koranu... Twarze ich były odsłonięte, lecz w gracji tańca przesłaniały się gazą, jako ich gibkie figury. To chyliły się w grupach nisko ku ziemi, to wyciągały ku niebu ręce w podskokach, jakby chciały zająć miejsce śród hurys raju Mahometa. Ale co uderzyło Joliveta — to, że brakło im furji egipskich alme. Poruszały się jakoś sennie, niby chłodne bajadery indyjskie...
Za Strogowem stał egzekutor wyroków Chana ze wzniesioną olbrzymią szablą i od czasu do czasu powtarzał mu wyrazy napomnienia:
— Wytrzeszcz ślepia! Patrz!
Tymczasem służba przyniosła trójnóg, na którym żarzyły się bezdymnie węgle. Unosił się z nich zapach kadzideł, aromat mieszaniny olibanu i benzoesu.
Z kolei nastąpił balet cygański. Jolivet poznał trupę wędrowną z Niżnego–Nowogrodu. Szepnął Blountowi do ucha.
— Oczy tych cyganek przynoszą im więcej zysku, niż ich nogi!
I Strogow rozpoznał śród tej grupy przywódczynię szpiegów — Sangarrę. Była pełna dumy i powagi w swoim narodowym stroju, podnoszącym jej niezwykłą piękność. Nie tańczyła sama. Wykonywała podrygiem ramion, zwinnemi skrętami figury, sceny mimiczne, w otoczeniu tancerek, które reprezentowały oryginalne typy włóczęgowskiego plemienia, rozsianego po całym świecie.
Cymbały, klekotki, tamburyna baskijskie pobudzały taneczną ochotę tych prawdziwych korybantów. Wystąpił potem piętnastoletni cygan i śpiewał piosnkę o dziwacznym rytmie, uderzając w takt jej w dwie brzęczące struny swojej dutary. Tańczące otaczały go skocznym wiankiem.
Z rąk Emira, a jego śladem — z rąk dygnitarzy i oficerów posypał się na tancerzy istny potok złota i srebra.
— Cudowny deszcz złodziejski! — szepnął Jolivet.
W istocie był to owoc rabunków. Prócz tomanów i cekinów tatarskich sypały się dukaty i ruble moskiewskie.
Coraz głuchszy głos kata powtarzał za plecami Strogowa: „Wytrzeszcz oczy! Patrz!“... Ale wykonawca wyroku nie miał już szabli w ręku.
Tymczasem słońce zaszło. Rozpostarł się zmierzch. Pojawiły się na placu setki niewolników z pochodniami w ręku. Cyganki i Persjanki wyginały się w oryginalnych pozach i grupach przed tronem Emira, kołysząc palcami różnokolorowe latarki. Brzęczały harfy. Brzmiały gardłowe głosy chórów. Widok ruchomej iluminacji sprawiał wrażenie czarodziejskie.
Teraz między tancerki wmieszali się z brawurą żołnierze. Wywijali obnażonemi szablami, strzelali z pistoletów. Z luf, nabitych kolorowym prochem chińskim, wywijały się serpentyny obłoczne — czerwone, zielone, błękitne... Baletnice i żołnierze zmieszali się w szalonym wirze i wrzawie, ogarnięci furją uciechy.
Jakkolwiek Jolivet był zblazowany, jednak kręcił głową tym ruchem, który na bulwarze Montmartre oznacza: „Nieźle! Wcale nieźle!“
Naraz na znak Emira wszystko zmilkło, pierzchło ze sceny. Pozostali tylko ludzie z pochodniami.
— Sądzę, że czytelnicy Daily Telegraph nie będą ciekawi szczegółów egzekucji tatarskiej! — ozwał się niezwykle smutnym głosem Jolivet.
— Myślę, że i twoja kuzynka nie na wszystko patrzeć jest w stanie! — odparł posępnie Blount.
— Więc musimy odejść, gdyż temu biednemu chłopcu nie jesteśmy w stanie pomódz — zadecydował Jolivet.
— Jakkolwiek winniśmy mu pomoc za jego przy sługę! — westchnął.
— Możemy tylko to jedno: udać się do wojsk rosyjskich i zagrzać je do kampanji rewanżu.
Odeszli śpiesznie — a w godzinę potem kopyta ich koni tętniały na szlaku do Irkucka.
Tymczasem Strogow stał wyprostowany przed Emirem. Na Ogarewa nie patrzył, pełen dlań wzgardy. Oczekiwał śmierci, lecz Emir próżno wyglądał w utkwionych weń oczach skazańca iskierki przestrachu. Dostojni widzowie zostali na miejscach. Upajali się zgóry największą atrakcją tego wieczora.
Emir rzekł:
— Przyszedłeś patrzeć, szpiegu rosyjski. Przed chwilą oczy twoje po raz ostatni patrzały.
Więc nie śmierć... Ale coś sroższego od śmierci!... Groziła mu ślepota.
Jednak nie drgnął na wyrok przeznaczonej mu męki. Tylko oczy rozwarł szeroko, jakby całe swe życie chciał ześrodkować w ostatniem spojrzeniu. Błagać tych ludzi okrutnych?... — gdyby to nie było bezużytecznem, było jego niegodnem. Pomyślał tylko o niedopełnionej swojej misji, o matce, o Nadi, których nigdy już nie zobaczy. Ale nie zdradził swych uczuć. Jeno zwrócił się do Ogarewa:
— Iwanie! zdrajco! Moje ostatnie groźne spojrzenia ślę tobie i wróżę ci odpłatę Nieba!
Ten wzruszył ramionami
Strogow omylił się. Nawprost niego stanęła matka. Zebrała całą moc swoją, by przybiedz doń, zajrzeć mu w oczy tej ostatniej chwili, gdy było w nich światło.
— O, tak, matko! — wykrzyknął — zanim mnie oślepią, Tobie należy się moje ostatnie spojrzenie, nie temu nędznikowi. Niech widzę Twą twarz ukochaną!
— Odpędzić tę kobietę! — wrzasnął Ogarew.
Dwaj żołnierze odepchnęli ją. Potoczyła się, ale pozostała o parę kroków, wyprostowana, posągowa.
Zjawił się kat. W ręku dzierżył rozpaloną do białości szablę, którą wyciągnął z wonnych węgli, gorejących na trójnogu. Strogow miał być oślepiony obyczajem tatarskim — przeciągnięciem przed oczyma rozżarzonego metalu.
Nie próbował się opierać. Tylko pożerał wzrokiem matkę. Ona patrzyła — patrzyła, wyciągnąwszy ku niemu ręce, przykuta do miejsca.
Stal przeszła przed oczyma. Strogow był ślepcem.
Widzowie rozeszli się. Lecz zostali ludzie z pochodniami i... Ogarew. Nędznik chciał zadać mu jeszcze cios ostatni — katowskiego sarkazmu. Przysunął mu przed oczy list cesarski i rzekł:
— No, wczytaj się teraz i idź do Irkucka donieść, coś przeczytał! Teraz kurjerem cesarskim jest Iwan Ogarew!...
Ze śmiechem schował list — odszedł. Za nim ludzie z pochodniami.

Michał Strogow pozostał sam w pobliżu matki,
Zażarta walka.
W drodze na jarmark N. Nowogrodzki.
— „Mianuję cię szefem korpusu!...”
Wobec wieści o ruchach tatarów.
która upadła — może nieżywa. Nastawił uszu. Z oddali dochodziły krzyki i śpiewy, hałasy orgji. Tomsk iluminowany święcił triumf tatarski.

Poczołgał się, macając wokół całem ciałem nad ziemią. Odnalazł matkę — jej rękę — przylgnął uchem do piersi. Badał czy serce jej bije. Potem przyciszonym głosem jął jej coś mówić do ucha.
Czy żyła jeszcze? Czy słyszała słowa syna?
Niewiadomo. Pozostała bez ruchu.
Ucałował jej czoło, jej siwe włosy. Potem ostrożnie przesuwając nogi, próbując zwolnić ręce z więzów, szedł na skraj placu.
Nagle zjawiła się Nadja.
Szła wprost ku niemu. W ręku miała puginał. Jednym ruchem przecięła jego więzy.
Rzekła tylko jedno słowo.
— Bracie!
Wiedział teraz, kto go wyzwalał.
— Nadziu! — jęknął — Nadziu!
— Idźmy, bracie! — odparła. Teraz moje oczy będą twojemi i powiodą cię do Irkucka!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.